Złota dziewczyna spadła na samo dno, ale wciąż walczy

Złota dziewczyna spadła na samo dno, ale wciąż walczy

Czasami nie wiedziałam, czy dam radę pozostać silna jeszcze ten jeden dzień. Spadłam na samo dno i bywały takie chwile, że nawet wstanie z łóżka stanowiło wyzwanie. Zdarzało mi się patrzeć wstecz i zastanawiać, czy ten moment z Rio był moim przekleństwem – tak ostatnie miesiące kariery podsumowuje Monica Puig, sensacyjna mistrzyni turnieju tenisowego na igrzyskach w Rio de Janeiro 2016. Wprawdzie z miejsca stała się bohaterką narodową Portoryko, ale cóż – jej kariera także w tym samym momencie stanęła w miejscu. Czy jeszcze ruszy?

Monica Puig przez długie lata była po prostu jedną z wielu. Owszem, talentu jej nikt nie odmawiał, ale takich jak ona są dziesiątki, jeśli nie setki. W juniorskiej karierze błysnęła dopiero w wieku 18 lat, czyli wtedy, gdy większość jej rówieśniczek już z powodzeniem rywalizuje w dorosłej grze. Zresztą, ten błysk też jakiś spektakularny nie był – ot, zaliczyła finały juniorskiego Australian Open i Roland Garros (przegrane odpowiednio z An-Sophie Mestach i Ons Jabeur, czyli też w żadnym wypadku nie gwiazdami światowych kortów).

Przeciętność

Dalej była klasyczna, wyboista droga do profesjonalnego tenisa, awans do czołowej dwusetki rankingu (granice opłacalności całej zabawy), następnie do setki (początek zarabiania na zawodowej grze). W 2014 roku wywalczyła tytuł w niewielkim turnieju WTA w Strasburgu i awansowała na 41. pozycję w rankingu. Kolejny sezon miała zdecydowanie słabszy, z trudem utrzymała się w gronie stu najlepszych tenisistek świata. W 2016 roku zaliczyła trzecie rundy Australian Open i Roland Garros, z Wimbledonu odpadła już w pierwszej. Gdyby mieć to podsumować jednym słowem, trzeba by napisać: przeciętność. Owszem, zdarzały jej się dobre mecze i wygrane ze znacznie wyżej notowanymi rywalkami, zdarzały jej się dobre turnieje, zdarzały jej się fantastyczne zagrania, ale właśnie – to wszystko się zdarzało, a nie było czymś regularnym.

Do Rio de Janeiro pojechała, jako 37. zawodniczka światowego rankingu. Realnie oceniając jej szanse można było typować drugą, najdalej trzecią rundę. Gdyby przed rozpoczęciem zmagań w Brazylii ktoś nazwał Monicę Puig „nadzieją medalową”, z miejsca zostałby wzięty za wariata. No, bo niby na jakiej podstawie? W turniejach wielkoszlemowych grała do tamtego momentu 18 razy. Czterokrotnie odpadła w kwalifikacjach, siedmiokrotnie w pierwszej rundzie, trzy razy zanotowała po jednym wygranym meczu. Zaledwie w trzech przypadkach awansowała do trzeciego meczu i tylko raz zagrała w czwartej rundzie, w dodatku – ponad trzy lata wcześniej. Jej bilans w tych największych turniejach (nie licząc kwalifikacji) wynosił w sierpniu 2016 roku 12 zwycięstw i 14 porażek. Tymczasem, żeby zdobyć medal olimpijski, trzeba przecież wygrać pięć spotkań…

Cuda, cuda ogłaszają

A jednak, jakimś cudem to się udało. To, że Puig ograła 98. w rankingu Polonę Hercog żadną niespodzianką jeszcze nie było. W drugiej rundzie jednak już sprawiła pierwszą, odprawiając z kwitkiem 19. na świecie Anastazję Pawliuczenkową. A cuda dopiero miały się zacząć. Trzecia runda to spacerek (6:1, 6:1) z Garbine Muguruzą, która do Rio przyleciała przecież jako aktualna mistrzyni Roland Garros i czwarta rakieta świata! Ćwierćfinał? Kolejne 6:1, 6:1, tym razem z Niemką Laurą Siegemund (#33 WTA). Puig znalazła się o krok od medalu, Portoryko oszalało.

Przy rozmowach o sporcie można przy okazji dowiedzieć się nieco o świecie. Portoryko to niewielki karaibski kraj, będący autonomicznym terytorium stowarzyszonym Stanów Zjednoczonych (prezydentem jest Donald Trump, na czele rządu stoi gubernator). Jest tam ciepło i bardzo ładnie, ale niestety – kraj zdecydowanie nie może się pochwalić sportowymi sukcesami, jak choćby położona rzut beretem Kuba. Jeśli chodzi o olimpijskie sukcesy, to w 25 występach na letnich i zimowych igrzyskach, wywalczyli łącznie 9 medali. Niemal wszystkie były brązowe i przypadały na sporty walki (sześć w boksie, jeden z zapasach). W 2012 roku w Londynie Javier Culson zdobył brąz w biegu na 400 metrów przez płotki, cztery lata później kolejne portorykańskie nadzieje medalowe jedna po drugiej dostawały lanie. Aż tu nagle, turniej tenisa wszedł w decydującą fazę. I – choć absolutnie nic na to nie wskazywało – w tej decydującej fazie zameldowała się panna Puig.

Totalnie niespodziewanie, dla ekspertów, kibiców i samej siebie stanęła przed szansą, żeby zostać zaledwie drugą w historii nierozstawioną zawodniczką, która sięgnie po olimpijski medal w tenisie. Presja była gigantyczna, a rywalka – piekielnie mocna. Petra Kvitova, czyli dwukrotna mistrzyni Wimbledonu. Puig jednak nie na darmo rozgrywała turniej życia. Ograła faworytkę 6:4, 1:6, 6:3 i zameldowała się w wielkim finale. Była już wtedy pewna co najmniej srebrnego medalu, o którym przecież jeszcze kilka dni temu nawet nie śmiałaby marzyć.

Złota dziewczyna

W meczu o złoto zmierzyła się z inną wielkoszlemową mistrzynią, Angeliką Kerber, która na co dzień trenuje u swoich dziadków w Puszczykowie. To mająca polskie korzenie Niemka była murowaną faworytką. Kilka miesięcy wcześniej wygrała Australian Open oraz zagrała w finale Wimbledonu. Do turnieju olimpijskiego przystąpiła jako wiceliderka światowego rankingu. A jednak, kiedy po dwóch godzinach padło „gem, set, and match”, to zostało poprzedzone nazwiskiem Puig. Wygrała 6:4, 4:6, 6:1. To oznaczało pierwszy w historii złoty medal dla Portoryko (przy ponad 400 dla Niemiec i 68 dla Polski – dla porównania). Kraj oszalał, dla 3,5 miliona rodaków Monica Puig z miejsca stała się dobrem narodowym.

To coś niesamowitego. Jestem dumna, że stałam się częścią historii. To do mnie jeszcze nie dotarło, ale mam świadomość, że kiedyś spojrzę wstecz i zdam sobie z tego wszystkiego sprawę – mówiła wzruszona, kiedy już odebrała medal (nie tylko pierwszy złoty dla swojej ojczyzny, ale także pierwszy zdobyty przez kobietę). – Ten medal dał mi niesamowitego kopa, jeśli chodzi o pewność siebie. Wiedziałam, że jeśli nie wygram tego finału, będzie mnie to boleć przez wiele lat. Włożyłam w ten pojedynek całe serce i całą duszę. Miałam niesamowitą wiarę w siebie. Podniosłam moją grę na zupełnie inny poziom.

Cały turniej w wykonaniu Puig był niesamowity i totalnie niespodziewany. Ale finał to jeszcze lepsza historia. Portorykanka zagrała nieziemsko, co przyznała zresztą po finale pokonana Kerber. Dodajmy tylko: Kerber, która cały tamten sezon zakończyła z zaledwie dwiema porażkami w turniejach wielkoszlemowych (po igrzyskach wygrała jeszcze US Open). – Ja tego nie przegrałam. Ona mnie pokonała. Jej gra była bliska perfekcji, praktycznie nie popełniała błędów. Była wszędzie. To było imponujące – podsumowała.

Rollercoaster

Kiedy panna Puig wróciła do domu, pokazała wszystkim złoty medal, o którym przecież nikt w Portoryko nawet nie śnił. Potem udzieliła setek wywiadów, była na każdej okładce gazety, w każdym serwisie informacyjnym, słowem: wszędzie. W jednym z wywiadów stwierdziła, że ma wielką nadzieję, że uda jej się utrzymać olimpijską formę i jej kariera nabierze teraz rozpędu. Jakby wam to powiedzieć? Było zupełnie odwrotnie…

W pierwszym występie w roli mistrzyni olimpijskiej zaliczyła falstart w US Open, gdzie przegrała z dużo niżej notowaną Saisai Zheng. Do końca 2016 roku wygrała jeszcze dwa mecze w Tokio i dwa w Tianjin, kończąc sezon na 32. miejscu. W kolejnym mało co już było takie, jak być powinno. W Wielkim Szlemie w sumie wygrała dwa mecze, jedyny dobry turniej zaliczyła już w październiku, gdy w Luksemburgu dotarła do finału, który jednak przegrała z niżej notowaną Cariną Witthoeft. Formy z jesieni nie przeniosła też na początek nowego sezonu. Z Australian Open znów pożegnała się ekspresowo. Wczesną wiosną błysnęła w Miami, gdzie ograła dwie mistrzynie wielkoszlemowe Samanthę Stosur i Caroline Wozniacki i dotarła do 4. rundy. W Roland Garros nie zagrała z powodu urazu biodra, z Wimbledonu odpadła w 1. rundzie, a z US Open w drugiej. Sezon zakończyła na 53. pozycji na świecie. Słabo? Nie, słabo miało dopiero być. W zakończonym właśnie sezonie było jeszcze gorzej. Przyzwoicie wypadł może jedynie Roland Garros, ale przecież trzecia runda turnieju wielkoszlemowego to nie jest coś, co powinno zadowalać mistrzynię olimpijską. Mogło być lepiej, ale na drodze do czwartej rundy w Paryżu skutecznie stanęła jej Iga Świątek. Do końca sezonu ledwie raz udało jej się powtórzyć co najmniej dwa wygrane mecze w turnieju – i znów, dopiero w ostatnim turnieju w Luksemburgu. Sezon zakończyła z ujemnym bilansem (20 zwycięstw i 24 porażki) po raz pierwszy od 2015 roku.

I nie wytrzymała.

Światełko w tunelu

– Poświęcenie czasu na analizowanie sezonu 2019 zdecydowanie boli, bo było w nim tyle zmagań i trudnych momentów, że czasami nie wiedziałam, czy dam radę pozostać silna jeszcze ten jeden dzień. Spadłam na samo dno i bywały takie chwile, że nawet wstanie z łóżka stanowiło wyzwanie. Jednak, nawet w tych najczarniejszych momentach, wewnętrzny głos mówił mi, żeby się nie poddawać i ciągle wierzyć, bo coś dobrego czeka na mnie na końcu tego cierpienia i tych zmagań. Właśnie dlatego nie mogę być bardziej dumna z mojej odwagi i walki – napisała w poruszającym wpisie na Instagramie po zakończeniu sezonu. – Szczęśliwie, wierzę, że dotarłam do miejsca, w którym widać światełko w tunelu. To się stało 5 tygodni temu, kiedy zmieniłam zespół i otrzymałam nowy początek. Ludzie, którzy otaczali mnie w tych trudnych czasach bezdyskusyjnie pomogli mi powstać z dna i wciąż walczyć o moje marzenia. Jestem wdzięczna za to, że mam takich niesamowitych ludzi w moim narożniku. 2019 to rok, który chcę jak najszybciej zapomnieć, ale o jednym chcę pamiętać. Zawsze jest światło na końcu każdego tunelu, które czeka na tych, który w to wierzą. Ciężka praca, poświęcenie, dobroć i szacunek ZAWSZE odpłacą, wcześniej, czy później. Jeśli będziesz walczyć o swoje marzenia, jeśli poświęcisz się jeszcze trochę bardziej, osiągniesz wszystko, ponieważ im więcej masz odwagi, tym więcej masz też siły.

Monica Puig kończy ten wpis ważną deklaracją, w której przypomina o tym, że najważniejszym momentem w jej życiu były igrzyska. – Czas naładować baterie na sezon 2020, olimpijski – deklaruje. To ważne, bo część tenisistów nie przykłada do turnieju olimpijskiego aż takiej wagi, kiedyś za szczerą i nie do końca dobrze zrozumianą wypowiedź na ten temat mocno oberwało się Agnieszce Radwańskiej. Dla Portorykanki igrzyska w Tokio ewidentnie są teraz celem numer jeden. O Rio de Janeiro oczywiście nie zapomniała, to niewykonalne. Przyznaje jednak, że wyciągnęła odpowiednią lekcję z tego, co wydarzyło się w Brazylii i jakie to przyniosło konsekwencje.

Wydaje mi się, że pozwoliłam, żeby nałożono na mnie zbyt dużą presję, całe te oczekiwania i wszystko inne. Czułam się nie do końca komfortowo sama ze sobą, nie do końca wierzyłam w to, co musiałam, co mogłam zrobić na korcie. Teraz po prostu staram się zająć wszystkim po kolei. Myślę, że idzie mi to dobrze i niedługo będę mogła to pokazać. Lekcja z Rio została wyciągnięta – mówiła.- Nie byłam przygotowana na to, co może się zdarzyć i co zdarzy się później. Zostałam jakby złapana w momencie, zaczęłam oczekiwać za dużo i nakładać na siebie zbyt wielką presję. Czasem patrzyłam wstecz, na turniej olimpijski i zastanawiałam się, czy ten moment był moim przekleństwem. Gdzieś tam zatraciłam się i nie byłam w stanie odzyskać zrozumienia tego, co mnie doprowadziło do tamtego momentu. Ale czasem musisz popełnić te błędy, żeby zrozumieć, co się stało i być w stanie wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość. Musiałam sobie uświadomić, że wygrana w Rio de Janeiro to nie był fart. Ja wiedziałam, że to cały czas było we mnie, po prostu wyszło w odpowiednim momencie. Teraz ode mnie zależy, żeby znów znaleźć tę formę i sprawić, by była nieco równiejsza.

W międzyczasie, Puig walczyła nie tylko z rywalkami i nierówną formą, ale także… z ekstremalnymi zjawiskami atmosferycznymi. Kiedy huragany Irma i Maria zaatakowały i spustoszyły jej ojczyznę, nie wahała się ani sekundy i rozpoczęła akcję pomocy. W tenisowym środowisku zebrała prawie 200 tysięcy dolarów, a także namówiła samą Marię Szarapową, żeby przyleciała do Portoryko i wzięła udział w akcji pomocowej.

Plan na nadchodzący sezon jest równie ambitny, choć da się go streścić w prostych słowach: poszukać zgubionej formy, uporać się z presją i wrócić na zwycięską ścieżkę. Takich przykładów też już kilka w historii igrzysk olimpijskich było. Wystarczy wspomnieć choćby Simona Ammanna. Szwajcar po średnim sezonie poleciał do Salt Lake City i wyskakał dwa złote medale, sprzątając je sprzed nosa Adamowi Małyszowi. W kolejnych latach miał lepsze i gorsze chwile, tych drugich zresztą znacznie więcej. Aż nagle wystrzelił z formą, znów w roku olimpijskim, co skończyło się kolejnymi dwoma złotymi medalami w Vancouver. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby Monica Puig przeżyła podobną powtórkę z rozrywki. Inna sprawa, że jej pierwszy złoty medal był już cudem. Do drugiego potrzebowałaby jakiejś magii. Ale – z drugiej strony – czy igrzyska olimpijskie nie są najbardziej magiczną imprezą sportową na świecie?

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez