„Zapłacono Bitcoinem.” Czy w sporcie czeka nas finansowa rewolucja?

„Zapłacono Bitcoinem.” Czy w sporcie czeka nas finansowa rewolucja?

Data 29 grudnia 2020 roku za jakiś czas może być wspominana, jako przełomowa w historii sportu. Wszystko za sprawą jednego tweeta zawodnika NFL – Russella Okunga. Gracz Carolina Panthers potwierdził, że połowa jego rocznego kontraktu została opłacona w bitcoinie – najpopularniejszej kryptowalucie na świecie. Tym samym stał się pierwszym zawodowym sportowcem w USA spośród topowych dyscyplin za oceanem, którego kontrakt opłacono w wirtualnym pieniądzu.

Czy Amerykanin żałuje swojej decyzji? Pod koniec grudnia wartość bitcoina oscylowała w okolicach dwudziestu siedmiu tysięcy dolarów. Dziś wynosi prawie pięćdziesiąt siedem tysięcy. Jak łatwo obliczyć, w niecałe pół roku zanotowała ponad dwukrotny wzrost wartości. Dzięki temu Okung, z zawodnika spoza top 100 na liście najlepiej opłacanych w NFL, wskoczył do pierwszej dwudziestki graczy w lidze, inkasujących największą sumę. A pojawiają się głosy mówiące, że jeżeli Russell pozostałą część kontraktu również inwestuje w kryptowaluty, może znajdować się nawet w pierwszej piątce najlepiej zarabiających futbolistów.

Gwoli ścisłości wyjaśnijmy, że Okung de facto nie otrzymał połowy pensji bezpośrednio w kryptowalucie. Tę nabył poprzez firmę Zap, do której należy aplikacja Strike, umożliwiająca konwersję zwykłej waluty na wirtualną. Jednak ten precedens – oraz jego spektakularny sukces – sprawił, że zarówno kluby jak i zawodnicy zaczęli zastanawiać się nad właśnie taką formą finansowania kontraktów.

Zaczęło się od olimpijczyków… oraz Facebooka

Oczywiście nie jest tak, że kryptowaluty pojawiły się w sporcie za sprawą kontraktu Russella Okunga. Bitcoin istnieje na rynku już od 2009 roku. Choć na początku – jak każda nowość – był jedynie ciekawostką. I to taką, która wzbudzała (i do dziś wzbudza) sporo wątpliwości co do swojej realnej wartości czy dość niejednoznacznej legitymizacji tej waluty na świecie. Nie będziemy się zagłębiać w specyfikę samych kryptowalut, gdyż po pierwsze – nie o niej traktuje ten tekst. A po drugie, interesuje nas sama korelacja rynku wirtualnego pieniądza ze światem sportu.

Tu na scenę wchodzą bliźniacy, Cameron i Tyler Winklevoss – wioślarze, którzy reprezentowali Stany Zjednoczone na igrzyskach olimpijskich w Pekinie, w obsadzie dwójki bez sternika. Na samych igrzyskach nie odnieśli wielkiego sukcesu, zajmując szóste miejsce w swojej klasie. Choć mieli bardzo dobre warunki do uprawiania tego sportu. I bynajmniej nie chodzi tu wyłącznie o predyspozycje fizyczne – obaj mają prawie dwa metry wzrostu.

Bracia to prawdziwi geniusze informatyczni, zatem traktowali sport jako odskocznię, nie pomysł na życie. W 2004 roku kończyli naukę na Harvardzie. Złożyli wtedy pozew sądowy przeciwko pewnemu uzdolnionemu programiście, który dołączył do ich zespołu, tworzącego uczelniany serwis społecznościowy – HarvardConnection. Nowy członek zespołu miał dostęp do najważniejszych danych serwisu, takich jak kod źródłowy. Nazywał się Mark Zuckenberg i – ku zdziwieniu Winklevossów – na początku roku zarejestrował domenę thefacebook.com – serwis społecznościowy, początkowo dostępny tylko dla zainteresowanych uczelni, który rozrastał się w niesamowitym tempie.

Tyler i Cameron Winklevoss. Fot. Newspix

Po kilku bataliach sądowych, w lutym 2008 roku bracia zawarli ugodę z właścicielem Facebooka, na mocy której otrzymali 65 milionów dolarów odszkodowania. Dużo, mało? Chyba nikt z nas nie odmówiłby takiej kwoty. Ale w obliczu tego, że Facebook już wtedy był wyceniany na 15 miliardów, można powiedzieć że otrzymali okruchy z wielkiego tortu, stworzonego – w ich opinii – na bazie skradzionego od nich pomysłu. Obecnie dochód Facebooka wynosi rocznie 85 miliardów dolarów.

Dodatkowym efektem było to, że poszli na wojnę z jednym z najpotężniejszych ludzi w Dolinie Krzemowej. Nawet jeżeli chcieli wejść na rynek z dobrym produktem, to żadna firma nie chciała z nimi współpracować. Związanie się z Winklevossami zamykałoby sprzedanie potencjalnego patentu – lub nawet całej spółki – jednemu z największych gigantów na rynku, jakim jest Facebook.

Ale Cameron i Tyler cały czas szukali nowych, innowacyjnych projektów. I tak w 2012 roku zainteresowali się kryptowalutami. Wykupili wtedy jeden procent światowego zasobu Bitcoina – jedna moneta kosztowała zaledwie dziewięć zielonych. Następnie otworzyli internetową platformę do zakupu i wymiany wirtualnej waluty. Sukces okazał się gigantyczny – dziś ich majątek wycenia się na trzy miliardy dolarów.

Inwestycja dla sportowca

Po kilku latach od powstania Bitcoina, popularność kryptowalut nie uszła uwadze czołowych postaci światowego sportu. Dla sportowców kryptowaluty wydają się wręcz inwestycją idealną. Nie wymagają zakładania spółek (przynajmniej przy podstawowym zakupie jednostek), uczestnictwa pośredników czy też poświęcania na nie ogromnych ilości czasu. Pomimo potencjalnego ryzyka, związanego z załamaniem się rynku, profity są kuszące – zwłaszcza dla ludzi, którzy posiadają kilka (albo kilkadziesiąt) luźnych milionów. Ale najwięksi sportowcy nie inwestują zaledwie w same kryptowaluty. Oni wykupują całe spółki, zajmujące się handlem wirtualnym pieniądzem. Przyjrzyjmy się dwóm takim przykładom.

W kryptowaluty inwestuje Serena Williams. Amerykańska legenda tenisa, która trzykrotnie zdobywała złoty medal igrzysk olimpijskich w grze podwójnej i raz w singlu, działa na rynku poprzez swój fundusz – Serena Ventures. Na rynku jest obecna od dawna. Była jednym z pierwszych inwestorów powstałej w 2012 roku giełdy kryptowalut Coinbase – jednej z największych na rynku. Wraz z rozpoczęciem działalności, platforma była wyceniana na 100 milionów dolarów. Do dziś jej wartość wzrosła ponad jedenastokrotnie.

Ponadto Serena lokuje zarobione na kortach dolary w aplikacje, umożliwiające robienie zakupów poprzez płatności kryptowalutami. W marcu tego roku zainwestowała pięć milionów dolarów w Lolli. To rozszerzenie dodawane do przeglądarek internetowych, działające na zasadzie cashbacku – oczywiście, wypłacanego w wirtualnym pieniądzu.

Na rynku kryptowalut działa również Floyd Mayweather – jeden z najlepszych bokserów w historii tego sportu. W czasach amatorskich zdobył brązowy medal olimpijski w Atlancie w kategorii piórkowej. Na zawodowym ringu zarabiał kolosalne kwoty, idące w setki milionów dolarów. Przy tym Floyd to prawdziwy król życia, który uwielbia obnosić się ze swoim bogactwem. Flota kilkudziesięciu luksusowych samochodów, jachty, luksusowe rezydencje. Na poniższym filmie – którego przesłania nie będziemy tłumaczyć dosłownie, wystarczy ograniczyć się do hasła „stać mnie, to mam, nie mówcie mi jak mam żyć” – pokazuje swoją kolekcję zegarków. W tym ostatni, warty osiemnaście milionów dolców.

A przecież mówimy o jednak emerytowanym już bokserze. Można by pomyśleć, że przy takim trybie życia nawet pokaźna górka pieniędzy kiedyś mu się skończy. Tak może być, ale niekoniecznie musi. Mayweather inwestuje w platformę brokerską Stox, która jest odpowiedzialna za – a jakże – handel i wymianę wirtualnych pieniędzy. Był również zaangażowany w projekt Centra Tech, jednak zaangażowania się w tę spółkę nie będzie dobrze wspominał. W marcu tego roku współzałożyciel Centra Tech – Sohrab Sharma – został skazany za wprowadzanie inwestorów w błąd obiecując, że spółka będzie miała w ofercie kartę debetową, konwertującą kryptowaluty na dolary. Przekręt naciągnął inwestorów na dwadzieścia pięć milionów dolarów, a wśród nich był właśnie Mayweather. Cóż, nie każda zabawa z nowymi technologiami płatniczymi kończy się zielonymi słupkami przychodów.

Ale sportowców inwestujących w tę gałąź rynku jest całe mnóstwo. Leo Messi zainwestował w spółkę Sirin Labs, zajmującą się blockchainami – podstawową architekturą kryptowalut, dotyczącą przechowywania danych o transakcjach. Ronaldinho, wykorzystując swoją popularność, stworzył własną wirtualną walutę – RSC (Ronaldinho Soccer Coin). Usain Bolt, Mike Tyson, Dennis Rodman, James Rodriguez – zarówno emerytowani, jak i obecni zawodnicy lgną do tego rynku.

Wirtualny przedmiot kolekcjonerski – token

Jednak wśród sportowców sticte olimpijskich znacznie popularniejsza od kryptowalut jest inna metoda wirtualnego zarabiania pieniędzy – niewymienialny token. Tokeny, tak jak kryptowaluty, działają korzystając z architektury blockchain – czyli przechowywania niezmiennych danych, do których dopisywane są dane o transakcji danego tokena. Ale same nie są walutami. Najprościej porównać je do monet kolekcjonerskich. Nie można nimi płacić, jednak posiadają one wartość wynikającą z unikalności oraz samego materiału. Różnica polega na tym, że monety kolekcjonerskie można podrobić, natomiast blockchain zapewnia tokenowi gwarancję unikalności każdego egzemplarza.

System spotkał się z zainteresowaniem wielu artystów – ich oryginalne dzieła stały się zabezpieczone przed kopiowaniem i powielaniem. Ale okazję zwietrzyli również sportowcy, którzy w ten sposób mogą sprzedawać na przykład cyfrowe autografy. Okej, zdajemy sobie z tego sprawę, że chęć zapłaty sporej ilości pieniędzy za coś nienamacalnego może brzmi niedorzecznie. Ale najwyraźniej możliwość otrzymania unikatowej, cyfrowej pamiątki bezpośrednio od swojego idola dla wielu ludzi jest równie cenna, jak fizyczne zdjęcie z autografem.

Z takiej formy dystrybucji skorzystał Eliud Kipchoge – złoty medalista olimpijski z Rio de Janeiro. Kenijczyk, jako pierwszy na świecie, przebiegł maraton w czasie poniżej dwóch godzin, co stanowi nieoficjalny rekord świata. Dokonał tego 12 października 2019 roku. Z tej okazji, przed miesiącem wystawił na aukcji dwa zestawy wspomnień z najważniejszych momentów swojej kariery. Token zawierał zdjęcia, materiały wideo, oraz wiadomość od samego Eliuda, potwierdzającą autentyczność nabytego „przedmiotu”. Oba zestawy kosztowały prawie 18 jednostek waluty ethereum, co na początku kwietnia stanowiło równowartość 40 000 dolarów. Dziś 18 etherów jest warte ponad 62 000. Ogromna przebitka.

Eliud Kipchoge na mecie wiedeńskiego maratonu. Fot. Newspix

Oczywiście, tokeny w sporcie przybierają różne formy. W piłce nożnej (i nie tylko) działa portal socios.com, w którym kibice mogą wykupić tokeny wyemitowane przez dany klub. Układ jest prosty – kibic kupuje w ten sposób dostęp do unikatowych materiałów, ankiet czy sondaży społecznościowych, a nawet możliwość spotkania się z zawodnikiem w ramach nagrody. W ostatnich dniach Legia Warszawa wyemitowała własny token. Z całym szacunkiem do legionistów, ale jeżeli dany trend dociera już do klubu polskiej Ekstraklasy, to świadczy o skali jego popularności na świecie.

Najdalej posunął się Juventus, współpracujący z socios.com od 2019 roku. W marcu tego roku klub przesłał Cristiano Ronaldo 770 klubowych tokenów. Symbolizowały liczbę bramek strzelonych przez Portugalczyka w trakcie kariery. Wartość? Jak na zarobki Ronaldo, znikoma – mniej niż 12 tysięcy dolarów. Ale symboliczne jest to, że po raz pierwszy w historii klub piłkarski wypłacił swojemu piłkarzowi nagrodę w wirtualnym aktywie.

Skasuj bitcoina – zapłać bitcoinem

Rynek kryptowalut w dalszym ciągu rozwija się w niesamowitym tempie. W wielu klubach – w szczególności w Stanach Zjednoczonych – kibice od kilku lat mogą płacić za bilety czy inne usługi, używając wirtualnego pieniądza. Jednak przypadek Russella Okunga sprawił, że coraz więcej klubów i zawodników chce odwrotnej transakcji.

I to już się dzieje. Od 29 kwietnia do 1 maja w stanach miał miejsce draft ligi NFL. Z numerem pierwszym został w nim wybrany Trevor Lawrence. Drużyna Jacksonville Jaguars zapłaciła młodzianowi ponad 22,5 miliona dolarów za podpis na kontrakcie – całość w kryptowalutach bitcoin, ethereum i dogecoin. Z kolei gracz Kansas City Chiefs, Sean Culkin, zamienił na bitcona całą swoją roczną wypłatę, wynoszącą skromne – jak na warunki NFL – 920 tysięcy zielonych. Ty samym stał się pierwszym, profesjonalnym zawodnikiem na świecie, który jest w pełni opłacany w wirtualnym pieniądzu.

Właściciel klubu NBA Sacramento Kings – Vivek Ranadive – zapowiedział, że wszyscy członkowie jego zespołu (wliczając w to również trenerów) będą mogli zamienić na wirtualną walutę dowolną część swojej wypłaty. Nie zdziwimy się, jeżeli wielu zawodników z tego skorzysta.

W niedługim czasie płatność kryptowalutami może spowodować problem, który do tej pory nie był spotykany. W amerykańskich sportach istnieje salary cap, czyli limit wydatków na pensje zawodników, zatrudnianych przez jeden klub. System ten powoduje, że trudno jest skonstruować drużynę złożoną z samych gwiazd. Każda z nich chce zarabiać jak najwięcej. Wypłata stanowi również element statusu danego zawodnika w zespole. Za chwilę możliwe będzie zaproponowanie danemu zawodnikowi niższego kontraktu w krajowej walucie, ale za to od razu konwertowanego na pieniądz wirtualny. Jeżeli tak szalona tendencja wzrostowa kryptowalut się utrzyma, wielu zawodników pójdzie na taki układ.

Zapewne niektórzy z was mogą zachodzić w głowę, jaka to różnica? Przecież każdy zawodnik może inwestować w co chce. Na przykład w akcje na zwykłej giełdzie, do których to inwestycji kryptowaluty są często porównywane. Rzecz w tym, że kryptowaluty, choć wciąż są bardzo niestabilnym środkiem płatniczym, to jednak nim są. Nie da się zapłacić akcjami giełdowymi za jedzenie, ubrania, rachunki czy dobra luksusowe. Bitcoin to umożliwia. I to bez wcześniejszej konwersji na zwykły pieniądz.

Na razie zawodnicy są w sytuacji, w której de facto sami decydują o tym czy wymienić dolary na kryptowaluty. Ale co stanie się w chwili, kiedy te zaczną tracić na wartości? Czy w takim momencie zawodnik podpisujący umowę płatną w wirtualnym pieniądzu, będzie mógł starać się o kontrakt wypłacany w całości w normalnej walucie? Jak będą wyglądały umowy sponsorskie? Wszak międzynarodowe marki również mogą kusić gwiazdy sportu potencjalnie wyższymi – ale i bardziej ryzykownymi – kontraktami.

Na te i wiele innych pytań dziś nie znamy odpowiedzi. Wiemy natomiast jedno – pod względem finansowania sportu czekają nas ciekawe czasy.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Lecę na piwo
Lecę na piwo
1 miesiąc temu

Jak to piznie to będą lepiej beczeć niż Łepkowska i Janda razem wzięte..

Aktualności

Kalendarz imprez