Znicze zamiast świeczek. Arek Gołaś skończyłby dziś 39 lat

Znicze zamiast świeczek. Arek Gołaś skończyłby dziś 39 lat

Dziś miałby urodziny. Ostatnie z trójką z przodu. Świętowałby pewnie z żoną i dziećmi. Życzenia składaliby mu kibice z Polski i nie tylko. Dziękowaliby za piękne chwile oraz tytuły i życzyli powodzenia w karierze trenerskiej czy dyrektorskiej, o ile na taką by się zdecydował. Ktoś wrzuciłby na Twittera filmik z jego niesamowitym atakiem z finału mistrzostw świata. Ktoś inny przypomniałby na Facebooku, jak to wygrywał regularnie tytuły we Włoszech. Byłoby pięknie.

Byłoby. Bo Arek Gołaś siatkarzem był wybitnym, a potencjał miał ogromny, być może większy niż wszyscy ci, którzy przez lata stanowili o sile naszej siatkówki – Piotr Gruszka, Mariusz Wlazły, Bartosz Kurek. Nigdy jednak nie dowiemy się czy z nim ugralibyśmy coś na igrzyskach w Pekinie lub Londynie. Albo czy już wcześniej zostalibyśmy mistrzami świata. Karierę i życie Arka brutalnie przerwał wypadek samochodowy. I nie ma dziś świeczek na torcie. Są za to znicze na grobie. 

Był uważany za największą nadzieję naszej siatkówki. Nic dziwnego – tak naprawdę niczego mu nie brakowało. Atakować potrafił w każdy sposób i z niesamowitą mocą. Do tego miał – jak nazwał to Zdzisław Ambroziak – stratosferyczny zasięg. Gdy odbijał się z parkietu, wydawało się, że mógłby przeskoczyć siatkę. Blokujący? Zwykle musieli uznawać wyższość swojego rywala. Arek na parkiecie przemieniał się w mistrza tej gry, choć sam wciąż wynajdywał sobie rzeczy do poprawy. Po czym faktycznie je poprawiał.

A przecież pochodził z niewielkiego Przasnysza, w którym marzenia o grze w siatkówkę były wówczas raczej rzadkością. Dziś tych marzeń jest więcej – właśnie przez Gołasia. Nawet miejscowa szkoła nosi jego imię, a dla wielu dzieciaków były siatkarz jest idolem. Karierę sportową Arek zaczynał w Ostrołęce. Dopiero potem przeniósł się do Warszawy, gdzie odnosił pierwsze sukcesy – jeszcze jako młodzieżowiec. Wtedy zainteresował się nim Stanisław Gościniak, który w Częstochowie stworzył krajową potęgę. To on dostrzegł w Gołasiu wielki talent i przekonał do niego prezesa Andrzeja Gołaszewskiego. A potem samego Arka, że warto przyjechać pod Jasną Górę, daleko od domu.

Gołaś się zdecydował, bo tak naprawdę w lepsze miejsce nie mógł trafić. Częstochowa znana była wówczas nie tylko z tego, że na krajowym podwórku jest jednym z najlepszych klubów, ale i ze znakomitego szkolenia młodzieży. Widać to było i po Gołasiu – Arek w tamtejszej ekipie niesamowicie się rozwinął, zostając gwiazdą ligi i wygryzając ze składu wielu weteranów. Ci nawet nie mieli mu tego za złe – po prostu widzieli jak fantastycznym siatkarzem jest ten młokos.

Jego talent dostrzegł też selekcjoner kadry, Waldemar Wspaniały, który coraz częściej zabierał Arka na mecze. W reprezentacji Gołaś przez cztery lata z rzędu występował w Lidze Światowej. Widać było w tych rozgrywkach postępy jego i całej kadry. Polacy sukcesywnie zajmowali wyższe miejsca, a Gołaś stawał się coraz ważniejszą postacią w zespole. Gdy ekipę objął Raul Lozano, z miejsca dostrzegł, że wokół tego gościa można zbudować zespół. Z Arkiem w składzie – właśnie za Lozano – Polacy awansowali na mistrzostwa świata.

W międzyczasie w Częstochowie Gołaś, nieco paradoksalnie, ani razu nie zdobył mistrzostwa kraju. AZS trzykrotnie kończył rozgrywki drugi. Ale cztery lata jego znakomitej gry nie przeszły niezauważone. Po Polaka sięgnąć postanowiła ekipa Sempre Volley Padwa, a Arek z propozycji skorzystał.

A więc Włochy – najlepsza liga świata. Idealne miejsce dla siatkarza takiego jak on. Pojechał tam, zrobił swoje i już rok później zgłosiła się po niego Lube Banca Macerata, wówczas najlepsza ekipa na świecie, porównywana do piłkarskiego Realu Madryt. To miał być transfer jego życia i szansa na zostanie jednym z najlepszych siatkarzy w historii. Gdyby wszystko potoczyło się tak, jak miało się potoczyć, dziś byłby pewnie wymieniany obok takich nazwisk jak Giba czy Charles Kiraly. Byłby legendą tego sportu.

Ale najpierw, jeszcze przed wyjazdem do nowego klubu, była wspomniana kwalifikacja na mistrzostwa świata. Tuż po awansie, gdy wszyscy świętowali, Marek Magiera chwycił mikrofon i rzucił: “Mamy dla państwa bardzo ważną wiadomość. Jutrzejszy mecz z Rosją będzie ostatnim występem Arkadiusza Gołasia w reprezentacji Polski”. Zapanowała konsternacja, sam Arek nie wiedział o co chodzi. A Magiera dopiero po chwili dodał: “Ostatnim występem w stanie kawalerskim”.

*****

Gołaś ślub wziął w krótkiej przerwie od gry. Agnieszka, jego wybranka, była miłością jego życia. Poznali się dzięki wspólnemu przyjacielowi. Ich związek bywał burzliwy, ale zawsze godzili się i nie mogli bez siebie żyć. W przeciwieństwie do ich telefonów, które Arek – na co dzień spokojny – rzucał w ścianę, gdy akurat się z dziewczyną pokłócił. Ale jak to on, szybko się uspokajał. I dzwonił do Agnieszki, choć zwykle z nieswojego telefonu. Bo ten już nie był w stanie się włączyć. Widać mimo wszystko dobrze działało to na ich związek, bo ślub wzięli po kilku latach znajomości.

Było to dokładnie 21 lipca 2005 roku. Świadkiem Arka na ślubie był Krzysztof Ignaczak. Kolega z reprezentacji i AZS-u Częstochowa, współlokator i wielki przyjaciel. Razem grywali w Heroes III, razem pasjonowali się fotografią. Jadali pizzę czy kanapki, jak to dwóch gości w okolicach dwudziestki. Rozmawiali. Niemal nigdy się nie kłócili, bo z Arkiem rozumieli się po prostu bez słów, Igła mawiał nawet, że Gołaś to “jego młodszy brat, którego nigdy nie miał”. A dzieci Krzysztofa uwielbiały swojego wujka. Do dziś były libero reprezentacji Polski powtarza, że przyjaciela bardzo mu brakuje. W Hejt Parku na antenie Kanału Sportowego powiedział niedawno:

– Arek był dla mnie bardzo bliską osobą. Czułem, że to bratnia dusza oraz młodszy brat, którego nigdy nie miałem. Mieliśmy pewną nić porozumienia – wiadomo czasami się kłóciliśmy, ale na dłuższą metę nie potrafiliśmy bez siebie wytrzymać. Ciężko mi o tym rozmawiać. Miesiąc po tym jak byłem na jego ślubie i widziałem jego szczęście, a goście wspaniale bawili się na weselu, musiałem się z nimi spotkać w kompletnie innych okolicznościach. Miał przed sobą świetlaną przyszłość: niesamowite warunki fizyczne, talent i stratosferyczny zasięg, o którym mówił Zdzisław Ambroziak. Ale przede wszystkim skromność. Lubiany, z dużym poczuciem humoru. Był naczelnym fotografem reprezentacji. Kiedy ja nie wiedziałem co to lustrzanka, on już ją miał i robił miliony zdjęć. Brakuje mi go dalej, bo to najbliższa mi osoba, z którą wiążę się wiele wspomnień oraz najważniejszych rozdziałów w moim życiu.

Po ślubie Arek pojechał z reprezentacją na Mistrzostwa Europy. Tam wraz z kolegami z kadry zajął piąte miejsce. Potem miał kilka dni dla siebie, ale ciągnęło go do Włoch. Chciał jak najszybciej znaleźć się w nowym klubie. W końcu wyruszył tam razem z żoną.

*****

– Nakłanialiśmy Arka, żeby został i wyjechał do Maceraty rano – wspominał w książce “Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż” Ryszard Bosek. – Powiedziałem mu, że zadzwonię do klubu i naprawdę nie będzie problemu, jeśli przyjedzie nieco później. Ale Arka nosiło, chciał tam dotrzeć jak najszybciej. Wyruszyli więc wieczorem. Ustaliliśmy, że z każdej granicy będzie do mnie wysyłał SMS-a. Wiadomości skończyły się na przejściu czesko-austriackim. Gdy przyszedłem rano do biura, od razu powiedziałem współpracownikowi, że Arek od dawna nie dał żadnego znaku życia. W tym momencie zaczęliśmy już dzwonić do Austrii. Zapytano nas, czy jesteśmy jego rodziną. Mój wspólnik skłamał, że tak, na co Austriacy powiedzieli nam tylko, że Arek i Agnieszka są w szpitalu.

Był 16 września 2005 roku. Koło Klagenfurtu samochód Arka – prowadzony przez Agnieszkę – uderzył w betonową ścianę. Do dziś nie wiadomo dlaczego, sama Agnieszka niemal niczego nie pamięta i rzadko udziela jakichkolwiek wywiadów. Może przez to, że wiele osób oskarżało ją o śmierć Gołasia. Bo ona przeżyła, a on nie. Arek miał zaledwie 24 lata, a przed sobą niemal całą karierę i życie.

Wieści wkrótce dotarły do Polski. Nikt nie mógł w to uwierzyć. Raul Lozano akurat był na lotnisku, miał wracać do ojczyzny na urlop. Gdy dowiedział się o wypadku, odwołał wylot. Powiedział, że zostanie do pogrzebu, napisał też list do rodziców Gołasia. Chciał towarzyszyć Arkowi w ostatniej drodze. Podobnie jak tysiące osób, które zjawiły się na pogrzebie. W tym jego przyjaciół z boiska. Trumnę z ciałem Gołasia nieśli Łukasz Żygadło, Krzysztof Ignaczak, Grzegorz Szymański, Piotr Gruszka, Grzegorz Kokociński i Piotr Gacek. Wszyscy płakali.

Inna droga – życia i kariery Gołasia – miała być dużo dłuższa. Miał podbić ligę włoską, pewnie też Ligę Mistrzów. Miał dać nam wiele radości w reprezentacji. Gdyby żył, pewnie pojechałby na mistrzostwa świata do Japonii, gdzie Polacy sięgnęli po historyczny, wyczekiwany srebrny medal. Kiedy wchodzili na podium, wszyscy mieli koszulki z numerem “16” – tym, z którym w reprezentacji grał właśnie Arek. Krzysztofa Ignaczaka tam nie było. Oglądał to wszystko w telewizji. Ze łzami w oczach. Słyszał więc, jak Tomasz Swędrowski mówił niezapomniane dla polskich kibiców słowa:

– Jest srebrny medal, tak długo czekaliśmy na ten moment! Przypomnijmy nazwiska: Piotr Gruszka, Daniel Pliński, Paweł Zagumny, Wojciech Grzyb, Łukasz Żygadło, Mariusz Wlazły, Łukasz Kadziewicz, Grzegorz Szymański, Sebastian Świderski, Piotr Gacek, Michał Bąkiewicz, Michał Winiarski i jeśli użyjemy tutaj nazwiska Arka Gołasia, to będzie to absolutnie na miejscu. Gdyby żył, na pewno by się tutaj w Japonii znalazł! 

Polacy złamali tymi koszulkami zasady. Powinni mieć ubrane swoje. Ale Międzynarodowa Federacja Siatkówki im odpuściła, nie wymierzyła kary. A koledzy Arka, gdy już wrócili do kraju, na sobie wciąż mieli koszulki z jego nazwiskiem. I tak wyszli na lotnisko. Oddając hołd jego osobie. Genialnemu siatkarzowi i wspaniałemu, pełnemu radości człowiekowi, którego życie skończyło się stanowczo zbyt szybko.

Nie ma więc świeczek na torcie. Są znicze. Ale to właśnie te znicze świadczą o jednym – że o Arku wciąż się pamięta.

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez