Złoto bez smaku

Złoto bez smaku

Chyba nigdy wcześniej, ani później w historii sportu, nie było drużyny tak niedocenionej. Na igrzyska pojechali jako murowani faworyci i nie zawiedli, a nawet wykonali plan na ocenę celującą. Minęły już cztery lata, ale wciąż padał na nich cień poprzedników. Koszykarze Stanów Zjednoczonych z Igrzysk Olimpijskich Atlanta 1996, wiedzieli, że zdobędą złoty medal. Wiedzieli też, że na nikim nie zrobi to wrażenia.

To nawet znajoma sytuacja. Ktoś zrobił coś dobrze, a ty jesteś następny w kolejce. Załóżmy jednak, że zrobił to najlepiej w historii. Niedzielny obiad przygotował Gordon Ramsay albo Magda Gessler, a ty gotujesz w następnym tygodniu. I to jeszcze w niedzielę niehandlową. Podwójnie utrudnione zadanie.

Podczas igrzysk w Atlancie amerykańscy koszykarze stali przed podobnym wyzwaniem. Ich poprzednicy zapisali się na kartach historii jako najlepszy zespół wszech czasów. Absolutna plejada gwiazd z IO w Barcelonie, do dziś zwana “Dream Teamem”. Przełamali międzynarodową barierę, zostając pierwszą amerykańską reprezentacją niemal w całości złożoną z aktywnych zawodników NBA. Każda kolejna mogła co najwyżej dopisywać numerki Dream Team II (1994), Dream Team III (1996).

Najmocniej w oczy rzucały się nazwiska. Podstawę Dream Teamu tworzyli Michael Jordan, Magic Johnson i Larry Bird. Dla tych niewątpliwych legend koszykówki, była to ostatnia okazja, aby połączyć siły i zagrać w jednym zespole. Johnson rok wcześniej z powodu choroby zakończył karierę. Występ na igrzyskach miał być dla niego pożegnaniem z parkietem. Tuż po turnieju na emeryturę udał się również Bird. Bóle pleców doskwierały mu tak mocno, że zamiast siedzieć na ławce, leżał na brzuchu, i z takiej perspektywy obserwował poczynania kolegów. Ich celem, jak i reszty kadrowiczów, było udowodnienie, że Stany Zjednoczone nie mają sobie równych we wszystkim co powiązane z pomarańczową piłką. Złoty medal zdobyli, pokonując rywali średnio różnicą 44,3 punktów.

W 1996 roku Bird już dawno zawiesił buty na kołku. A Jordan? Jordan był wtedy większy niż sama dyscyplina i mógł robić co chciał. Postanowił, że w kadrze już nie zagra.

Przetarta ścieżka

Dream Team na zawsze zdefiniował pojęcie zespołu idealnego. Jego charakter trafnie opisywały postawy dwóch, zupełnie różnych reprezentantów Charlesa Barkleya i Scottiego Pippena.

Barkley idealnie wpasowywał się w barceloński klimat. Spośród całej palety gwiazd uchodził za tego najbardziej dostępnego, najchętniej pokazującego się ludziom. Przechadzał się po ulicach Barcelony jak typowy turysta, zainteresowany wszystkim, co dzieje się na słynnym Las Ramblas. Powagę zachowywał tylko na parkiecie, kiedy kolokwialnie mówiąc, zajmował się profesjonalnym kopaniem tyłków. Do historii przeszły jego słowa z konferencji przed pierwszym grupowym spotkaniem:

Nie wiem nic o Angoli. Ale Angola ma problem.

Jak się okazało, powiedział to nie bez kozery, ponieważ Stany pokonały afrykańską reprezentację 116:48.

Pippen podczas igrzysk znalazł swoją prywatną misją ośmieszyć przyszłego kolegę z zespołu, na punkcie którego oszalał ich dyrektor sportowy, Jerry Krause. Wspaniały talent z Bałkanów Toni Kukoc w tamtym czasie nie grał jeszcze w NBA, ale był już nieformalnie dogadany z Chicago Bulls. Władze klubu niecierpliwie wyczekiwały jego debiutu. Negocjacje kontraktowe z Kukocem znacznie opóźniły przyznanie podwyżki Pippenowi, który w tamtym czasie zarabiał “marne” 750 tysięcy dolarów za sezon. Gwiazdor Bulls nie mógł odmówić sobie okazji do znokautowania 23-letniego europejskiego chłopaka. Mimo że w NBA był prawą ręką Jordana, wiecznym numerem dwa, nigdy nie brakowało mu wysokiego poczucia wartości. Chciałem, by cały świat zobaczył nas w walce 1 na 1. Mogłem zamówić Krausemu wielki telewizor powiedział po meczu. Kukoc w spotkaniu z Amerykanami trafił tylko jeden z dwunastu oddanych rzutów.

Dwunastka (nie)wspaniałych

Sukces i popularność Dream Teamu była nie do powtórzenia, ale na kolejne igrzyska też trzeba było uzbierać dwunastu zawodników. Dyrektor kadry narodowej Jim Tooley oraz członek komitetu do selekcji i powoływania kadrowiczów Rod Thorn stali przed niełatwym zadaniem. Zrobili jednak wszystko co leżało w ich mocy. Rozpoczął się plan Dream Team III.

W związku z nieobecnością Jordana, należało znaleźć mu jak najgodniejsze następstwo. Za drugiego najlepszego koszykarza w NBA uważany był wtedy Hakeem Olajuwon, dwukrotny mistrz ligi z 1994 i 1995 roku. Urodzony w Nigerii wielkolud do światowej czołówki należał już od lat, ale nigdy wcześniej nie dostąpił zaszczytu reprezentowania Stanów Zjednoczonych. Powód nieco prozaiczny dopiero w 1993 roku otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Krajowe media szybko obwieściły go twarzą nowej reprezentacji, co wydawało się trafne, chociażby ze względu na jego pseudonim “The Dream”.

Pod koszem towarzyszyć miał mu Shaquille O’Neal, czyli największy (w przenośni i dosłownie) młody gwiazdor ligi. Mierzący 216 centymetrów i ważący niebagatelne 146 kilogramów środkowy nie ukrywał rozczarowania brakiem powołania w 1992 roku: Byłem zły i zazdrosny. Uważałem siebie za dynamiczniejszego, mocniejszego zawodnika od Laettnera. Z drugiej strony on był lepiej wyszkolony technicznie. Poza tym uczęszczał na uczelnie całe cztery lata wspominał w audycji Mike Wise Show w 2016 roku.

Na tej samej pozycji co O’Neal i Olajuwon występował również David Robinson, najlepszy zawodnik sezonu 1994/95. Jego w dwunastce również nie mogło zabraknąć. Od przybytku głowa nie boli, ale trener kadry Lenny Wilkens żartował, że jeden z nich będzie musiał grać na rozegraniu. Skład uzupełniła czwórka olimpijczyków sprzed czterech lat John Stockton, Scottie Pippen, Charles Barkley, Karl Malone, trójka niezawodnych weteranów Reggie Miller, Mitch Richmond, Gary Payton oraz młode i wschodzące gwiazdy 23-letni Grant Hill oraz 25-letni Penny Hardaway.

Powietrze pachniało inaczej niż w 1992, ale krajowe media starały się kreować wizerunek nowej kadry, jako odpowiednika oryginalnego Dream Teamu. Kevin Powell z magazynu VIBE stwierdził nawet, że Dream Team III może przyćmić całe igrzyska. Buńczuczne zapowiedzi padały również z ust samych zawodników, a wszystkim przodował oczywiście, niezastąpiony Barkley: Chcemy potwierdzić, że jesteśmy numerem jeden na świecie. Gramy najlepiej w koszykówkę. Musimy ich zmiażdżyć. Jego przeciwwaga Pippen – kierował się bardziej osobistymi motywacjami: Pamięta się każdy zespół, który pojechał na igrzyska i nie wrócił ze złotem. Wszystkie te lata, kiedy nie wygrywaliśmy. Nie chcę być z tego zapamiętany.

Załatwienie formalności

W tej historii nie ma zwrotów akcji. Stany Zjednoczone przeszły przez olimpijski turniej bez porażki i zdobyły drugi z rzędu złoty medal.

Niemal trzydziestopunktowe zwycięstwo z Argentyną w meczu otwarcia, komplet punktów w grupie, szybka droga do finału i łatwa przeprawa z Jugosławią. Otulenie się amerykańskimi flagami, pokonanie schodka, wejście na podium i wsłuchiwanie się w hymn. Mecze wygrane średnio różnicą ponad 32 punktów, zwieńczone błyszczącym się krążkiem na szyi. Tak brzmi scenariusz perfekcyjny, który rzeczywiście wszedł w życie. Nie mogło być inaczej.

Inne reprezentacje stały daleko i nieśmiało z tyłu. Nikt nie wierzył, że wybieganym i zwyczajnie lepszym Amerykanom można zagrozić. Kibice czuli się jak przy oglądaniu swojego ulubionego filmu po raz dziesiąty. Nadal wzrusza, rozluźnia lub bawi do łez, ale nie smakuje tak jak podczas pierwszego seansu. Dream Team III pojechał na igrzyska pozamiatać, ale żaden kurz od czterech lat się tam nie unosił. Poprzednicy udowodnili światu wszystko, co było do udowodnienia.

Historia jest najlepszym sędzią. Kiedy o ekipie Jordana, Birda i Magica powstały książki i filmy, po ich następcach pozostało tylko poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Dużo mówi niesmak zawodnika, który miał okazję reprezentować oba zespoły: Cały czas narzekali na małą liczbę minut na parkiecie. Rzucali coś w stylu: W sumie nadawałbym się do pierwszej piątki. Myślałem sobie: Hej, nie jesteście nawet w połowie tak mocni jak reprezentacja, w której grałem wcześniej mówił po latach Barkley w audycji SiriusXM Bleacher Report Radio.

Wygląda na to, że Dream Team był tylko jeden.

 

KACPER MARCINIAK

 

 

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez