Znów najlepszy. Bodnar mistrzem Polski w jeździe na czas

Znów najlepszy. Bodnar mistrzem Polski w jeździe na czas

Mówicie „jazda na czas”, myślicie „Maciej Bodnar”. Tak to działa w naszym kolarstwie od mniej więcej dekady. Jasne, mamy kilku innych kolarzy, którzy na czas potrafią się dobrze zaprezentować (Michał Kwiatkowski niech będzie najlepszym przykładem), ale w gruncie rzeczy Bodnar jest na tym polu bezkonkurencyjny. I dziś udowodnił to po raz kolejny.

Od 2008 roku, gdy po raz pierwszy stanął na podium mistrzostw Polski, sześć razy był mistrzem i trzy razy wicemistrzem kraju. Medalu nie odbierał w tym czasie tylko trzykrotnie. Na naszym podwórku jest dominatorem. Tak wielkim, że jeśli inny z Polaków pokonuje go w jeździe na czas, powinien sobie to wpisywać do CV. Bo takie osiągnięcia warto wyróżnić.

Wiecie, gdyby Bodnar wygrał dziś o kilka sekund, pewnie nie pisalibyśmy tego z taką pewnością. Bo może znaczyłoby to, że zaraz sytuacja się zmieni, a Maćka ktoś strąci z tronu. Ale drugiego zawodnika odsadził o 44 sekundy. Na trasie liczącej sobie 33 kilometry, która – ustalmy to od razu – nie miała zbyt trudnego profilu. To mniej więcej tak, jakby w biegu na dziesięć kilometrów ktoś wygrał o pełne okrążenie stadionu. Serio, Bodnar zdemolował konkurencję i pokazał, że jeszcze nie ma zamiaru rozstawać się ze złotym medalem.

A ta konkurencja nie była wcale wzięta z łapanki. Dość powiedzieć, że Michał Kwiatkowski nie zdobył dziś nawet medalu. Na podium poza Bodnarem stanęli bowiem Kamil Gradek (CCC Team) i Marcin Białobłocki, inny specjalista od czasówek. Dopiero za jego plecami pojawił się „Kwiato”, który do Bodnara stracił nieco ponad minutę. W czołówce obecni byli też Łukasz Wiśniowski i Szymon Sajnok, obaj jeżdżący dla CCC. W skrócie: nazwiska znane, lubiane i potrafiące dobrze pojechać. Ale przy Bodnarze wszyscy ci kolarze wypadli blado.

To jednak „tylko” mistrzostwa Polski. Wiadomo, jakiś prestiż jest, ale w kolarskim świecie nasze notowania stoją dużo niżej niż wielu innych nacji. Holendrzy, Belgowie, Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Kolumbijczycy zostawiają nas po prostu z tyłu i to oni rządzą w kolarskim świecie. Więc dzisiejsze zwycięstwo Maćka niewiele tak naprawdę znaczy na świecie. W przeciwieństwie do samego Bodnara.

Jedna rzecz to ekipa. Wiadomo – jeździsz w Bora-Hansgrohe, więc jesteś co najmniej niezłym kolarzem. Druga – sukcesy. Ten największy to wygrany etap Tour de France sprzed dwóch lat, do mniejszych zaliczyć można etap Tour de Pologne czy drugie miejsce na jednym z odcinków hiszpańskiej Vuelty. To już pokazuje, że Maciek jest kolarzem światowej elity wśród czasowców. Bo pamiętajcie, że etapów jazdy indywidualnej na czas jest przecież mniej niż tych dla sprinterów czy górali. Trzeba się naprawdę sprężyć, by dopisać na swe konto zwycięstwo w którymś z nich. A Bodnar to potrafi.

Dlaczego o tym piszemy? Bo nie możemy się oprzeć wrażeniu, że Maciek powalczy o największy sukces w przyszłym sezonie, na igrzyskach w Tokio. Już w Rio de Janeiro pokazał, że stać go na walkę o medal (skończyło się na szóstym miejscu), od kilku sezonów jest czasowcem ze światowej czołówki, potrafi objeżdżać największych… Nic, tylko jechać po pudło. Tym bardziej że to może być jego ostatnia szansa by się na nie wdrapać. Gdy wyjedzie (bo wierzymy, że się tam znajdzie) do Japonii, będzie mieć już 34 lata. Jasne, da się jeździć znacznie dłużej i możliwe, że byłby w stanie dociągnąć do Paryża. Ale z szansami na podium mogłoby być znacznie gorzej.

A w Tokio? W Tokio Macieja Bodnara stać na podium. Co do tego nie mamy wątpliwości.

 

 

PKN ORLEN jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz wielu najważniejszych mityngów w kraju oraz wyścigu kolarskiego ORLEN Puchar Narodów.

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez