Życiowe zakręty Wiktorii Azarenki. Urazy, depresja, walka o dziecko i… powrót do formy

Życiowe zakręty Wiktorii Azarenki. Urazy, depresja, walka o dziecko i… powrót do formy

Ponad osiem lat temu wspięła się na tenisowe szczyty. Wygrała swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy, została też liderką rankingu WTA. Wielu prognozowało, że to ona będzie najgroźniejszą rywalką Sereny Williams w kolejnych latach. Ale Wiktoria Azarenka tak wielki sukces osiągnęła jeszcze tylko raz – dokładnie rok później, broniąc mistrzostwa Australian Open.

Potem częściej pisano o tym, co uniemożliwiało jej walkę o najwyższe cele: kolejnych kontuzjach, ciąży czy walce o prawo do opieki nad dzieckiem. Wielu już Białorusinkę skreśliło, ona sama przyznawała zresztą, że bliska była rezygnacji z gry w tenisa. Ale tego nie zrobiła. I po przerwie spowodowanej pandemią okazało się, że Azarenka wciąż jest wielka. Choć do trzeciego w dorobku tytułu wielkoszlemowego zabrakło jej kilku gemów, to sobie samej zapewniła nowe pokłady wiary w to, że na wspomniany szczyt może jeszcze powrócić.

Królowa Australii

Wypadałoby zacząć od 2012 roku. To wtedy Wiktoria Azarenka po raz pierwszy zwyciężyła w turnieju wielkoszlemowym. I to już na samym początku roku, w Australii. Na kortach w Melbourne po prostu nie miała sobie równych. Jej mocna, ofensywna i agresywna gra okazała się idealna właśnie na tamtejszą nawierzchnię. Białorusinka w całym turnieju straciła ledwie dwa sety – w ćwierćfinale jednego urwała jej Agnieszka Radwańska, a w półfinale zrobiła to broniąca tytułu Kim Clijsters.

W meczu o tytuł nie było już jednak wątpliwości. Azarenka po prostu rozbiła w nim Mariję Szarapową, oddając Rosjance ledwie trzy gemy – wszystkie w pierwszej partii. To był pokaz siły, show jednej zawodniczki. A przecież Szarapowa miała wtedy już na koncie trzy tytuły wielkoszlemowe i, jak miało się okazać w kolejnych miesiącach, znajdowała się w naprawdę świetnej formie. Na przełomie maja i czerwca tego samego roku skompletowała karierowego Wielkiego Szlema, wygrywając Roland Garros.

W meczu z Azarenką była jednak bezradna. Wiktoria była w tamtym dniu nie do ogrania i mogła cieszyć się z pierwszego tytułu wielkoszlemowego w dorobku. A to wiele dla niej znaczyło. – Spełniły się moje marzenia. Śniłam o tym i pracowałam naprawdę ciężko na to, by wygrać turniej wielkoszlemowy. Pozycja liderki rankingu to miły dodatek. Myślę, że teraz wezmę prysznic z szampana. Tuż po wygranej nie potrafiłam zrozumieć, co się dzieje. Nie mogłam uwierzyć, że to już koniec turnieju – mówiła.

W tamtym sezonie Azarenka grała wprost znakomicie. Jeszcze przed Australian Open wygrała turniej w Sydney. Potem dołożyła też triumfy w Dausze, Indian Wells, Pekinie i Linzu. Świetnie zaprezentowała się też na igrzyskach olimpijskich. W singlu była trzecia, ale do tego dołożyła złoto w grze mieszanej, wywalczone w parze z Maksem Mirnym (co zresztą nie było wielką sensacją, zanim Wika została mistrzynią singlową, wywalczyła już dwa tytuły wielkoszlemowe w mikście – US Open 2007 i Roland Garros 2008). Zresztą złoty medal oboje zgarnęli po niesamowicie zaciętym meczu, zakończonym w super tie-breaku, który wygrali 10:8.

Byłam wtedy w bańce. Skupiłam się tylko na wygrywaniu medali. Nie chodziło o moje olimpijskie doświadczenie, a o ten konkretny cel. Przez cały tydzień towarzyszyło mi mnóstwo emocji, przygniatała presja. Maks też był bardzo zestresowany. Nasze państwo i federacja wywierały sporo nacisków, nie w złym tego słowa znaczeniu, ale każdy niesamowicie chciał tego sukcesu. Gdy dotarliśmy do finału, już mieliśmy medal, ale nie chciałam srebra, chciałam wyłącznie złota – wspominała Białorusinka na łamach oficjalnego portalu ITF.

Na igrzyskach więc jej się powiodło. Nie zdołała za to wygrać kolejnego tytułu wielkoszlemowego, choć była tego bliska – na Wimbledonie odpadła w półfinale, a w US Open przegrała dopiero w meczu o tytuł. W obu tych przypadkach lepsza była od niej Serena Williams. Amerykanka stała się zresztą jej przekleństwem na imprezach najwyższej rangi. Podczas igrzysk to też ona okazała się pogromczynią Wiki.

Ale Białorusinka powetowała sobie te porażki w 2013 roku, gdy obroniła tytuł wywalczony w Melbourne. Choć to zwycięstwo miało swój gorzki smak – miejscowa publiczność zdecydowanie jej nie sprzyjała. Złożyło się na to kilka czynników. Raz, że Wika nigdy nie była przesadnie lubiana ze względu na głośne jęki, jakie wydawała przy uderzeniach. Dwa, że zwykle była dość zamknięta w sobie, nie kreowała się na gwiazdę, jaką była na przykład – równie głośno krzycząca – Marija Szarapowa, bywało nawet, że unikała mediów. Trzy, że Na Li, z którą grała w finale turnieju, doznała urazu i w dużej mierze przez niego przegrała to starcie.

No i jest jeszcze czwarty powód. W półfinale ze Sloane Stephens, gdy nie wykorzystała pięciu piłek meczowych przy stanie 5:3, a potem przegrała gema, poprosiła o przerwę medyczną i na dziesięć minut zniknęła w szatni. Oskarżono ją (zresztą nie pierwszy razy) o symulowanie kontuzji. Zarówno to spotkanie, jak i starcie o tytuł więc wygrała. Ale wizerunkowo kosztowało ją to naprawdę dużo. Mało kto zatem przejmował się jej problemami, gdy te zaczęły się mnożyć.

Ciało nie daje rady

Zaczęło się ledwie kilka miesięcy po opisanym przed chwilą triumfie – na Wimbledonie w trakcie meczu I rundy (wygranego 6:1 6:2 z Marią Joao Koehler) doznała urazu kolana. Kolejne starcie musiała oddać walkowerem. – W przypadku takiej kontuzji jakieś 48 godzin zajmuje stwierdzenie tego, czy będzie lepiej, czy gorzej. W moim przypadku było gorzej. Nie mogę teraz powiedzieć nic pozytywnego, muszę sobie z tym poradzić. Czekają mnie kolejne konsultacje – mówiła dziennikarzom. Wtedy zapewne nikt nie przypuszczał, że od tego urazu rozpocznie się długa historia kontuzji Azarenki.

O ile 2013 rok kończyła jeszcze w bardzo dobrym stylu – doszła nawet do finału US Open, ale znów lepsza okazała się Williams – o tyle 2014 był dla niej wręcz tragiczny. Po raz pierwszy od 2008 roku nie wygrała żadnego turnieju. Ogółem zameldowała się tylko w jednym finale – w Brisbane, 4 stycznia. W Australian Open doszła jeszcze do ćwierćfinału. A potem było tylko gorzej. Miała problemy z niemal każdą częścią ciała.

Powracały urazy kolana. Odzywało się ramię. Nawet plecy momentami uprzykrzały jej życie. Wycofywanie się z turniejów stało się dla niej codziennością. Nie wystąpiła we French Open. Na Wimbledonie znów dotarła tylko do drugiej rundy i znów uszkodziła sobie kolano. Od marca do początku sierpnia nie wyszła zresztą poza drugą rundę jakiegokolwiek turnieju. Łącznie ominęło ją jakieś pięć miesięcy gry. W końcówce sezonu wszystko postawiła na US Open, do niego się przygotowywała. I nawet dało to efekt – doszła do ćwierćfinału. Ale niedługo później kolejny uraz zmusił ją do przedwczesnego zakończenia tenisowego roku.

To był dla mnie bardzo trudny rok. Starałam się zrobić wszystko, co w mojej mocy, by się poprawić. Naciskałam i naciskałam, ale okazało się, że to nie było najlepsze podejście. Wolny czas poświęcę na dojście do pełnej sprawności i zadbanie o własne ciało. Tak, by móc wrócić do najlepszej formy w kolejnym sezonie – mówiła, gdy ogłosiła decyzję o rezygnacji z gry do końca roku. A na początku kolejnego sezonu twierdziła, że w swojej głowie wymazała cały poprzedni sezon, po prostu go ominęła, jakby nigdy nie było.

Nigdy nie byłam zdrowa, nigdy nie byłam przygotowana i nigdy nie trenowałam tak, jakbym chciała. Mentalnie też nie wszystko było w porządku, nie byłam w stu procentach skoncentrowana na tenisie. Koniec z grą w tenisa? Nie myślałam o tym. Tenis jest dla mnie czymś tak znajomym i bezpiecznym, że gdybym chciała uciec od świata, to poszłabym na kort, bo gra zajmuje moje myśli – opowiadała. Dodawała też, że tak naprawdę w 2014 roku zmagała się nie tylko z kontuzjami, ale i walczyła ze stanami depresyjnymi.

Kiedy jest się w takim momencie, trudno sobie to uświadomić, bo myślisz, że wszystko jest w porządku. Dopiero gdy przez to przejdziesz, uświadamiasz sobie to i przyznajesz sama przed sobą. Myślę, że gdy po raz pierwszy przyznałam, że nie wszystko jest u mnie okej, sprawiło to, że poczułam się nieco lepiej. To nie słabość coś takiego przyznać, wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy przechodzimy przez trudne chwile. Ważne, jak się z tego wychodzi – mówiła.

2015 rok miał być dla niej lepszy, ale tak naprawdę wyglądał bardzo podobnie. Znów osiągnęła tylko jeden finał, znów zdarzały się jej krecze i walkowery, znów męczyły urazy. Nie pomagał jej charakter, często chciała działać wręcz wbrew swemu ciału, nie zwracała większej uwagi na sygnały, jakie wysyłało. W rankingu w pewnym momencie spadła w okolice 50. miejsca, najniższego od dawna. Wydawało się, że to już koniec znakomitej gry Białorusinki.

Aż nagle ocknęła się na starcie kolejnego sezonu. Najpierw wygrała w Brisbane, potem jako trzecia kobieta w historii zgarnęła Sunshine Double w USA, triumfując w turniejach w Indian Wells i Miami w tym samym sezonie. Ale na Roland Garros znów kreczowała i to już w pierwszej rundzie. Powód? Dobrze znany. Kolano. Gdy problemy w tamtym spotkaniu się zaczęły, Wiktoria niemal płakała na korcie. Na jednej nodze próbowała dograć mecz. Nie udało jej się. A potem okazało się, że musi odpuścić też Wimbledon.

To samo zresztą zrobiła z innymi turniejami. Ale już z zupełnie innego powodu.

Matka

– To dla nas wspaniała nowina, przed nami ekscytująca podróż związana z budowaniem rodziny. Jest wiele zawodniczek, które po urodzeniu dziecka wróciły na korty. Mam zamiar zrobić dokładnie to samo – napisała nagle na Twitterze. Dla wielu wiadomość o tym, że Wiktoria jest w ciąży, stanowiła spore zaskoczenie. Z jej ówczesnym partnerem, Billym McKeague’em – byłym hokeistą, a potem golfistą – była w związku ledwie pół roku. Oboje jednak bardzo cieszyli się z perspektywy zostania rodzicami.

Leo, ich syn, przyszedł na świat w grudniu. Początkowo wszystko układało się wręcz idealnie. Wiktoria mówiła: – Nigdy nie wiesz, jak ktoś zareaguje, zostając ojcem w młodym wieku, ale Billy kocha Leo bardzo mocno. Dobrze rozumie, czego teraz od niego chcę i jest gotów poświęcić swój wolny czas przez kolejnych pięć czy sześć lat na rzecz mojej kariery. Bardzo mi pomaga. Kocha być ojcem i spędzać czas z Leo.

Wkrótce jednak wszystko się zmieniło, a dla Wiktorii zaczął się jeden z najgorszych okresów w jej życiu i karierze. Para rozstała się bowiem po Wimbledonie w 2017 roku (Wiktoria na kort wróciła nieco wcześniej, na Majorce, w całym roku wystąpiła tylko w tych dwóch imprezach), co zaowocowało prawną batalią o prawo do opieki nad dzieckiem. Azarenka nie uważała, by McKeague mógł sam zajmować się dzieckiem, a ten tego chciał. Na niekorzyść Białorusinki działał fakt, że nie miała amerykańskiego obywatelstwa. Z tego powodu nie mogła zabierać Leo w podróże poza Kalifornią aż do ogłoszenia sądowego werdyktu. Dlatego rezygnowała z kolejnych turniejów – w tym nawet wielkoszlemowego US Open.

W międzyczasie wyniszczały ją i inne rzeczy. Jej matka walczyła z rakiem. O chorobie dowiedziała się niedługo przed tym, jak urodziła dziecko. Azarenka nie mogła jej nawet odwiedzić, bo ta przebywała w innym kraju. Do tego zawiedli ją też trenerzy. Jeden, Sam Sumyk, opuścił ją jakiś czas wcześniej na rzecz Genie Bouchard. Drugi, Wim Fissette, zdecydował się współpracować z Johanną Kontą i nie czekać na powrót Azarenki do gry po ciąży. Białorusince nie było więc łatwo.

Ostatecznie jednak batalię sądową Białorusinka wygrała. W Kalifornii uznano, że ta sprawa nie należy do amerykańskiego sądu, bo Wiktoria jest z Białorusi i przyznano jej tam prawo do opieki. W międzyczasie z rakiem wygrała też jej matka. Wszystko zaczęło się powoli układać, Azarenka mogła myśleć o powrocie do gry. I to zresztą zrobiła. Choć formy sprzed lat nie odzyskała. Z rzadka dochodziła do dalszych rund turniejów, z rzadka wygrywała z zawodniczkami z topowych pozycji.

Oczywiście, to wszystko, co się wcześniej wydarzyło, wywarło na nią spory wpływ. – Nikomu nie życzyłabym tego, przez co przeszłam. To jednak część życia. Zdarzają się błogosławieństwa, a zdarzają sytuacje takie jak moja. To były naprawdę trudne chwile – opowiadała dziennikarzom niedługo przed powrotem na kort. Z kolei, gdy przegrała w I rundzie Australian Open 2019, na konferencji prasowej po prostu się popłakała. – Tak wiele już przeszłam w swoim życiu. Czasem się zastanawiam, jak to zrobiłam. Wciąż uważam, że dzięki temu będę silniejsza – mówiła przez łzy.

Postanowiła też powalczyć o coś innego – poza kortem. Wraz z Sereną Williams – jej przyjaciółką, rywalką i inną tenisistką-matką (która zresztą prosiła Wiktorię o rady na temat macierzyństwa, gdy sama była w ciąży) – publicznie zaczęły mówić, że należy pomóc zawodniczkom, które zachodzą w ciążę. WTA odpowiedziało na ten apel, dając takim tenisistkom możliwość skorzystania z chronionego, „zamrożonego” rankingu. Niedawno zrobiła to Cwetana Pironkowa, która w fantastycznym stylu doszła do ćwierćfinału US Open, osiągając tę fazę turnieju wielkoszlemowego dopiero po raz trzeci w karierze. Tam jednak przegrała… z Sereną Williams. Która z kolei uległa  potem Wiktorii Azarence. Ale o tym za moment.

Łączenie macierzyństwa z karierą? Wiele trzeba zrobić, by to odpowiednio zbalansować. Ale nie jestem tylko matką, inne zawodniczki również. Jesteśmy też tenisistkami. Kobietami, które mają swoje marzenia, cele i pasje. Macierzyństwo pozwoliło mi się otworzyć na wiele rzeczy. Myślę, że wszystkie kobiety, które osiągają swoje cele, będąc matkami, są bohaterkami. Naprawdę je wszystkie podziwiam – mówiła Azarenka.

Wtedy jeszcze nie przypuszczała, że za niedługo sama będzie niesamowicie bliska realizacji swoich marzeń.

Znów wielka

W 2019 rok weszła… nieźle. Tyle można napisać. Owszem, w Australii odpadła już, jak wspomniano, w I rundzie. Potem było jednak lepiej. W Monterrey zagrała w swoim pierwszy od trzech lat finale turnieju rangi WTA. Skreczowała w drugim secie, ale to i tak był wynik, który budził nadzieje. Tym bardziej że wielu zastanawiało się, czy w wieku niespełna 30 lat (skończyła je w lipcu ubiegłego roku) Białorusinkę jeszcze stać na powrót do dobrej formy.

Sama Wiktoria zapewniała jednak, że o ile wcześniej myślała nawet o końcu kariery, o tyle teraz chce grać tak długo, jak tylko da radę, bo tenis znów daje jej radość. Zwłaszcza gdy w jej życiu wszystko się ułożyło, cieszy się opieką nad synem i jest po prostu szczęśliwa. Jej forma na przestrzeni sezonu mocno wtedy falowała, ale to niczego nie zmieniała. Wiktoria była radosna. Nawet gdy ponownie męczyły ją urazy, nie podłamywała się. A to już było coś.

Psychicznie jestem w zupełnie innym miejscu. Siedem lat temu po zwycięstwie w Australian Open i kolejnych dobrych wynikach, oczekiwałam od siebie, że będę w finałach. Teraz tak nie myślę, mam z tego więcej radości. Wiele się nauczyłam. Jestem dumna z siebie, że podjęłam wyzwanie i stałam się lepsza. I nie mówię o tym, że jestem lepszą tenisistką. Mówię, że jestem lepszą osobą dla siebie i mojego syna. Z tego jestem naprawdę dumna – mówiła niedawno.

Dodawała, że nauczyła się żyć ze swoimi emocjami, zaakceptowała je. Nauczyła się też wchodzić w „neutralny” stan umysłu. Bo gdy nie idzie na korcie, trudno myśleć pozytywnie. Wytrenowała więc umiejętność, która pozwalała jej nie zagrzebywać się w negatywnym myśleniu. Zostawała na poziomie neutralnym, nie myślała o tym, jak jej idzie, a o tym, co zrobić, by było lepiej. Nie karciła się za błędy. Po prostu grała. I to zaczęło przynosić efekty.

Choć na te trzeba było poczekać aż do tego roku. I to okresu po przerwie wywołanej pandemią. Przed nią wycofała się bowiem z Australian Open z powodu problemów osobistych, a potem nie zdążyła zbyt wiele pograć. Gdy jednak wróciła na kort w drugiej połowie roku, nagle stała się na powrót jedną z najlepszych zawodniczek świata. Najpierw triumfowała w turnieju Western & Southern Open – który w tym roku rozgrywany był na tych samych kortach co US Open – choć finał Naomi Osaka podarowała jej walkowerem, a potem doszła do meczu o tytuł już w wielkoszlemowej imprezie. Po drodze pokonała zresztą Serenę Williams, choć nigdy wcześniej nie zrobiła tego w turnieju tej rangi.

A półfinał z Amerykanką zaczęła wręcz beznadziejnie. Szybko przegrała pierwszego seta, wydawało się, że całe spotkanie potrwa bardzo krótko. W pewnym momencie nawet głośno przeklinała na korcie, narzekając na swoją dyspozycję – widać tym razem nie udało jej się utrzymać neutralnego nastawienia. Ale mecz ostatecznie wygrała, znakomicie obracając go na swoją korzyść. W finale to samo zrobiła jej za to Naomi Osaka, którą w najlepszej formie naprawdę trudno zatrzymać. Ale Azarenka i tak osiągnęła sukces, o jakim jeszcze miesiąc wcześniej zapewne nawet nie myślała.

Ten wynik nie zabija mojej wiary w to, do czego jestem zdolna. Jestem bardzo dumna z ostatnich trzech tygodni. Nie będę się zamartwiać tym finałem. Spróbuję znowu nauczyć się na moich błędach – mówiła. Kto wie, może już na Roland Garros uda jej się pokazać, że uczennicą jest naprawdę zdolną.

Uśmiech i kontrowersje

Azarenka nie tylko osiągnęła w ostatnim czasie wielkie sukcesy, ale też zrobiła znacznie więcej – kompletnie odmieniła postrzeganie własnej osoby w oczach wielu fanów. Kolejni kibice w mediach społecznościowych pisali, że nagle po prostu Białorusinkę polubili. Wszyscy zobaczyli bowiem nieco inną zawodniczkę. Zrelaksowaną, uśmiechniętą, podchodzącą do tej całej gry w tenisa na nieco większym luzie – choć, oczywiście, na korcie Wika ani na moment nie odpuszczała. Owszem, wciąż była głośna przy każdym uderzeniu i niektórych nadal to odtrąca, ale wielu Azarenka kupiła. Zwłaszcza takim zachowaniem jak przy okazji niedawnego meczu z Darią Kasatkiną, gdy długo pocieszała rywalkę, która musiała poddać mecz z powodu urazu.

Białorusinka wciąż budzi jednak kontrowersje. Gdy w trakcie meczu I rundy Roland Garros – nie czekając na decyzję sędziów – wraz z Danką Kovinić zeszła z kortu z uwagi na warunki atmosferyczne, wielu mocno to skrytykowało (w tym między innymi Mats Wilander). Zwłaszcza jej słowa o tym, że „na co dzień mieszka na Florydzie i jest przyzwyczajona do innej pogody”. Inna sprawa, że było to zachowanie po prostu rozsądne – było zimno, deszcz padał coraz obficiej, kort był śliski i miękki. Znając historię urazów Azarenki, łatwo się domyślić, dlaczego wolała przerwać spotkanie. A że zrobiła to w porozumieniu z rywalką, to trudno jej naprawdę coś zarzucić. Potem zresztą obie ponownie pojawiły się na korcie, gdy deszcz ustał. Wiktoria wygrała 6:1 6:2.

To mała rzecz. A znacznie większe kontrowersje budzi inna – sprawa Białorusi. Tak się niefortunnie złożyło, że powrót Azarenki do znakomitej formy zbiegł się z protestami przeciwko Aleksandrowi Łukaszence w jej ojczyźnie. Wielu czekało na to, czy Wiktoria coś powie, czy może stanie po stronie ludzi. Tak jak zrobiły to Olga Goworcowa, Wiera Łapko czy Aryna Sabalenka. Wiktorię stać jednak było tylko na krótkie wypowiedzi i wpis na Instagramie.

– Serce mi się kraje, gdy patrzę, co tam się dzieje. Trudno mi jednak o tym mówić, gdy mnie tam nie ma, trudno do końca zrozumieć sytuację. Mam jedynie nadzieję, że przemoc skończy się natychmiast, bo trudno o tym wszystkim myśleć bez łez […] Nie chcę, by moje słowa były użyte w czyichś planach. Zrobię, co uważam za słuszne, bez pośrednictwa mediów, które przekręcają słowa na swój sposób – mówiła. A pisała tak: – Bardzo kocham moją Ojczyznę Białoruś i modlę się do walczących stron o zaprzestanie przemocy oraz niepokojów i przystąpienie do pokojowych negocjacji. Tylko w ten sposób da się rozwiązać powstałe różnice i wrócić do spokojnego życia. Życzę pokoju i pomyślności naszej Ukochanej Ojczyźnie! Skomentować tego wpisu bezpośrednio pod nim nie pozwoliła jednak nikomu. Zablokowała tę możliwość.

Sęk w tym, że Wiktoria od dawna łączona jest z Łukaszenką. Prezydent Białorusi wielokrotnie korzystał z jej sukcesów, wkręcając je w propagandową maszynę. Ona sama też mu nieco w tym pomagała. W 2010 roku przed wyborami na Białorusi w Mińsku zorganizowała charytatywną pokazówkę, na której wystąpiła też Caroline Woźniacki. W pewnym momencie Azarenka na kort zaprosiła też siedzącego na trybunach prezydenta. Ten przez kilka minut odbijał piłkę (i to całkiem nieźle, bo trenować tenisa zaczął lata temu, mniej więcej w tym samym czasie co pięcioletnia wówczas Wiktoria) w samych skarpetkach.

Przy kilku innych okazjach ciepło się o prezydencie wypowiadała. Mówiła, że raz spędziła z nim czas na miłej, siedmiogodzinnej rozmowie. Zasiedziała się wtedy tak, że jej rodzina zaczęła się bać, że ją porwano. Innym razem Łukaszenka – po jej triumfie w Australian Open 2012 – nadał jej Order Ojczyzny III stopnia, zwykle przyznawany weteranom wojennym. Wysłał też do niej list gratulacyjny, w którym nazywał ją „dumą ojczyzny”. Kiedy kilka miesięcy później miał podpisać jej nominację na igrzyska w Londynie, urządzono z tego medialną szopkę, wykorzystaną potem przez media. Ale Azarenka tego przedstawienia nie skrytykowała.

Dlatego teraz mówi się nie tylko o jej sukcesach, ale i bierności wobec tego, co dzieje się na Białorusi. Ona jednak powiedziała już wszystko, co miała powiedzieć. Kiedyś stwierdziła, że „lubi kroczyć własną drogą” i znów to robi. Po wielu trudnych chwilach, ostatnio ta droga wreszcie doprowadziła ją do sukcesów. I choć Wiktorię Azarenkę nadal można uwielbiać bądź nie znosić, to trudno odmówić jej jednego: powrót do najwyższej formy w jej wykonaniu jest wprost olśniewający. A gdy Białorusinka gra tak, jak to potrafi najlepiej, mało kto może się z nią równać.

Dlatego warto przyglądać się jej poczynaniom na Roland Garros. Tamtejsza mączka kilka razy okazała się jej przekleństwem. Może w tym roku Wiktoria Azarenka zdoła odwrócić ten trend?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez