Złodziejski skok na medal

Złodziejski skok na medal

60 tysięcy ludzi na trybunach Stadio Olimpico, kamery telewizyjne, mnóstwo zawodników, trenerów, dziennikarzy i działaczy. Czy w takich okolicznościach może być coś bardziej perfidnego, niż celowe wydłużenie skoku zawodnika o ponad pół metra, żeby tylko wciągnąć go na podium? Numer, który odstawili włoscy sędziowie podczas mistrzostw świata w 1987 r., nadawałby się na scenariusz kolejnej części przygód Gangu Olsena.

Lista wstydu lekkoatletycznych mistrzostw świata jest długa. Brudny rekord globu Bena Johnsona na 100 metrów z Rzymu, odebranie Marion Jones medali z Edmonton, Rosjanie startujący pod neutralną flagą w Londynie, łapówki wręczane za głosy poparcia przy wyborach gospodarzy… To tylko kilka najgłośniejszych przykładów, które uczyniły z królowej sportu idiotkę. Większość afer miało podłoże dopingowe lub korupcyjne, dlatego kibice po latach najczęściej tylko wzruszają ramionami, bo co w tym zaskakującego, skoro tak kiedyś wyglądał zawodowy sport, a i teraz co chwilę z szaf wypadają kolejne trupy.

Jakby to nie zabrzmiało, informacje o dopingu i braniu w łapę już po prostu spowszedniały.  

Są jednak przekręty, w które zdumiewają nawet po wielu latach. Przykładem takiego skandalu jest konkurs skoku w dal, który rozegrano podczas czempionatu w 1987 r. we Włoszech. Był to skandal śmieszno-straszny. Śmieszny, bo ciężko było wierzyć w powodzenie tej oszukańczej misji, straszny, bo umoczeni byli w to sędziowie, działacze, a najprawdopodobniej nawet ówczesny przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). Afera zakończyła się poniżającym dla środowiska lekkoatletycznego śledztwem, odebraniem zawodnikowi niesłusznie przyznanego medalu, a początkowo też zniszczeniem życia zawodowego osobie, która oszustwo chciała udowodnić.    

A najlepsze w całej historii było to, że najbardziej zainteresowany, czyli włoski skoczek Giovanni Evangelisti, nic o tym przekręcie nie wiedział.

Manna z nieba nad Stadio Olimpico 

Należy zacząć od tego, że nasz nieświadomy bohater nie był żadnym nonejmem. Nie był może wielką gwiazdą, jak koszący hurtowo medale na 100, 200 m i w skoku w dal Carl Lewis, ale był zawodnikiem należącym do światowej czołówki. Zawsze należało się z nim liczyć.  

Wtedy, w 1987 r., mógł pochwalić się już brązowym medalem olimpijskim z Los Angeles oraz trzecimi lokatami na mistrzostwach Europy i w halowych mistrzostwach świata. Nasz Giovanni miał też naprawdę bardzo dobry rekord życiowy: zaledwie trzy miesiące przed startem mistrzostw w Rzymie, skoczył 8,43 m. Cztery lata wcześniej w Helsinkach, gdzie rozegrano pierwsze mistrzostwa świata, taki rezultat dawałby srebro. 

Faworytem do mistrzostwa w Wiecznym Mieście był oczywiście Amerykanin Carl Lewis, ale Włosi gorąco wierzyli, że ich zawodnik podczas domowych zawodów też zdobędzie medal. 

Zaplanowany na 5 września finał na Stadio Olimpico odbywał się w dobrych warunkach. Było ciepło, świeciło słońce, wiatr też nie dmuchał za mocno, a więc można było liczyć na sprawiedliwą rywalizację. Konkurs zaczął się jednak nerwowo, bo Evangelisti spalił pierwszą próbę. W drugim skoku trafił już w belkę jak należy, ale odległość wciąż nie urywała czterech liter: 8,09. Dopiero w trzecim podejściu reprezentant gospodarzy skoczył niezłe 8,19.

Kiedy wydawało się, że Giovanni w końcu się rozkręci i będzie już tylko lepiej, zaczęło się robić coraz gorzej: zaliczył zaledwie 7,59, a potem kolejną spaloną próbę. Jego sytuacja przed ostatnim, szóstym skokiem, wyglądała więc źle. Był dopiero czwarty. Prowadził Carl Lewis (8,67) przed Robertem Emmijanem (8,53) i Larrym Myricksem (8,33). Włoch, który skakał tamtego dnia bez błysku, potrzebował więc cudu.

I w tym momencie z nieba faktycznie spadła manna.

Kiedy Evangelisti w ostatniej próbie wylądował na piasku, trybuny jeszcze nie eksplodowały. To nie był skok marzeń, sam zawodnik też specjalne się nie cieszył, jedynie uniósł prawą rękę, zupełnie jakby chciał podziękować publiczności za doping. Kiedy jednak kilka chwil później na telebimie pokazał się wynik 8,38 m, na trybunach zaczęło się szaleństwo, a zaskoczony Włoch podrzucił z radości ręcznik, który akurat trzymał w rękach. Trudno jednak było się nie cieszyć, skoro w ostatniej chwili wyrwał brązowy medal Amerykaninowi Myricksowi pokonując go o pięć centymetrów.

Niektórzy obecni na stadionie mieli jednak wrażenie, że finałowy skok 26-latka wcale nie był tak daleki, jak pokazywała tablica wyników. Jednym z nich był Sandro Donati, ówczesny trener włoskich sprinterów, który akurat przyglądał się rywalizacji skoczków. Do niego jednak jeszcze wrócimy.

(Magicznie przedłużony skok od 5:50)

 

Evangelisti został uhonorowany brązowym medalem, ale włoskie media przez następne dni rozpisywały się o wątpliwościach, jakie narosły wokół konkursu.

Telewizja RAI nadała nawet specjalny program, podczas którego próbowano ustalić, jaką długość naprawdę mógł mieć skok Giovanniego. Ustalenia ekspertów w studio, którzy analizowali skok przy użyciu najlepszych wówczas technik telewizyjnych, były zaskakujące. Ich zdaniem rzeczywisty wynik był najprawdopodobniej krótszy o 58 cm! A to oznaczało, że zawodnik powinien skończyć konkurs poza podium. W programie wypowiedział się też sam Evangelisti: – Nie mogę niestety wytłumaczyć, skąd wzięły się takie błędy w obliczaniu wyników. Jeśli to prawda, jestem gotów oddać medal – mówił wyraźnie zaskoczony.  

Rewelacje włoskich mediów szybko dotarły za ocean i samego Larry’ego Myricksa, który – wszystko na to wskazywało – został perfidnie orżnięty z medalu mistrzostw świata. – Evangelisti chce oddać mi medal? I słusznie, bo chcę otrzymać swój medal – powiedział Amerykanin, który też czuł, że mogło dojść do manipulacji.  

Wywołany do tablicy IAAF poinformował jednak ustami swojego sekretarza generalnego Johna Holta, że “oficjalny protest jest już niemożliwy”. Chociaż sprawa miała drugie dno, ponieważ zarówno przewodniczącym IAAF-u, jak i szefem włoskiej federacji lekkoatletycznej (FIDAL) był ten sam człowiek: Primo Nebiolo. Pochodzący z Półwyspu Apenińskiego sternik światowej lekkiej atletyki nakazał wprawdzie swoim ludziom zbadać sprawę, ale śledztwo było pozorowane. Ostatecznie “ustalono”, że pomiary były okej i nie ma co dalej drążyć tematu.  

Sprawa, chociaż śmierdząca, pewnie zostałaby zamieciona pod dywan, gdyby nie wspomniany już Sandro Donati. Trener, który był obecny na Stadio Olimpico, poszedł na policję i złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Zeznał, że był świadkiem, jak jeden z sędziów zmierzył szósty skok włoskiego zawodnika… zanim ten jeszcze go wykonał!

Wokół byli sami Włosi

Włoskie media momentalnie rzuciły się na ten temat. Wcześniejsza bierność IAAF-u wymusiła reakcję na Włoskim Komitecie Olimpijskim (CONI), który natychmiast wszczął swoje śledztwo. Specjalna komisja zaczęła przesłuchiwać sędziów, delegatów i inne osoby będące w pobliżu rozbiegu i urządzeń pomiarowych, ale wszyscy zaprzeczyli zarzutom stawianym przez Donatiego. Nie było innych dowodów, które potwierdzałyby słowa włoskiego trenera, dlatego komitet olimpijski zamknął swoje śledztwo, sprawę umorzył też rzymski sąd.

Sandro Donati (na zdjęciu) został więc sam. Znaczna część środowiska lekkoatletycznego we Włoszech uznała go za zdrajcę, a FIDAL odwołał go nawet ze stanowiska szkoleniowca kadry narodowej. Później historia wyglądała jak żywcem wyjęta z filmów sensacyjnych: bohater szukał sposobu, jak oczyścić swoje nazwisko i ukarać winnych. 

– Wszystko wokół mnie zaczęło się rozpadać. Z pomocą przyjaciół, którzy wciąż byli gotowi mi pomóc, uparcie szukaliśmy jednak dowodów oszustwa – wspominał tamte wydarzenia w 2000 r. Jak mówił, udało mu się wówczas dotrzeć do jednego z sędziów. Ten z drżącym głosem przyznał rzekomo, że jego koledzy celowo dopisali skoczkowi pół metra, ale zeznawać nie chciał. Potrzebne były inne dowody.     

Donati skontaktował się ze znajomymi dziennikarzami, którzy tamtego dnia pracowali na Stadio Olimpico. Jeden z nich pomógł mu dotrzeć do nagrań z kilku kamer. Trener obejrzał wszystkie materiały i na jednym z nich znalazł to, czego szukał. W tle filmu pokazującego ceremonię medalową w innej konkurencji, widać było, jak jeden z sędziów dokonuje pomiaru jeszcze przed szóstym skokiem włoskiego skoczka. Arbiter podszedł do piaskownicy, umieścił na niej znacznik, wrócił do komputera, a następnie ponownie zbliżył się do zeskoku zabierając “marker” (chociaż były też podejrzenia, że aparatura podczas ostatniej serii została w ogóle celowo wyłączona).    

Okazało się też, że przed feralnym skokiem działacze FIDAL odesłali dwóch brytyjskich obserwatorów na zawody w skoku o tyczce. Ostatni skok Giovanniego Evangelisti nadzorowali więc tylko jego rodacy. Osoby, które zleciły oszustwo, chciały wykorzystać zamieszanie panujące na stadionie, bo mniej więcej w tym samym czasie na Olimpico odbywała się też wspomniana ceremonia medalowa. Szwindel miał zostać niezauważony, chociaż stadion był napakowany 60 tysiącami widzów, a wszędzie kręcili się dziennikarze. 

Nagranie zdobyte przez Donatiego było dowodem, obok którego Włoski Komitet Olimpijski nie mógł przejść obojętnie. Ponowne śledztwo ustaliło, że w skandal zamieszanych było ośmiu członków włoskiej federacji lekkoatletycznej, w tym sekretarz generalny FIDAL. Kierujący związkiem Primo Nebiolo, próbując odsunąć od siebie podejrzenia, zwołał nawet posiedzenie, aby ustalić kary wobec swoich pracowników. 

Według wielu kibiców i samego Donatiego, to jednak Nebiolo był tym, który wszystko zlecił. Trudno było uwierzyć, że człowiek, który był twardym szefem i zawsze wszystko miał pod kontrolą, o niczym nie wiedział. Szybko zaczęto też łączyć inne fakty: kontrowersyjny działacz w przeszłości również był skoczkiem w dal, a z Evangelistim łączyła go przyjacielska relacja. Zawodnik często bywał w jego domu, niektórzy nazywali go nawet “jego synem”.

Nebiolo od początku wszystkiego się jednak wypierał, twierdził, że nie wpływał na wynik rywalizacji. Jednak zdaniem włoskich mediów, to właśnie presja związana ze śledztwem sprawiła, że dwa lata po mistrzostwach zrezygnował z fotela szefa Włoskiej Federacji Lekkoatletycznej. Prestiżową posadę przewodniczącego IAAF-u jednak zachował i zajmował ją aż do 1999 r., czyli do końca swojego życia. 

W marcu 1988 r. Włoski Komitet Olimpijski oficjalnie uznał, że kilku działaczy FIDAL spiskowało w celu sfałszowania pomiaru skoku reprezentanta Italii. Przyjęto, że sam zawodnik  nie wiedział nic o planie wciągnięcia go na podium. Przyciśnięty do muru IAAF nie miał już wyboru: stowarzyszenie podjęło decyzję o anulowaniu szóstego skoku Giovanniego Evangelisti, co sprawiło, że skoczek oficjalnie zakończył rywalizację na czwartym miejscu z wynikiem 8,19.

Brązowy medal po wielu miesiącach trafił na szyję Larry’ego Myricksa, który mówił potem tak:  – Nie mam nic do niego, bo był ofiarą tak jak ja. Fajnie, że mogę dostać medal, ale nie dostanę już tego momentu na stadionie, kiedy podczas konkursu było tam mnóstwo ludzi, a inni oglądali to przed telewizorami. Evangelisti miał ten moment dla siebie – mówił Amerykanin.  

A jak potoczyły się losy tego, który ujawnił oszustwo? Sandro Donati poświęcił się później walce z dopingiem w lekkiej atletyce i kolarstwie, napisał o tym nawet kilka książek. Został jednym z najbardziej znanych ekspertów antydopingowych, pracował też jako szef działu badawczego CONI. Po latach był jednym z nielicznych, którzy pomagali Davidowi Walshowi z “The Sunday Times” dobrać się do skóry Lance’owi Armstrongowi. 

RAFAŁ BIEŃKOWSKI


Aktualności

Kalendarz imprez