Żeglarze statystycznie skazani na sukces w Tokio 2020

Żeglarze statystycznie skazani na sukces w Tokio 2020

Medalową erę polskiego żeglarstwa zapoczątkował Mateusz Kusznierewicz w Atlancie 1996 roku. W Sydney 2000 do podium zabrakło mu punktu. Potem wywalczył brąz w Atenach 2004. W Pekinie 2008 znów otarł się o medal. Londyn 2012 to popis Zofii Klepackiej i Przemysława Miarczyńskiego, którzy wrócili z brązowymi krążkami. W Rio de Janeiro 2016 żeglarze zawiedli. Nasi żeglarze w co drugich igrzyskach zdobywają medale, ta bezlitosna statystyka wskazuje, że w Tokio 2020 znów będziemy świętować na wodzie!

 

W 1996 roku regaty olimpijskie odbywały się z dala od zgiełku w stolicy stanu Georgia, w oddalonej o cztery godziny drogi samochodem od Atlanty miejscowości Savannah. Pływano w ujściu rzeki o tej samej nazwie. Trudny akwen, z silnymi prądami i pływami. O Mateuszu wcześniej było głośno, ale jak to z żeglarstwem, słyszało o nim głównie (i tak niemałe) środowisko uprawiające ten sport w Polsce. Zapowiadał się znakomicie, zdobywał bowiem trofea w lasie OK Dinghy (klasa przygotowawcza do olimpijskiego Finna), a także juniorskie na Finnie. Jego talent eksplodował właśnie w Savannah, mało kto się spodziewał medalu w ogóle, a złota w szczególe. Mateusz zachwycił kibiców w kraju, bywał w mediach, grał w serialach, a nade wszystko podejściem sportowym udowadniał, że mistrzostwo olimpijskie nie było dziełem przypadku. Mistrzem świata został w ’98 roku i tak mu zostało na kilka sezonów.

Do Sydney leciał w glorii żelaznego kandydata do tytułu, murowanego pewniaka na podium. Trudno było sobie wyobrazić siłę kataklizmu, który odebrałby mu okazję do ponownego wysłuchania Mazurka Dąbrowskiego z wieńcem laurowym na głowie. A jednak… W Australii się nie udało. Do brązu punkt, do srebra dwa, a potem trudny powrót do kraju z pustymi rękami i przejmującym rozczarowaniem nie do ukrycia na konferencjach prasowych. Wtedy w programie pojawiły się 49ery, efektowne skiffy australijskie i też mieliśmy prawo łudzić się, że może coś się wydarzy w tej materii, że może Pawłowie Kacprowski i Kuźmicki coś wywalczą. Niestety nie udało się ani im, ani Tomaszom Stańczykowi i Jakubiakowi (470). Wtedy też swoje imperium zaczynał budować Paweł Kowalski – wybitny trener windsurfingu, lecz dla Anny Gałeckiej i Przemysława Miarczyńskiego podium było wysokie. Lecz ósme miejsce “Ponta” dobrze wróżyło.

Ateny 2004 zapowiadały się bardzo obiecująco. Wspomniany przed chwilą Miarczyński na rok przed igrzyskami zdobył mistrzostwo świata w imponującym, doskonałym stylu. Gdyby tylko na Zatoce Sarońskiej wiało równie mocno jak w Kadyksie w 2003 roku… Paszport olimpijski wywalczyła po raz pierwszy Zofia Klepacka, niepokorna osiemnastolatka z Warszawy. Jednak i tym razem deskarzom nie udało się wejść do TOP3. Honor polskiego żeglarstwa i swój własny uratował coraz bardziej zdeterminowany (by nie powiedzieć zdesperowany, choć to słowo jest pejoratywnie nasycone, a ten aspekt trzeba by tu odsączyć z definicji). Po ośmiu latach sprawnie działającego “przedsiębiorstwa żeglarskiego Kusznierewicz i spółka”, spektakularnych kontraktów sponsorskich wynikających z medialności popartej najwyższym poziomem sportowym, kolejne igrzyska znów dały Mateuszowi i Polsce medal. Tym razem brązowy, ale trudno było się oprzeć wrażeniu, że cieszył on bardziej niż niespodziewane złoto sprzed dwóch olimpiad. Medal radował, lecz niósł za sobą pewne aspekty, które nie dla wszystkich były oczywiste. Po pełnej dominacji z końcówki lat 90. i początku dwutysięcznych, z klasy Laser przesiadł się, (wówczas) srebrny z Atlanty i złoty z Sydney, Ben Ainslie. Szybko zadomowił się we flocie finnów i pozostali finniści stracili argumenty na wygrywanie. Patrząc na jego dorobek z dzisiejszej perspektywy (najbardziej utytułowany żeglarz w historii z pięcioma medalami, w tym czterema złotymi, zdobywca Pucharu Ameryki, a dziś szef syndykatu w tej rywalizacji) trudno być zaskoczonym, jednak wtedy Ainslie (wówczas jeszcze nie Sir Ben) traktowany był jak “żeglarskie zwierzę”, budził powszechny podziw, mimo wciąż młodego wieku. Czy to on wykurzył Mateusza na dwuosobowego Stara? Pewnie był jednym z argumentów, by podążyć za kolegami, którzy przesiedli się z powodzeniem na tę dostojną, pasjonującą łódkę. W zespole miał załoganta Dominika Życkiego oraz trenera Andrzeja Zawieję, wielką postać polskiego jachtingu, któremu pół żeglarskiego świata w pas się kłania we wszystkich portach. Serio. Zawieja miał być gwarantem sukcesu i był, jednak na igrzyska nie wystarczyło. Jego podopieczni wspięli się na szczyt w klasie Star – zdobyli prawo żeglowania z żółtą gwiazdą na żaglu, a to przysługuje tylko mistrzom świata. W przypadku klasy Star powinno się jednak pisać Mistrzom Świata. W chińskim Qingado, gdzie na gęstej od glonów zatoce toczyła się walka o medale szczęścia zabrakło. Mateusz z Dominikiem wygrali nawet wyścig medalowy, ale musieli czekać na rozstrzygnięcia w stawce. Zależności nie okazały się sprzyjające i pozostała umowna radość z czwartego miejsca. Deskarze również nie sprostali chimerycznym, słabym wiatrom i z regat olimpijskich 2008 wracaliśmy jak niepyszni, świadomi że coś nam się wymknęło spod kontroli.

Na szczęście czas leczy rany, a te całkowicie zabliźniły się u wybrzeży Weymouth, gdzie w 2012 roku brązowe medale wywalczyli podopieczni trenera Kowalskiego Zofia Klepacka i Przemysław Miarczyński. Mateuszowi i Dominikowi znów niewiele zabrakło, ale zabrakło, co zostało oczywiście przyćmione przez deskarzy. Żeglarstwo trafiło do sportów “powszechnego zaufania” i w Rio de Janeiro znów zaświecić złoto, srebro lub ewentualnie brąz. Zamiast Klepackiej do Brazylii pojechała Małgorzata Białecka, która po prawdzie przekonująco wygrała wewnętrzne kwalifikacje, lecz później chorowała i na igrzyska pojechała zupełnie bez formy. Piotrek Myszka, który po latach rywalizacji bark w bark, dziób w dziób z Miarczyńskim, w końcu zdołał wygrać prawo startu olimpijskiego, również się nie odnalazł. W pozostałych specjalnościach żeglarskich niewiele mogło się wydarzyć.

Podsumujmy.

Atlanta 1996 – złoto

Sydney 2000 – mydło i ręcznik

Ateny 2004 – brąz

Pekin 2008 – mydło i ręcznik

Londyn 2012 – brązy dwa

Rio 2016 – mydło i ręcznik

Tokio – wielka niewiadoma.

Obecnie jeszcze nie wiadomo kto pojedzie do Enashimy reprezentować Polskę. W windsurfingu możemy być spokojni, bo ekipa “Kowala” od nie spuszcza z tonu i na pewno będzie to najmocniejsza para (w żeglarstwie prawo startu ma tylko jeden zawodnik lub jedna załoga z kraju). W klasie RS:X możemy liczyć Zofię Klepacką, która już wie jak zdobywa się laury. U mężczyzn typować można kogoś z trójki Myszka, Paweł Tarnowski, Radosław Furmański. Za Myszką przemawia doświadczenie byłego mistrza świata i Europy. Za Tarnowskim otwarta głowa i niewątpliwy talent poparty wynikami. Furmański – najmłodszy z tego grona – tymczasem depcze starszym kolegom po piętach, lecz jego nazwisko wymawia się coraz głośniej. Wielkie nadzieje na Tokio 2020 łączą się również z żeńską załogą klasy 470 Agnieszka Skrzypulec – Jolanta Ogar. To mistrzynie świata, lecz w innych załogach. Ciekawostka. Skrzypulec żeglowała po tytuł z Irminą Mrózek Gliczyńską. W tym czasie Ogar zmieniła barwy narodowe na austriackie już po starcie w Londynie 2012 i z Larą Vladau zdobyły m.in. czempionat globu. PZŻ przygarnął ją pod skrzydła jak córkę marnotrawną i znów ma ścigać się najpierw o prawo startu w Tokio, a potem o medale. W końcu to mistrzyni świata, tak jak jej sterniczka. Finn wypada z programu olimpijskiego, a co za tym idzie ostatnia szansa przed Piotrem Kulą (jako kandydatem do awansu nr 1), który jest najbardziej doświadczonym i utytułowanym (aktywnym) żeglarzem tej specjalności. Do pomocy ma trenera Tomasza Rumszewicza, który poprowadził Mateusza do brązu w Atenach. Czy ten duet sprawdzi się na olimpijskim polu boju? Kula nigdy jednak nie stał na seniorskim podium imprezy rangi mistrzowskiej. Właśnie u wybrzeży stolicy Grecji rozpoczął się czempionat europejski, czyli pierwsza okazja do zdobycia punktów w wewnętrznej klasyfikacji.

Szanse medalowe upatrywać można jeszcze w 49erze. Trenerem został ten, o którym wzmiankowałem przy okazji Sydney, Paweł Kacprowski. Sam przez lata ścigał się (wicemistrzostwo Europy między innymi), a potem szkolił. Jego zawodnicy należą do światowej czołówki, bez wątpienia, kwestia która z załóg wygra wyścig po status olimpijczyków. W blokach startowych stoją Łukasz Przybytek i Paweł Kołodziński oraz młodsze duo Dominik Buksak i Szymon Wierzbicki. Z optymizmem można też patrzeć na Aleksandrę Melzacką i Kingę Łobodę, które usilnie dobijają się do czołówki w klasie 49erFX, czyli olimpijskim skiffie dla pań. Co wyjdzie z tych wielkich nadziei? Nie sposób powiedzieć na rok przed Tokio 2020, lecz opierając się na statystyce – możemy być spokojni (tu puszczam, oczywiście oczko), ale na ten (wymyślony przeze mnie) spokój PZŻ pracuje naprawdę ciężko. Zresztą skład pionu sportowego, na czele którego stoi Mateusz Kusznierewicz oraz Dominik Życki gwarantuje zminimalizowanie wszelkich niepotrzebnych ryzyk. Szczęście będzie sprzyjało lepszym, a w sporcie wiara we własne siły i przekonanie o własnych możliwościach to podstawa.

 

 

 

FOT. DARIUSZ URBANOWICZ


Aktualności

Kalendarz imprez