Zmiana w sztafecie USA czy dominacja Osaki? Przed finałem AO kobiet

Zmiana w sztafecie USA czy dominacja Osaki? Przed finałem AO kobiet

Gdy Serena Williams rozkleiła się na konferencji prasowej po półfinale Australian Open, a w social mediach nie napisała „do zobaczenia za rok”, wielu fanów zaczęło się zastanawiać, czy to aby nie jej ostatni sezon. Dla świata tenisa byłaby to, oczywiście, wielka strata. Z drugiej jednak strony Amerykanie nie powinni rozpaczać. Bo – w dużej mierze dzięki Serenie – mają kogo oglądać. Najnowszym tego przykładem jest Jennifer Brady, finalistka Australian Open. 

Inna sprawa, oczywiście, że drugiej takiej dominatorki jak Serena amerykański tenis może się prędko nie doczekać. I to nie dlatego, że brak mu zawodniczek, które mogłyby wygrywać turnieje wielkoszlemowe seryjnie – bo takie pewnie by się znalazły, nawet jeśli nie teraz, to za kilka lat – a głównie z tego powodu, że dominować zaczyna inna zawodniczka, która z USA ma wiele wspólnego – Naomi Osaka, finałowa rywalka Brady.

Sztafeta

U mężczyzn nie dzieje się najlepiej. Ostatnim finalistą singlowego wielkoszlemowego turnieju z USA był Andy Roddick na Wimbledonie w 2009 roku, gdy po dramatycznym spotkaniu uległ Rogerowi Federerowi. Ostatnim zwycięzcą – również on, sześć lat wcześniej, na US Open. Z perspektywy amerykańskiej to wręcz statystyka druzgocąca. Wcześniej przecież – licząc od wygranej Andy’ego wstecz – w każdym sezonie przez 15 lat mieli choć jednego mistrza wielkoszlemowego. A zdarzało się, że i dwóch.

Teraz? Niezmiennie mają sporo talentów, ale żaden nie potrafi wybić się na najwyższy poziom. Jack Sock, Frances Tiafoe, Taylor Fritz czy inni osiągali mniejsze bądź większe sukcesy, ale na razie nie wskoczyli na najwyższy poziom. Bliski był tego John Isner, który jednak dotarł tylko (aż?) do półfinału Wimbledonu 2018. Na dokładnie tej samej fazie rywalizację w tym turnieju zakończył rok wcześniej Sam Querrey. Ale po nich raczej nikt nie oczekiwał takich wyników.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji oczy fanów w USA zwróciły się na kobiecy tenis. Siostry Williams od lat gwarantowały, że kolejne tytuły będą zdobywać zawodniczki z flagą USA przy nazwisku. Tak jak wcześniej robiły to Martina Navratilova (po zmianie obywatelstwa, oczywiście), Chris Evert, Billie Jean King czy nawet Lindsay Davenport. Krótki okres suszy w latach 90. przyniósł później deszcz trofeów w XXI wieku. Co jednak dla tamtejszego tenisa najważniejsze – nie zapowiada się na kolejną suszę. Jeśli siostry Williams – z naciskiem na Serenę – grać przestaną (a zrobią to zapewne prędzej niż później), Amerykanie mogą liczyć na kolejne sukcesy.

Kilka już zresztą przecież dostali. Turniej wielkoszlemowy wygrywała kilka lat temu Sloane Stephens, zresztą pokonując w finale rodaczkę, Madison Keys. Kariery ich obu (choć Sloane zaliczyła potem jeszcze jeden finał) wyhamowały, ale pojawiły się kolejne tenisistki, na które Amerykanie mogą liczyć. Sofia Kenin w zeszłym sezonie najpierw została mistrzynią Australian Open, a pod jego koniec dotarła do finału Roland Garros, gdzie uległa Idze Świątek. Amanda Anisimova regularnie pokazuje, że za niedługo może bić się o najwyższe cele. Cori Gauff jest uznawana za jeden z największych talentów w historii tenisa.

A teraz doszła jeszcze do tego Jennifer Brady, najnowsza z wielkoszlemowych finalistek. Choć to już nie najmłodsza zawodniczka (ale też niespecjalnie wiekowa, w tym roku skończy 26 lat), to jest kolejnym dowodem na to, że sztafeta pokoleń w amerykańskim kobiecym tenisie działa. I że okres post-Williams nie musi wcale być dla USA dramatyczny.

Choć paradoks polega na tym, że najlepsza z tenisistek, który mogłaby reprezentować USA, wybrała Japonię.

Naomi zdominuje?

Nie ma chyba aktualnie drugiej zawodniczki, która tak imponowałaby swoją grą. Naomi Osaka regularnie udowadnia, że jest w stanie pokonać każdą z rywalek, niezależnie od tego, gdzie akurat gra. Choć najlepiej wychodzi jej to w turniejach wielkoszlemowych. Z sześciu tytułów WTA, jakie do tej pory zdobyła, połowa to właśnie wygrane w imprezach tej rangi. Tę statystykę może nawet poprawić, jeśli triumfuje i w jutrzejszym finale.

Osaka często zdaje się nie do zdarcia. Nawet gdy gra z Sereną Williams, jest w stanie przejąć inicjatywę i siłą oraz precyzją swoich zagrań zmusić Amerykankę do poruszania się w defensywie. Przeszła też już przez trudny okres po pierwszych dużych sukcesach, gdy widać było, że nie do końca radzi sobie z zyskaną nagle sławą. Dziś to już tenisistka ukształtowana w pełni, która przez najbliższe lata może stać się dla tenisa kimś takim, jakim była Williams. Zresztą już teraz Naomi jest jedną z najlepiej zarabiających osób w sporcie.

W jutrzejszym finale będzie, oczywiście, faworytką. Nie ma innej opcji. Jeśli wygra, będzie to czwarty rok z rzędu, w którym zdobywa wielkoszlemowy tytuł. Taką serią w XXI wieku pochwalić mogą się tylko dwie tenisistki: Justine Henin (jej seria trwała pięć sezonów, w latach 2003-2007 wygrała łącznie siedem takich turniejów) i, oczywiście, Serena Williams (w latach 2007-2010, gdy wygrała sześć tytułów i 2012-2017, gdy w sześć lat triumfowała w Wielkim Szlemie dziesięć razy!). W przypadku Naomi wydaje się, że taka seria może trwać naprawdę długo.

Japonka mogła reprezentować Stany. Tam mieszkała i wychowywała się tenisowo, ale ostatecznie postawiła na kraj, w którym się urodziła. O jej korzeniach i całej tenisowej drodze sporo pisaliśmy zresztą w tym miejscu. Tak naprawdę w tym momencie wydaje się, że Naomi jest na najlepszej drodze do tego, by co roku dokładać nie jeden, ale kilka najważniejszych tytułów. Choć, co warto zauważyć, wciąż pozostaje specjalistką od kortów twardych. Na trawie i mączce nie idzie jej najlepiej – i w Wimbledonie, i na Roland Garros nigdy nie przeszła trzeciej rundy.

W Australii jednak nie tylko to zrobiła, ale zdobyła już jeden tytuł i to jeszcze w momencie, gdy była tenisistką młodszą, mniej doświadczoną i tuż po pierwszym ogromnym sukcesie – wygranej w US Open 2018. Teraz, biorąc pod uwagę, że walczy o swój czwarty tytuł wielkoszlemowy, naprawdę trudno zakładać, by mogła finał przegrać.

Na tegorocznym Australian Open pokazała zresztą całą swoją klasę. Po wielkich problemach w IV rundzie, gdzie broniła nawet piłek meczowych w starciu z Garbine Muguruzą, potem nie miała już żadnych problemów. Serenie Williams w półfinale oddała ledwie siedem gemów, kontrolując spotkanie od pierwszej do ostatniej piłki. A to nadal nie zdarza się tak często. Szczególnie, gdy forma Amerykanki jest tak dobra, jak to miało miejsce w tym turnieju. Naomi jednak potrafiła się jej nie tylko przeciwstawić, ale zdominować.

Tak naprawdę jednak to spotkanie z Muguruzą, choć wygrane w dramatycznych okolicznościach, bardziej pokazało możliwości Osaki. Bo musiała zaprezentować w nim absolutnie najlepszy tenis. W kluczowych momentach wspinała się więc na wyżyny umiejętności, broniła piłek fantastycznymi zagraniami tuż przy linii, umiejętnie rozrzucała przeciwniczkę, znakomicie serwowała, świetnie też spisywała się na returnie. Jednym zdaniem: znów udowodniła, że właściwie nie ma słabych stron. Żeby ją pokonać, rywalki zwykle muszą zagrać najlepszy tenis w karierze. A i to nie zawsze wystarcza. Zwłaszcza, gdy gra toczy się o dużą stawkę.

Z drugiej strony to sport. Wszystko może się zdarzyć. A mecz o tytuł potrafi przynieść spore niespodzianki. Więc może jednak Brady?

Amerykańska ścieżka

Tak właściwie, gdyby patrzyć tylko na wiek, Jennifer Brady powinna była przejąć pałeczkę w tej amerykańskiej sztafecie tenisowych pokoleń już nieco wcześniej, by za niedługo przekazać ją Sofii Kenin czy Amandzie Anisimovej. Ale to sport, nie zawsze wszystko działa w ten sposób. Brady przeszła więc przez coś, co można by nazwać amerykańską ścieżką. Choć raczej bardziej popularna jest ona w męskim tenisie.

Zaczęła w Chris Evert Tennis Academy. Trafiła tam, gdy miała 10 lat, trenowała długo, ale jako juniorka nigdy specjalnie się nie wyróżniała. Owszem, dobiła nawet do 36. miejsca w światowym rankingu, jednak w najważniejszych turniejach rzadko przechodziła nawet pierwsze rundy. Sama przyznawała, że wielkich sukcesów w tamtych latach nie odnosiła. W seniorskich, mniejszych turniejach, do których była zgłaszana, też z rzadka wygrywała mecze.

Inne osoby w moim wieku wygrywały już większe turnieje, miały pierwsze sukcesy wśród profesjonalistów. A ja nie przechodziłam nawet pierwszej czy drugiej rundy kwalifikacji. To było dla mnie bardzo trudne, oddziaływało na moją pewność siebie i grę. Myślałam sobie, że może to nie sport dla mnie – wspominała.

Mimo słabych wyników, trenerzy regularnie powtarzali jej, że talent ma. Po prostu nie potrafiła go pokazać na korcie w trakcie meczów – tak też bywa. Brady przyznawała wielokrotnie, że brakowało jej obycia, mentalnego przygotowania. Nie była wystarczająco twarda, za to miała temperament, nad którym czasem trudno było zapanować. A to zła mieszanka, zwłaszcza w takim sporcie jak tenis, gdzie opanowanie jest kluczem do sukcesu.

Od zawsze mówiono jej też, że gra po męsku, niekobieco. To jej nie przeszkadzało, uznała, że taka gra ją wyróżnia, nie skupiała się na tego typu komentarzach. Może nawet byłoby to jej przewagą na korcie, ale właśnie – nadal jej nie szło. W tej sytuacji zrobiła to, co w USA sportowcy robią bardzo często. Choć nie jest to specjalnie popularne u tenisistów – poszła do college’u.

Taka droga, oczywiście, się zdarza. Przez college przechodził John Isner, z dobrodziejstw amerykańskich uczelni korzystał też choćby Kevin Anderson, który dwukrotnie gościł w wielkoszlemowych finałach. Tyle że zwykle college jest wyjściem dla tych, którzy nie mają zbyt wielkich nadziei na dojście do czołówki, gdy mają jakieś 19, może 20 lat. Dlatego bardzo rzadko zdarza się, że ktoś, kto przez college przejdzie, zostaje tenisistą (a tym bardziej tenisistką) ze światowej czołówki. To wyjątki, ułamek całości.

Brady – tak to wygląda – się udało. I to nie mimo pójścia do college’u, a dzięki niemu. – Nie byłam gotowa na rywalizację z innymi zawodniczkami. Dla mnie college był wielkim doświadczeniem, sporo nauczyłam się na korcie i poza nim, dojrzałam jako osoba – mówiła. I powoli przechodziła do świata zawodowego tenisa. W 2014 roku pokonała nawet w jednym z mniejszych turniejów… młodą, 17-letnią Osakę.

Wciąż jednak – nawet po debiucie w WTA Tour w 2016 roku – była daleko od obecnego poziomu.

Najważniejsza decyzja

Jennifer Brady powoli stawała się zawodniczką na miarę pierwszej setki rankingu WTA, do której zresztą wkrótce weszła. A potem wypadła. I tak się to kręciło. Dopiero w 2019 roku stała się zagrożeniem dla rywalek, nawet tych z czołówki. Wciąż jednak brakowało jej regularności, więc wspięła się tylko (lub aż, zależy jak patrzyć) na 56. miejsce w rankingu WTA. Wtedy uznała, że musi coś zmienić.

Wybrała miejsce zamieszkania. I jeśli wcześniej szła amerykańską ścieżką, tak teraz kompletnie z niej skręciła. Florydę zamieniła na… niemiecki Regensburg. To tam przygotowywała się do 2020 roku z trenerem Michaelem Gesererem i Danielem Pohlem, odpowiadającym za jej przygotowanie fizyczne. Chciała wyjść poza schemat, spróbować czegoś nowego, opuścić choć na moment amerykański system.

Trening w Niemczech jest inny, mentalność też. To kompletnie inne odczucia. Naprawdę to lubię. Wszystko jest poukładane, ale intensywne. Każdy trening, jaki odbyłam, pomógł mi się poprawić i stać lepszą w czymś. Nie sądzę jednak, by wielu amerykańskich zawodników cieszyłoby się taką atmosferą – mówiła. Ona jednak ją chłonęła. Jaki dało to efekt?

Wprost znakomity.

W pandemicznym sezonie nie mogła, oczywiście, pokazać pełni możliwości. Ale i tak udało jej się wykręcić świetne wyniki. W Brisbane pokonała na przykład Ash Barty, liderkę światowego rankingu. Pecha miała w Australian Open, gdzie już w pierwszej rundzie trafiła na Simonę Halep i mecz przegrała. Zresztą znów uległa Rumunce w lutym, ale półfinał w Dubaju i tak ją zadowalał. Podobnie jak wygrany – już po pandemii – turniej w Lexington, gdzie po drodze ograła między innymi Magdę Linette. To jej pierwszy i (jak na razie) jedyny tytuł WTA w karierze.

Ten był, jak się okazało, zapowiedzią naprawdę niezłych rzeczy. Brady wkrótce została bowiem półfinalistką US Open. Zatrzymała ją dopiero… Naomi Osaka. Ale po trudnym, trzysetowym pojedynku. – Mam w sobie mnóstwo pewności. W moich nogach, mojej mocy. Myślę, że wychodzę na kort z innym nastawieniem, wiarą w siebie. Zmieniłam się. Czuję się jak inna, lepsza osoba – mówiła Amerykanka. I choć na Roland Garros przegrała już w I rundzie z Clarą Taulson, kwalifikantką z Danii, niczego to nie zmieniło.

Na Australian Open znów imponuje. I może być groźna nawet dla Naomi Osaki.

Faworytka i niespodzianka

Japonki każdy się w tym finale spodziewał. Brady co najwyżej kilka osób. Tym bardziej, że Amerykanka była przed Australian Open w twardej, dwutygodniowej kwarantannie. Przez 14 dni nie mogła opuszczać pokoju i trenować na kortach. Nie załamała się jednak, a pracowała. To, co udało jej się osiągnąć, docenił nawet Wim Fissette, trener Osaki. – Wraz z trenerem wykonali wielką pracę podczas kwarantanny. [Brady] była w stanie pracować nawet wtedy, skorzystała z tego czasu. Ma świetną mentalność – mówił.

Brady imponuje. Nastawieniem, ale też grą. W Australii radzi sobie w każdym meczu. Przezwycięża trudne chwile i odprawia kolejne rywalki. Z Karoliną Muchovą w półfinale wygrała 6:3, 3:6, 6:4. Horrorem był ostatni gem – Czeszka miała trzy break pointy, Amerykanka wykorzystała dopiero piątą piłkę meczową. – Trwało to trochę dłużej, niż tego oczekiwałam. Byłam bardzo zdenerwowana. Nie czułam nóg, a moje ręce się trzęsły. Miałam nadzieję, że ona nie będzie trafiać, ale nie zamierzała i grała bardziej agresywnie. Ostatecznie jednak udało mi się zamknąć ten mecz – mówiła na konferencji prasowej.

Osaka w finale będzie, jak wspominaliśmy, faworytką. Japonka przechodzi przez kolejne rundy – poza meczem z Muguruzą – szybko i pewnie, wydaje się nie do zatrzymania. Brady sama o tym doskonale wie, przyznaje wręcz, że nie ma pojęcia, jak będzie czuła się w sobotę i chce po prostu cieszyć się chwilą. Kluczem będzie w jej przypadku kontrola emocji. Naomi Osaka już potrafi to robić, Jennifer Brady – na tym poziomie – dopiero się uczy. Przecież nigdy jeszcze nie była w takiej sytuacji.

Ale że nerwy opanować potrafi, już udowodniła w tym turnieju kilka razy. Jeśli uda jej się to też w finale, to całkiem prawdopodobne, że Osaka nie będzie miała lekko. Już w półfinale ubiegłorocznego US Open musiała się przecież z Amerykanką namęczyć i rozegrać trzy sety. Choć, oczywiście, co by się nie działo przed tym meczem, na kort wyjdzie jako typowana mistrzyni.

Czy jednak zejdzie z niego z trofeum za zwycięstwo w turnieju? Czas pokaże.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez