Zagraj to jeszcze raz, Hubert!

Zagraj to jeszcze raz, Hubert!

Hubert Hurkacz stanie przed szansą zapisania na nowo tenisowej historii Polski. Żaden z naszych zawodników nigdy wcześniej nie zagrał w finale singla w turnieju wielkoszlemowym. Do tej pory udawało się to tylko kobietom. Hubert może być więc pierwszy. Jednak nawet jeśli mu się to nie uda – i tak wykręcił już wynik, jakiego nikt się po nim nie spodziewał. A przecież drogę do półfinału miał bardzo trudną.

***

Przed Wimbledonem Hubert głównie… przegrywał. Owszem, był wygrany turniej ATP 1000 w Miami, po którym zachwycaliśmy się jego grą. Zresztą całkiem słusznie, wyglądał tam znakomicie. To jednak działo się na przełomie marca i kwietnia. A potem porażka goniła porażkę. Gdy zaczynał się Wimbledon, nikt nie miał większych nadziei, co do występu Polaka. Tym bardziej, że jego potyczki w turniejach wielkoszlemowych często kończyły się rozczarowaniami.

Jasne, to na Wimbledonie – dwa lata temu – zagrał najlepiej w karierze w imprezie tej rangi. Doszedł do trzeciej rundy, znakomicie pokazał się w starciu z Novakiem Djokoviciem. Wydawało się wtedy, że kwestią czasu jest, by poszedł o rundę, dwie, nawet trzy dalej. Tyle że nic takiego się nie wydarzyło, a kolejne występy w Australii, USA czy we Francji sprawiły, że opinia zmieniła się o 180 stopni – trudno było uwierzyć, że w najbliższym czasie Hubert dojdzie choćby do drugiego tygodnia takiego turnieju.

Aż przyjechał do Londynu.

Pierwsze trzy rundy przeszedł w znakomitym stylu, bez straty seta. Ba, żaden z rywali nie zdołał mu odebrać nawet serwisu. W końcu wykorzystał swoje rozstawienie, w końcu pokazał, że potrafi grać też do trzech setów. Ale to miało być na tyle, Daniił Miedwiediew, światowa dwójka, miał go pokonać. I znów – zaskoczenie. Hubert wygrał, po meczu rozłożonym na dwa dni. Wygrał w pięciu setach, ostatniego grając na najwyższym możliwym poziomie, rozbijając rywala.

A potem przyszedł mecz z Rogerem Federerem. Idolem, człowiekiem, którego podziwiał. Być może najlepszym tenisistą w historii, a na pewno najbardziej uwielbianym. Hubert grał przeciwko niemu na jego ukochanej trawie, na korcie centralnym, którego publika zawsze sprzyja Szwajcarowi. I wygrał z nim w trzech setach, w ostatnim do zera. Czegoś takiego na Wimbledonie nikt nigdy wcześniej Federerowi nie zrobił.

Hurkacz do półfinału awansował w niesamowitym stylu. A tam… wcale nie stoi na straconej pozycji.

***

Poprzedni, pandemiczny sezon, miał raczej słaby. Nastrój poprawił mu jedynie deblowy triumf w paryskim turnieju w hali Bercy, ale trudno było zauważyć jakieś zwiastuny dobrej gry. Niedługo po zakończeniu rozgrywek, miałem okazję z Hubertem rozmawiać. Chciałem, żeby wytłumaczył, co poszło nie tak, dlaczego przegrał tyle meczów z niżej notowanymi rywalami, czy widzi nadzieję na poprawę.

A on kompletnie mnie zaskoczył.

– Mój poziom gry nie odstaje od czołówki. Detale zadecydowały o tym, że na koniec sezonu znajduję się w tym miejscu, w którym się znajduję – powiedział w pewnym momencie. A w innym dodał. – Tak naprawdę jeżeli nie wygram turnieju, to nie jestem z niego do końca zadowolony. Cieszę się z lepszych występów, ale jadę na turniej właśnie po to, żeby go wygrać. Nawet jak to turniej wielkoszlemowy. Tym bardziej, że pokonywałem już zawodników, którzy wygrywali takie imprezy. Więc wierzę w to, ale wiem, że muszę się jeszcze bardzo poprawić, by móc walczyć o zwycięstwo w takich turniejach.

Naprawdę lubię Huberta i wiem, że umiejętności ma spore. Jednak w tamtym momencie trudno było mi uwierzyć, że mówi coś takiego. Sezon kończył przecież po porażkach z Lorenzo Sonego (wtedy 42. w rankingu ATP) i Radu Albotem (90.). Jego ogólny bilans wynosił 15 zwycięstw i 13 porażek. W żadnym turnieju wielkoszlemowym nie wyszedł poza drugą rundę, raz grał w półfinale jakiejkolwiek imprezy – jeszcze w styczniu, przed pandemią. To nie był sezon na miarę jego oczekiwań. Więc słowa o tym, że nawet na imprezy wielkoszlemowe jedzie po to, żeby je wygrać brzmiały jak coś szalonego.

Dziś wydaje mi się jednak, że kluczowe było kilka innych zdań, które wtedy powiedział. – To tak naprawdę dopiero mój drugi sezon w turniejach ATP. Na pewno był inny niż ten pierwszy. Jednak teraz wydaje mi się, że z kolejnym czy jeszcze następnym rokiem będę już na dużo wyższym poziomie. Również mentalnym.

Mam wrażenie, że trafił tu w dziesiątkę. Bo faktycznie, poziom jego gry się podniósł, ale przede wszystkim – lepiej wygląda, gdy mowa o sferze mentalnej. W kluczowych momentach się nie podpala, potrafi grać z najlepszymi, a w zeszłym roku często bywało inaczej. Nie bez powodu zachwycaliśmy się w tym roku statystyką wygranych przez niego tie-breaków, które zawsze są wojną nerwów. W Miami, gdy decydowały pojedyncze punkty, niemal zawsze potrafił zapisać je na swoją stronę. Na Wimbledonie też.

Hubert jest więc mocniejszy. Bardziej skoncentrowany. Pewniejszy siebie. I to widać.

***

Jest tylko jeden problem – Hurkacz pozostaje bardzo nieregularny. Okres pomiędzy Miami a Wimbledonem najlepiej to pokazuje. Gdy wszyscy spodziewali się, że po znakomitym turnieju w USA, będzie notować kolejne niezłe rezultaty, on nagle zaczął przegrywać. Znów było widać w jego grze pewne zniechęcenie, momentami może nawet bezradność. To jednak dziś już nieważne.

Istotne jest, że tę słabszą serię przełamał.

I dziś zastanawiam się nad jednym – że może nie powinniśmy patrzyć na Huberta przez pryzmat jego złych wyników, ale tych najlepszych? W końcu to gość, który potrafił pokonać już kilku zawodników, którzy albo byli w przeszłości, albo nawet w momencie rozgrywania meczu w najlepszej „10” rankingu ATP. Innym stawiał zacięty opór. Widać gołym okiem, że na ważne mecze potrafi się zmotywować. A gdy wyjdzie jeden taki, zwykle idą za nim kolejne.

Mam coraz częściej wrażenie, że Hurkacz to gość, który gra “wystrzałami”. Fantastycznie zaprezentuje się w jednym turnieju, słabo w kilku innych, by potem znów dojść daleko. Czy to tylko etap w jego karierze, czy tak będzie na zawsze? Nie wiem. I jasne, to najpewniej nie jest droga, którą można dotrzeć do pozycji lidera rankingu. Ale pierwsza dziesiątka już teraz jest blisko, wygrany turniej ATP 1000 zaliczony, półfinał imprezy wielkoszlemowej – też. Hubert jest przecież dopiero drugim Polakiem, który dokonał tego w singlu mężczyzn. Cholera, to musi robić wrażenie.

I robi. Spore. Tym bardziej, że do niedawna o takich wynikach mogliśmy tylko marzyć. Jasne, jeszcze w 2013 roku Łukasz Kubot i Jerzy Janowicz grali ze sobą w ćwierćfinale Wimbledonu, a Jurek w półfinale walczył potem z Andym Murrayem. Tyle że to było osiem lat temu, a od tamtej pory nadziei na podobny wynik tak naprawdę nie było. Wcześniej – przed tamtym turniejem – też nie. Dobrze to pamiętam, jak pewnie wielu z was.

Zainteresowałem się tenisem na poważnie jakoś w 2006 roku. Przez wiele lat gwiazdą polskiego, męskiego tenisa (bo w kobiecym była oczywiście Agnieszka Radwańska) był dla mnie wspomniany Kubot, który dochodził do drugich czy trzecich rund turniejów wielkoszlemowych w singlu. Półfinał? Nawet nie było co o tym marzyć, czwarta runda już była osiągnięciem. I jasne, dziś na taki wynik możemy patrzyć z innej perspektywy, bo Iga Świątek niecały rok temu turniej tej rangi wygrała. Ale u naszych mężczyzn to nadal coś niesamowitego.

Dlatego niezależnie od tego, czy z Berrettinim wygra, czy też nie – już można zapomnieć Hurkaczowi wszelkie porażki z tego sezonu. I te poniesione do tej pory, i te, które na niego czekają. Bo jeśli ma mieć choćby jeden taki wystrzał formy na sezon, to chyba warto oglądać jego mecze i na to czekać. Po drodze pewnie przegra kilka czy nawet kilkanaście meczów w mniejszych turniejach, z niżej notowanymi rywalami. Ale potem przytrafi się Miami, przytrafi Wimbledon i, miejmy nadzieję, przytrafią kolejne takie tygodnie z jego doskonałą grą.

A przecież nikt nie powiedział, że jego forma w końcu się nie ustabilizuje. To nadal młody gość, wiele przed nim.

***

Hubert ma jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę – trudno go nie lubić. To skromny, ale pewny swego tenisista, który z jednej strony wie, ile jeszcze pracy ma do wykonania, a z drugiej wierzy w swoje umiejętności. Każdy, kto z nim pracował, mówi, że Hubertowi niczego nie podarowano, do wszystkiego doszedł wyłącznie ciężką harówą. I dziś może dzięki temu trenować w świetnych warunkach na Florydzie z naprawdę uznanym szkoleniowcem, ale jeszcze kilka lat temu te warunki miał przecież zupełnie inne i musiał mieć w sobie sporo motywacji, by z tenisa nie zrezygnować.

Dziś często się mówi, że momentami pracuje aż za dużo. Że trzeba go hamować, bo inaczej doprowadziłby do kontuzji. On sam zwraca uwagę na najmniejsze choćby detale. Na dietę, na przygotowanie fizyczne, na rozpracowanie rywali. Spróbuje wszystkiego, jeśli tylko jest przekonany, że to da mu szansę poprawienia się choćby w najmniejszym stopniu. I faktycznie, czasem wydaje się, że przesadza. Z drugiej strony jednak – bez tego nie doszedłby tak wysoko, startując z Polski. Bo powiedzmy sobie wprost – nasz kraj nie był tych kilka(naście) lat temu i nie jest nadal idealnym miejscem dla młodych, zdolnych tenisistów.

Hubert przez to jednak przeszedł. I to wszystko go nie zmieniło. Widzieliśmy już przecież jednego zawodnika, który pretensje miał do wszystkich poza sobą. Pewnie częściowo słuszne, ale na jego wizerunek wpłynęło to bardzo źle. A Hubert? Nowych fanów często zdobywa tym, że jest… grzeczny. Czasem może aż za bardzo, sam potrafi to przyznać. Jest miły: dla fanów, rywali, dziennikarzy i kibiców. Niezależnie od tego, czy przegrywa, czy wygrywa. Potrafi docenić klasę przeciwnika, choćby tak jak w środę, gdy oklaskiwał na stojąco schodzącego z kortu Rogera Federera. Bo mógł go pokonać i to dość łatwo, ale to Szwajcar wciąż pozostawał wielkim mistrzem.

To nie może jednak nikogo zwieść. Gdy jest w formie, nie okazuje przeciwnikom litości i bywa nie do zatrzymania. Przekonywali się o tym tacy zawodnicy jak Kei Nishikori, Stefanos Tsitsipas, Daniił Miedwiediew, a teraz i Roger Federer. Hubert dawno już przerósł Łukasza Kubota (choć ten w deblu pozostaje niedoścignionym wzorem dla polskich tenisistów), w pewnym sensie swojego mentora. Dziś można też spokojnie napisać, że wzniósł się ponad poziom najlepszego Jerzego Janowicza. Tak naprawdę w polskim męskim tenisie został mu do „przeskoczenia” tylko Wojciech Fibak.

Kto wie, może od tego, by Huberta postawić nad naszym wielkim zawodnikiem sprzed lat, zostały tylko dwa mecze? Może kilkadziesiąt idealnie wpakowanych backhandów, sto celnych serwisów, dobrze wymierzone skróty i sprawnie działający forehand. Może tyle dzieli go od przejścia do historii nie tylko polskiego, ale i światowego tenisa. A może nie.

Tak czy siak Hubert już zrobił niesamowicie wiele. I niezależnie od wyniku meczu z Berrettinim, zostanie mu to zapamiętane, a on sam będzie miał dodatkową motywację do tego, by walczyć o kolejne takie rezultaty. I to podpowiada logika, próba obiektywnego spojrzenia na tę sytuację, która wskazuje na fakt, że Polak przerósł nasze oczekiwania i nie ma co nakładać na niego dodatkowej presji. Serce kibica mówi jednak coś innego. Ono prosi o kolejną wygraną, bo czuje, że to możliwe.

Więc zagraj to jeszcze raz, Hubert. A potem, jeśli dostaniesz taką szansę, kolejny raz.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez