Złoty medal, na który nikt nie liczył. Historia Józefa Grudnia   

Złoty medal, na który nikt nie liczył. Historia Józefa Grudnia  

Na Igrzyska Olimpijskie do Tokio w 1964 roku jechał jako zawodnik anonimowy w skali europejskiej. Owszem, przegrana rok wcześniej w ćwierćfinale mistrzostw Europy z późniejszym triumfatorem imprezy – Węgrem Janosem Kajdiem – wstydu nie przynosiła, ale to był jedyny turniej rangi mistrzowskiej, w którym do tej pory Polak brał udział.

Jak na dwudziestopięciolatka, doświadczenie na arenie międzynarodowej miał więc niewielkie. Nie może zatem dziwić, że nawet Felisk Stamm, trener polskiej kadry bokserów, choć wysoko cenił swojego podopiecznego, to nie do końca wierzył w jego sukces. A jednak Józef Grudzień na turnieju olimpijskim zaskoczył wszystkich i pewnie wywalczył złoty medal.

Technik z ringu oraz wykształcenia

Józef Grudzień przyszedł na świat w primaaprilisowy dzień 1939 roku w Piasku Wielkim – małej wiosce, położonej w granicach dzisiejszego województwa świętokrzyskiego. Pochodził z typowo chłopskiej, wielodzietnej rodziny. Bardzo szybko doszedł do wniosku, że spędzenie reszty życia na roli nie jest jego spełnieniem marzeń, więc w wieku 13 lat po prostu wsiadł do pociągu i pojechał szukać lepszych perspektyw.

Udał się do Wrocławia, gdzie chciał zdobyć wykształcenie w Technikum Budowy Wagonów – szkoły przyzakładowej Pafawagu. To tam pierwszy raz zetknął się z boksem, gdyż wielu jego kolegów należało do przyzakładowego klubu bokserskiego.  Praktycznie co wieczór przynosili do internatu rękawice, którymi potrafili obijać się aż do kompletnego wycieńczenia. W tych na wpół dzikich sparingach Grudzień okazywał się najwytrwalszy, zatem jego przyjaciel namówił go, by zapisał się na kurs amatorski do Paragrafu. Gdy tam się pojawił, trener Michał Szczepan już po pierwszych zajęciach zaproponował mu przeniesienie się do sekcji profesjonalnej. Tym sposobem – obok szkoły technicznej, którą ukończył z wyróżnieniem – Grudzień zdobywał szlify w szkole bokserskiej.

Pójście w kamasze i lekcje z mistrzem

Po szkole przyszło powołanie do służby wojskowej, a co za tym idzie przenosiny do bokserskiej sekcji Legii Warszawa. Oczywiście mógł tam uprawiać boks na najwyższym możliwym poziomie w Polsce. Ale nie było tak, że młody, zdolny pięściarz od razu został sprowadzony do Legii jako gwiazda, mająca zapewnione miejsce w składzie w kategorii lekkiej. W tym samym roku warszawski klub sprowadził Jana Szczepańskiego – pochodzącego z Tomaszowa Mazowieckiego równolatka Grudnia. Ten najpierw walczył w wadze koguciej, a później w piórkowej. Ale kiedy jego młody organizm w pełni się ukształtował, skończył w kategorii lekkiej. Zatem Legia posiadała dwóch świetnych bokserów, ścierających się ze sobą dzień w dzień.

Józef Grudzień. Fot. Newspix

W pierwszym sezonie w nowych barwach to Grudzień wyszedł zwycięsko z tej rywalizacji, co pozwoliło mu reprezentować stołeczny klub na mistrzostwach Polski, w dodatku rozgrywanych w Warszawie. W całym turnieju walczył świetnie, docierając do finału wagi lekkiej. Jednak tam czekał go bój ze swoim największym oprawcą – choć dodajmy że tylko w ringu, gdyż obaj panowie prywatnie zostali przyjaciółmi – Kazimierzem Paździorem.

Paździor był mistrzem Europy z 1957 roku i jedną z nadziei medalowych podczas nadchodzących Igrzysk Olimpijskich w Rzymie, w 1960 roku. W ringu zachowywał stoicki spokój, nie dopuszczając do bijatyki. Kontrolował walkę za pomocą świetnego timingu ciosów oraz wyczucia dystansu, przez co nazywano go „filozofem ringu”. Przed mistrzostwami Grudzień mierzył się z nim trzykrotnie, za każdym razem schodził z ringu pokonany. Ich starcie na mistrzostwach kraju też nie zakończyło się happy endem dla naszego głównego bohatera. W warszawskim finale po raz czwarty musiał uznać wyższość przeciwnika. Jednak po latach Grudzień mówił o Paździorze:

– W ringu imponował mi zawsze swoim niezwykłym opanowaniem. Niczym nie można go było wyprowadzić z równowagi. Przedostać się przez jego długi lewy prosty było nie lada sztuką. Lubił wyczekiwać na ofensywne akcje przeciwników. Świetnie wyczuwał dystans i w momentach najmniej oczekiwanych sam potrafił przejść do kontrataku. Umiał przy tym rozkładać swoje siły tak, aby w końcówce wyraźnie wykazać swą wyższość.

Grudzień nie rzucał słów na wiatr. Choć przegrał z Paździorem wszystkie cztery walki w trakcie kariery, to zawsze podkreślał jak wiele cennych wniosków zdołał z nich wyciągnąć. W późniejszych latach imponował kondycją, techniką oraz refleksem. Sam Paździor niecałe cztery miesiące później wywalczył olimpijskie złoto w Rzymie, w finale deklasując zawodnika gospodarzy – Sandro Lopopolo.

Seria niefortunnych zdarzeń

Wobec takich okoliczności i konkurencji w wadze lekkiej, nie może zatem dziwić fakt, że Józef Grudzień nie był pierwszym wyborem do kadry. Aż nagle, w październiku 1961 roku polskie środowisko bokserskie przeżyło szok. Oto mistrz olimpijski, Kazimierz Paździor, zdecydował się zawiesić rękawice na kołku. W wieku zaledwie 26 lat, wciąż pozostając w doskonałej formie! A przecież wydawało się, że miejsce w kadrze zostanie przez niego wręcz zabetonowane na kolejne dwa igrzyska olimpijskie. To otwierało ogromną szansę przed Grudniem…

…jednak Józef w tym samym roku doznał złamania Bennetta w prawej dłoni – typowo bokserskiej kontuzji kości kciuka. Absencję klubowego rywala wykorzystał Jan Szczepański, który zdobył wtedy wicemistrzostwo Polski w wadze lekkiej. W takiej sytuacji to on miał lepsze notowania zarówno w klubie jak i reprezentacji. Jakby tego było mało, rok później Grudniowi odnowiła się ta sama kontuzja. A Szczepański znajdował się w życiowej formie. Zdobył wtedy tytuł mistrza Polski wagi lekkiej, który skutecznie obronił rok później. Grudzień pojechał wprawdzie na mistrzostwa Europy, ale wyłącznie przez drobny uraz, jakiego nabawił się jego klubowy kolega. Co prawda później Szczepański był przesuwany wagę niżej, ale czy dwukrotny mistrz w lekkiej odpuściłby na igrzyskach kategorię, w której święcił największe sukcesy? Tego nigdy się nie dowiemy.

Wszystko przez to, że na początku 1964 roku lekarze wykryli u Szczepańskiego arytmię serca. Orzeczenie brzmiało dla młodego pięściarza jak wyrok – kategoryczny zakaz uprawiania boksu. To oznaczało, że reprezentantem Polski w wadze lekkiej na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio 1964 zostanie Józef Grudzień.

Ten najpierw musiał jednak wsadzić rękę w gips na cztery miesiące. Ciekawe jaka to kontuzja, nieprawdaż? Tak, złamanie Bennetta w prawej dłoni. Ten sam uraz, trzeci raz w ciągu czterech lat. W ten sposób Grudzień nie wystartował w mistrzostwach Polski, wznawiając treningi dopiero w sierpniu, na dwa miesiące przed turniejem olimpijskim.

Złe dobrego początki

Podsumowując, do Tokio nie jechał nasz najlepszy pięściarz w kategorii lekkiej. Tym bez wątpienia byłby Kazimierz Paździor, gdyby nie zdecydował się zakończyć kariery. Nie jechał nawet bokser numer dwa. Prawdopodobnie byłby to Szczepański, ale arytmia wykluczyła go z boksu na kilka lat. Grudzień był trzecią opcją w tej kategorii, w dodatku świeżo po odnawiającej się kontuzji.

Człowiek bez dużego doświadczenia międzynarodowego. Który do tej pory nie udowodnił nawet, że jest najlepszy w swoim kraju – dwa razy przegrał w finale, raz zdobył brązowy medal. I on miał wygrać najważniejszą imprezę czterolecia? W obliczu tych wszystkich problemów, brak wiary „Papy” Stamma w swojego boksera wydawał się mocno uzasadniony. Ale pochylmy się nieco nad argumentem o braku doświadczenia międzynarodowego.

Oczywiście, zaledwie kilkanaście pojedynków międzypaństwowych – wliczając starcia kadry B oraz juniorskie – nie robi wrażenia. Jednak ta liczba wynikała z ogromnej siły polskiego pięściarstwa w latach 60. Pozwólcie, że posłużymy się nomenklaturą piłkarską. Jeżeli wówczas najsilniejszy boksersko kraj, jakim był ZSRR, porównamy do dzisiejszej ligi angielskiej czy hiszpańskiej, to Polska w takiej analogii byłaby odpowiednikiem Bundesligi. Innymi słowy – byliśmy cholernie mocni.

Józef Grudzień bił się z europejską czołówką na co dzień, i nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty przesady. Trenował ze Szczepańskim, który potem został mistrzem olimpijskim w Monachium w 1972, a rok wcześniej zdobył mistrzostwo Europy. Walczył z Paździorem, którego sukcesy  już przytaczaliśmy. Mało tego, Grudzień jest jedynym polskim bokserem który dwukrotnie w oficjalnych pojedynkach pokonał Jerzego Kuleja, przez wielu uznawanego za najlepszego pięściarza w historii polskiego boksu.

Do tego dochodziła cała grupa bardzo mocnych zawodników w kraju, na czele z Janem Walczakiem czy Antonim Dąsalem – wielokrotnymi medalistami mistrzostw Polski. Ponadto, Feliks Stamm na zgrupowaniach nie bał się zestawiać zawodników z różnych kategorii wagowych. Więc Józef sparował z takimi tuzami, jak Marian Kasprzyk, Tadeusz Walasek czy wspomniany Kulej. Oni wszyscy już byli, lub zostali w przyszłości, medalistami na międzynarodowych imprezach. W tym kontekście niewielka liczba pojedynków z pięściarzami z zagranicy nie stanowiła problemu.

Pierwszym przeciwnikiem Grudnia był Antero Halonen. Obaj pięściarze mieli ze sobą coś wspólnego – rok wcześniej, na mistrzostwach Europy, zarówno Polak jak i Fin przegrali z późniejszym triumfatorem, Janosem Kajdim. Ale w Tokio Grudzień był nieuchwytny dla swojego przeciwnika, przeważał we wszystkich rundach. Wygrał 4:1 decyzją sędziów.

W następnych walkach Józef odprawił z kwitkiem rywali z Kenii oraz Bułgarii, dostając się do półfinału turnieju. Już na tym etapie polski zawodnik miał zagwarantowany brązowy medal. Nieźle jak na gościa, który dwa miesiące wcześniej nosił rękę w gipsie. W półfinale czekał na niego Ronald Harris, pięściarz surowy technicznie, ale dysponujący bardzo silnym ciosem. Stąd taktyka czarnoskórego Amerykanina była prosta – przejść do półdystansu i szukać kończącego uderzenia. Nie mógł jednak trafić na gorszego dla siebie rywala niż Grudzień. Polak uwielbiał walczyć na dystans, a technicznie i szybkościowo przerastał rywala o głowę.

Walka niestety nie zachowała się w formie wideo, ale Feliks Stamm wspominał:

– W trzeciej [rundzie] Grudzień obnażył wszystkie wady Amerykanina. Okazało się, że Harris jest sztywny, ma fatalną pracę nóg, nie umie wyczuć dystansu. Te błędy Józek doskonale wykorzystał i otworzył sobie drogę do finału.

W finale oponentem Grudnia był reprezentant Związku Radzieckiego, Wilikton Barannikow. Zawodnik ZSRR był faworytem pojedynku, gdyż w styczniu 1964 roku starł się z polskim pięściarzem w Moskwie w ramach pojedynku międzynarodowego ZSRR – Polska. Barannikow wygrał tamtą walkę, ale nadział się w niej na kontrujący cios Grudnia, przez który był liczony.

Tu dochodzimy do kolejnej cechy naszego zawodnika. Wspominaliśmy o jego dobrej technice, szybkości czy wyczuciu dystansu, jednak sama siła uderzenia była zastanawiająca. Otóż według „Papy” Stamma, Józef Grudzień posiadał bardzo mocny cios, z tym że sam nie do końca ufał tej broni i bił jakby od niechcenia – bardziej żeby odpędzić od siebie przeciwnika niż go znokautować, o co trener miał do niego pretensje. Ponadto Grudzień był zafascynowany stylem boksowania swojego przyjaciela, Kazimierza Paździora, więc nie przywiązywał aż tak dużej uwagi do siły ciosu.

– Zresztą siła w boksie, choć się przydaje, nie jest najważniejszą cechą. Na nic się nie zda, jeśli ktoś jest surowym technicznie pięściarzem. W dodatku zawodnicy na ogół mocno umięśnieni, z potężnymi bicepsami, rzadko potrafią zrobić użytek z tych cech fizycznych. Boks to przecież głowa, myśl, refleks, taktyka – tłumaczył kilka lat później sam zainteresowany.

Kto wie czy, jak na ironię, ten moskiewski nokdaun nie siedział w pamięci Barannikowa, który wyszedł do walki wyraźnie zdenerwowany. Jego akcje były szarpane, jakby nie mógł zdecydować się czy chce ruszyć do przodu, czy może oddać pole Grudniowi, samemu czekając na kontry. Natomiast Józef robił swoje. Dobrze kontrolował walkę lewym prostym, dodając element zaskoczenia – uderzenie z prawej ręki, którym raz za razem wybijał z rytmu rywala. Pod koniec walki przeciwnik opadł z sił, ograniczając się do zadawania w klinczu nic nie znaczących, krótkich ciosów na korpus. Gdy zabrzmiał ostatni gong, sędziowie nie mieli wątpliwości kto wygrał. Cała piątka wskazała na zwycięstwo Polaka!

– Paździor prosił mnie, abym go godnie zastąpił. Cieszę się, że nie zrobiłem mu zawodu – mówił Grudzień po walce do Feliksa Stamma. Cóż, za wynik i przede wszystkim styl w jakim go osiągnął, jego przyjaciel i bokserski mentor mógł mu tylko bić brawo.

Kariera napędzona największym sukcesem

Na szczęście dla polskiego pięściarstwa, Grudzień nie poszedł w ślady Paździora, i kontynuował karierę bokserską będąc u szczytu formy. Rok później stworzył trylogię pojedynków z Barannikowem, tym razem przegrywając w finale mistrzostw Europy. Porażkę powetował sobie w 1967 roku, wygrywając europejski czempionat w Rzymie. W ćwierćfinale rozprawił się z Włochem Enzo Petriglią, który wcześniejszą rundę wygrał z wielkim rywalem Grudnia ze Związku Radzieckiego. Ponadto zdominował wagę lekką na krajowym podwórku, zdobywając trzy tytuły mistrza Polski w przeciągu czterech lat.

Zdecydował się zawiesić rękawice na kołku po igrzyskach olimpijskich w Meksyku w 1968 roku, w wieku 30 lat. Gdyby chciał, mógłby jeszcze kontynuować karierę do igrzysk w Monachium, ale nie później, gdyż ówczesne istniał przepis o wycofaniu boksera, który ukończył 35. rok życia. Zatem Grudzień chciał, niczym Jerzy Kulej, obronić olimpijski tytuł i odejść na bokserską emeryturę. Kulejowi ta sztuka w Meksyku się udała, Grudzień był bardzo blisko – zdobył srebrny medal, w finale przegrywając z… amerykańskim pięściarzem Ronaldem Harrisem.

To nie był jednak ten sam Ronald Harris, którego cztery lata wcześniej pokonał w półfinale tokijskiego turnieju. Ot, ciekawa zbieżność nazwisk i kategorii wagowej. Polak nie mógł pogodzić się z tamtą porażką, uważając się za lepszego boksera. W ramach usprawiedliwienia naszego mistrza dodajmy, że był jedynym bokserem na turnieju olimpijskim, który stoczył wtedy aż sześć walk. Po latach zapewne spoglądał na swój srebrny krążek łaskawszym okiem – poza Jerzym Kulejem, takich sukcesów na igrzyskach olimpijskich nie osiągnął żaden polski pięściarz.

Józef Grudzień do samego końca pozostał przy swojej ukochanej dyscyplinie, udzielając się jako trener, działacz oraz znana osobowość bokserska. Dwa lata przed śmiercią nagrał zdjęcia do cały czas powstającego dokumentu Ring Wolny, który ma opowiadać o historii polskiego boksu między innymi przez pryzmat kariery Grudnia. Na materiale wideo z 2015 roku cały czas emanował energią i zwykłą, ludzką serdecznością.

Niestety, zmarł 17 czerwca 2017 roku w wieku 78 lat, po krótkiej chorobie.

SZYMON SZCZEPANIK 

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez