Zwycięstwo wywalczone na poolimpijskim kacu. Polska – Serbia 3:2

Zwycięstwo wywalczone na poolimpijskim kacu. Polska – Serbia 3:2

Wiedzieliśmy, że to będzie ciężki mecz – wszak Serbowie to obecni mistrzowie Europy. Ale jeżeli Polacy mieli udowodnić, że kac po nieudanych igrzyskach olimpijskich minął, to właśnie w takim spotkaniu. Z bardzo dobrym rywalem. Z dwunastoma tysiącami kibiców na trybunach krakowskiej Tauron Areny, śpiewających hymn tak, że aż ciarki przechodziły nas z wrażenia. I choć nie wszystko poszło idealnie, to ostatecznie Polacy wygrali ważny mecz z Serbami 3:2!

Zacznijmy od tego, że Serbia była wielkim nieobecnym podczas igrzysk olimpijskich w Tokio. W kwalifikacjach interkontynentalnych lepsi okazali się gospodarze grupy – Włosi. Następnie Serbowie mieli szansę awansować poprzez europejski turniej kwalifikacyjny. Jednak i tam polegli w fazie grupowej, za Bułgarią i Francją. Serbów nie dane było zobaczyć również pięć lat wcześniej, podczas igrzysk w Rio de Janeiro.

Ale igrzyska igrzyskami, a Mistrzostwa Europy w przypadku siatkarzy z Bałkanów to zupełnie inna para kaloszy. To nawet nie tyle kalosze, co wręcz ślicznie wypastowane lakierki. Bo na żadnym innym turnieju Serbowie nie czują się tak dobrze, jak właśnie na mistrzostwach Starego Kontynentu. 2017 rok? Trzecie miejsce, a w grupie wygrana 3:0 z… Polakami, którzy do turnieju przystępowali jako mistrzowie świata. Dodajmy, że zawody były wtedy rozgrywane w Polsce. Dużo wspólnych mianowników miało dzisiejsze spotkanie z tym przed czterema laty. Mieliśmy nadzieję, że kolejnym z nich nie będzie wynik meczu.

Jeszcze lepiej poszło Serbom dwa lata później. W 2019 roku nie dość że wyszli z grupy ze stratą zaledwie jednego seta, to wygrali cały turniej. W finale pokonali 3:1 naszych oprawców – Słowenię. Zatem podejmowaliśmy obrońców tytułu, którzy turniej rozpoczęli od dwóch wygranych, 3:1 z Belgią i 3:0 z Ukrainą.

Dobrze cię widzieć, Michał

Zanim więcej o samym meczu – słówko o atmosferze. Kurde, ale tego brakowało. Hymn śpiewany a capella, doping przez cały set, rytmiczne „raz, dwa, trzy!” przy rozgrywanej akcji Polaków… drodzy kibice, dobrze że wróciliście.

Selekcjoner Vital Heynen nie zaskoczył składem i tak na parkiecie pojawił się żelazny skład: Bieniek (którego zmieniał Nowakowski), Drzyzga, Kochanowski, Kubiak, Kurek, Leon. Początek pierwszego seta zwiastował, że każdą partię Polacy będą musieli wręcz wyszarpać swoim przeciwnikom.

Ale równie mocno co z powrotu kibiców na trybuny, cieszymy się z powrotu do dobrej dyspozycji Michała Kubiaka. Wybaczcie, że kolejny raz wspominamy o nieudanych dla Polski igrzyskach, ale trudno nie odnosić wrażeń z dzisiejszego spotkania do tego, co widzieliśmy miesiąc temu. Ależ wtedy brakowało naszego kapitana w takiej dyspozycji. Najczęściej atakujący, dający zupełnie inne opcje w rozegraniu Fabianowi Drzyzdze, z którym rozumie się bez słów.

Do tego dobrze funkcjonująca zagrywka – a Wilfredo Leonowi dziś piłka siadała idealnie w linii serbskiego pola – i wyszliśmy na czteropunktowe prowadzenie. Pomimo, że rywale byli groźni, a Marko Ivović zdobywał dla nich cenne punkty, to przy tak wyrównanym poziomie nasza przewaga była za duża by odrobili straty.

Sposób na Polaków? Krótko i cierpliwie

W drugiej partii niestety wyparowała nasza skuteczność ataku – Leon i Kurek nie skończyli nawet 45% swoich piłek. Dodatkowo Serbowie potrafili wykorzystać nasz słaby punkt – przyjęcie. Widzieliśmy to w wielu meczach Polaków. Jakkolwiek Leon jest genialny w ataku (no, zwykle…), tak często rywale na zagrywce nie bez powodu celują właśnie w jego strefę.

W dodatku przy stanie 22:21 dla Serbów atmosfera na parkiecie zrobiła się naprawdę gorąca. Najpierw trener Slobodan Kovać wziął challenge sprawdzający, czy Leon dotknął siatki. Sędziowie uznali, że tak, a dokładnie jej dolnej taśmy. Zrobił to… butem, podczas wyskoku. To rozsierdziło Heynena, który wykłócał się z sędziami (za co wyłapał żółtą kartkę) oraz sam poprosił o challenge. Ten nie wykazał faulu, lecz wynik i tak brzmiał 23:21 dla Serbii, którzy do końca utrzymali dwupunktowe prowadzenie.

Na trzeci set Polacy wyszli totalnie pogubieni. Trudno napisać cokolwiek o tym, co w naszej grze funkcjonowało, bo takich elementów po prostu nie było. Serbowie po prostu bawili się na parkiecie. Przy wyniku 12:6 dla nich wydawało się, że nie mogą wypuścić tego seta. I choć Polacy sobie tylko znanym sposobem zdołali powrócić do partii, doprowadzając nawet do remisu, to Serbowie nic sobie z tego nie zrobili. A raczej – posyłali piłkę do Urosa Kovacevicia, który robił z Polakami co tylko chciał. Na nic zdały się zmiany – Heynen wprowadził pod koniec między innymi Aleksandra Śliwkę czy Kamila Semeniuka. Wydawało się, że Polacy przegrali tego seta we własnych głowach.

Na ratunek Semeniuk

Czwarta partia stała pod znakiem zapytania. Podniosą się, czy się nie podniosą? I cóż, jej początek oglądało się… dziwnie. Bo chociaż Polacy wygrywali już czterema punktami, a kolejne bomby posyłane z zagrywki przez Leona cieszyły, to punkty zdobywane przez nasz zespół wydawały się pchane. Wynikające z piłek sytuacyjnych, nie ze starannie zaplanowanych akcji. Czego nie można powiedzieć o Serbach, którzy mieli na nas sposób. Skoro zespoły Heynena są znane z gry blokiem, to nie starali się za wszelką cenę skruszyć tego twardego muru. Wystarczyło go natomiast skutecznie obijać lub posyłać piłki które przechodziły po palcach naszych zawodników.

Wtedy na parkiecie na dłużej pojawił się on – Kamil Semeniuk. Tak, nachwaliliśmy się Kubiaka w pierwszym secie. Ale im dalej w mecz, tym bardziej nasz kapitan przygasał. Do tego stopnia, że troszkę dziwiliśmy się dlaczego Vital Heynen nie starał się czegokolwiek zmienić wcześniej. Przecież Polakom wyraźnie nie szło. A Kamil po prostu wszedł w ten mecz bez kompleksów i balastu, że na boisku się nie układa. Sam dołożył cenne punkty, ale przede wszystkim wlał wiarę w serca kolegów z parkietu.

Wygrana wojna nerwów

Tym sposobem Polacy doprowadzili do tie-breaka. Ale co najistotniejsze – pod względem mentalnym oglądaliśmy w nim zupełnie inną reprezentację Polski. Nasi grali szybko, pewnie, w końcu potrafili zaskoczyć rywali skutecznym blokiem. Dodatkowo natychmiastowo zdjęli z zagrywki Aleksandara Atanasijevicia – najgroźniejszego w tym elemencie po stronie rywali. Oczywiście, Serbowie wciąż byli bardzo groźni, Kovacević wręcz wyczyniał cuda żeby utrzymać ich w meczu. Przy stanie 14:13 i challenge’u dla Polski hala wręcz drżała w nerwach. Swoją drogą, z długością sprawdzania prostych powtórek z sędziami z siatkarskich mistrzostw Europy mogą konkurować tylko arbitrzy piłkarskiej Ekstraklasy oglądający akcje na VARze.

I choć koniec końców racja w powtórce stała po stronie Serbów, to Polacy lepiej wytrzymali wojnę nerwów w końcówce. A konkretnie uczynił to Mateusz Bieniek. Najpierw świetnie zablokował Atanasijevicia, a następnie po dobrej zagrywce Semeniuka, kiedy piłka wróciła na stronę Polaków, wykończył ostatnią akcję meczu. 16:14 i tie-break padł łupem Polaków!

A nam wszystkim kamień spadł z serca. Jasne, nie wszystko w tym spotkaniu wyszło idealnie, a trener Heynen ma nad czym myśleć dzisiejszej nocy. Polacy wciąż grają bardzo nierówno. Lecz dziś udowodnili, że w stykowej sytuacji, kiedy nie idzie, potrafią wyjść z najgorszych opresji. I kto wie, może właśnie takiego spotkania trzeba im było aby otrząsnąć się po igrzyskach. Wyrównanego meczu z dobrym rywalem, w którym po prostu nie pękną w decydującym momencie?

Serbia – Polska 2:3 (21:25, 25:23, 25:20, 20:25, 14:16)

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez