Żaden wynik maratoński ze światowego topu z ostatniego czasu nie jest nabiegany na czysto

Żaden wynik maratoński ze światowego topu z ostatniego czasu nie jest nabiegany na czysto

Od ponad ośmiu lat jest rekordzistą Polski na dystansie maratonu (2:07:39). W 2012 roku na igrzyskach w Londynie zajął kapitalne 9. miejsce – był najszybszym z Europejczyków. W rozmowie z “Kierunkiem Tokio” opowiada m.in. o dopingu, sportowcach-amatorach i piciu piwa. Henryk Szost zdecydowanie nie gryzie się w język, zapraszamy do lektury.

KAMIL GAPIŃSKI: Przesunięcie igrzysk w Tokio to dobry news chociażby dla Konrada Bukowieckiego. Młody chłopak może się w tym czasie rozwinąć i być jeszcze lepszym kulomiotem. A jak na tę informację reaguje zawodnik w twoim wieku, a więc 38-latek?

HENRYK SZOST: Nie jest to dla mnie wielki dramat, bo na igrzyskach byłem już trzy razy. Ale na pewno jest to jakiś problem. Jeśli w ogóle się tam zakwalifikuje, będę biegł w Japonii jako prawie 40-latek. Oczywiście w maratonie można startować w tym wieku z powodzeniem, ale jednak z czasem człowiek nie ma już takiej mocy, jak wcześniej.

Jak wyglądają olimpijskie kwalifikacje maratończyków?

Minima na Tokio można uzyskiwać dopiero od 1 grudnia tego roku (na IO 2020, przed pandemią, zdążyło je wyrobić 80 biegaczy – przyp. red.). Wcześniej zaplanowano chociażby mistrzostwa świata żołnierzy w Atenach. Jeśli ta impreza w ogóle się odbędzie, a ktoś pobiegnie na niej poniżej 2:11:30, nie da mu to przepustki do Japonii. Dla mnie to trochę dziwna sytuacja. Uważam, że w związku z koronawirusem IAAF powinien pozwolić biegaczom na szukanie minimów w każdej możliwej sytuacji. A z tego co wiem działacze, niestety, nie zamierzają się w jakikolwiek sposób ugiąć.

Jeśli chodzi o igrzyska, twoje wspomnienia są chyba słodko-gorzkie.

W Pekinie w 2008 startowałem w maratonie dopiero po raz trzeci w karierze. Byłem wtedy bardzo mało doświadczonym zawodnikiem. Organizm nie był przyzwyczajony do biegania tego dystansu, szczególnie w tamtejszych warunkach. Wysoka temperatura, zanieczyszczone powietrze – to wszystko miało na mnie bardzo negatywny wpływ. Odwodniłem się na trasie, wyniszczyłem totalnie organizm, trafiłem do szpitala na dwa tygodnie. Musiałem brać antybiotyki, żeby pozbyć się krwiaków, które powstały na płucach. Zanim do tego doszło, na mecie, byłem w takim stanie, że nie dałem rady podnieść się z ziemi, żeby sięgnąć po płyn izotoniczny, który stał w lodówce.

Podtrzymujesz zdanie, że nigdy potem tak nie cierpiałeś?

Tak. Przywykłem do cierpienia podczas biegu, ale tu doszło do sytuacji, w której cierpiałem także długo po nim. Ja w tym Pekinie dosłownie wypaliłem mięśnie, widziałem, że sporo tkanki ubyło mi chociażby na udach. Dla organizmu była to niesamowita trauma. Dobrze, że byłem wtedy jeszcze w miarę młodym zawodnikiem. Dzięki temu udało mi się wrócić na wysoki poziom, także od strony psychicznej. Ja zawsze byłem twardy, umiałem sobie wszystko poukładać w głowie. Nie korzystałem też nigdy z pomocy psychologa.

Choć jakiś ślad po starcie w Chinach jest we mnie do dziś. Objawia się to głównie w tym, że nie umiem dobrze pobiec, gdy jest naprawdę ciepło, powyżej 25 stopni. Tam było około 30.

Wyjątek od tej reguły stanowi Londyn. Na tamtejszych igrzyskach też było gorąco, a jednak spisałeś się znakomicie – na mecie byłeś 9. Dla wielu był to większy wyczyn niż medal olimpijski w niszowej dyscyplinie sportu.

To jeden z moich największych sukcesów w karierze. Szkoda, że było wtedy tak ciepło, gdyby temperatura spadła o kilka stopni, zająłbym jeszcze lepsze miejsce, w czołowej szóstce. Warto też dodać, że nie zaliczyliśmy wtedy trasy klasycznego londyńskiego maratonu. Zamiast tego biegliśmy po parkach, mieliśmy sporo zakrętów, zdarzał się bruk – generalnie było tam sporo utrudnień.

W 2012 to ja w ogóle miałem rok konia. Na początku pobiegłem rekord Polski, 2:07:39. Potem zaliczyłem dobry start na IO, a jesienią wykręciłem jeszcze 2:08:40 w Fukuoce, do dziś to drugi najlepszy wynik w historii naszego maratonu.

A czy to rezultat lepszy niż krążek w mniej popularnej dyscyplinie? Może tak bym tego nie ujął, ale na pewno u nas niełatwo przebić się do czołówki. Bo biega cały świat, a po drugie, niestety, mamy problem z dopingiem, który jest bardzo ciężkim tematem, przede wszystkim jeśli chodzi o Afrykę.

Świat kieruje uwagę na Rosję, która jest w tym elemencie skażona, ale wspomniany kontynent jest skażony dużo bardziej. Śmiem twierdzić, że żaden wyśrubowany wynik maratoński ze światowego topu z ostatniego czasu nie jest nabiegany na czysto. Bieganie jest tak skażone dopingiem, że jeśli nie nastąpią zdecydowane ruchy ze strony WADY, to będziemy świadkami kolejnych niewiarygodnych rezultatów, którym wszyscy przyklaskują i mówią „wow, ale super”. Potem okazuje się, że stoi za nimi tak wielki koks, że znów można powiedzieć „wow”, tym razem z podziwu dla faktu, że człowiek w ogóle wytrzymał takie dawki dopingu i nie umarł.

Czyli gdy Eliud Kipchoge łamał w Wiedniu 2 godziny, to raczej ogarniał cię pusty śmiech niż wielki szacunek do tego osiągnięcia?

Tak. Byłem w Kenii kilka lat temu, rozmawiałem z tamtejszymi zawodnikami, gdy trochę się rozluźnili, bo lepiej nas poznali. Przyznawali wtedy, że każdy, kto osiąga w ich kraju wynik poniżej 2:08:00, bierze jakiś koks. Mówiono mi, że niektórzy z tych gości uciekali przed kontrolą antydopingową… oknami. A poźniej brali udział w akcjach typu „powiedz nie dla dopingu”.  I jak ja po czymś takim mam się jarać ich świetnymi wynikami? Nagle pojawia się jakiś facet, którego nikt wcześniej nie znał, i ociera się o rekord świata. No przecież wiadomo, że coś tu musi być nie tak. To jakaś kpina. 

Kiedyś rekordy świata miały większe znaczenie, smaczek. Gdy Haile Gebrselassie go pobił w 2008 roku, utrzymał się kilka lat, miał swoją wartość. Przecież Etiopczyk czy Paul Tergat to nie byli słabsi biegacze od obecnych, mieli też podobne warunki do rozwoju. A jednak wykręcali wyniki gorsze nie o 30 sekund, tylko o prawie trzy minuty od współczesnych zawodników. Tak olbrzymie postępy muszą budzić duże wątpliwości.

W ogóle wierzysz w to, że walkę z dopingiem można wygrać?

Nie, ale uważam, że cały ten proceder można przyhamować poprzez takie działania, jakie poczyniono wobec Rosji. Jeśli wyeliminujemy dany kraj z igrzysk albo mistrzostw świata, wtedy może pojawi się jakaś refleksja i ci ludzie zaczną myśleć o sporcie inaczej, podchodzić do niego odpowiednio. Oczywiście – to nie będzie łatwe. Bo sport to jest dziś biznes. Wielu chce na nim zarabiać potężne pieniądze. Tu nie ma miejsca na skrupuły. Najważniejsza jest reklama, sprzedaż produktu, dlatego niektórzy trzymają dopingowiczów w swoich stajniach.

W tym wszystkim żal mi młodych-zdolnych chłopaków, którzy nie mają możliwości pokazania się na świecie. Przyjadą na bieg, na którym pojawia się autobus Kenijczyków i już, pozamiatane.

To wszystko jest o tyle irytujące, że przecież Kenijczycy i tak mają nad nami od urodzenia przewagę. Jeśli ktoś od zawsze żyje np. na wysokości 3000 m n.p.m., to wiadomo, że jego organizm wspaniale się do niej przystosuje, co potem będzie miało przełożenie na wyniki. Ja wiem, że ktoś mi zaraz powie “to nie marudź i sam tam jedź”, ale prawda jest taka, że nawet jeśli to zrobię, moje ciało nie będzie tam funkcjonować tak znakomicie, jak kogoś, kto się w tym środowisku wychował. To duże ułatwienie. Zaręczam też, że gdyby nawet najlepszego zawodnika z Kenii przywieźć do Europy i kazać mu tutaj trenować bez przerwy przez 2-3 lata, jego wyniki drastycznie spadną.

Z dopingu korzysta też niestety coraz więcej amatorów, walczących o nowe życiówki.

Kiedy o tym słyszę, chce mi się śmiać. Sport amatorski powinien być zabawą, powinien dawać przyjemność. Oczywiście – musi w tym być nutka rywalizacji, ale znajmy umiar. Jeśli amator zaczyna się koksować, to straszne, ale jednocześnie pokazujące, jaka jest skala tego procederu na świecie.

Cieszy mnie natomiast, że coraz więcej ludzi w Polsce uprawia mój sport. Smuci, że ten wzrost popularności nie ma przełożenia na profesjonalne wyniki. Problemy z dopingiem, podniesienie się poziomu wyników, to, że trening maratoński jest po prostu trudny – myślę, że to wszystko odstrasza potencjalnych kandydatów na zawodowców.

Kilku nieźle rokujących chłopaków jednak mamy. Szymon Kulka czy Krystian Zalewski to są goście, którzy za jakiś czas mogą wejść w twoje buty?

Jeśli ktoś ma to zrobić, to właśnie oni. Obaj mają potencjał. Szymon to jak na maratończyka młody chłopak, 27-letni. Cała kariera przed nim.

Swój pierwszy maraton przebiegł szybciej niż ty – w 2:14:35.

Debiuty na tym dystansie są akurat mało ważne. Znam zawodników, którzy biegali je po 2:12-13, a później maraton im nie szedł, zatrzymywali się na tym poziomie. Natomiast oczywiście wynik Szymona można uznać za dobry prognostyk na przyszłość. Myślę, że ten chłopak będzie biegał na wysokim poziomie. Krystian też ma duży potencjał. Jest wybiegany, wytrenowany, ma doświadczenie z biegania 3000 metrów przez płotki. Zobaczymy, czy „przeniesie” to wszystko na dystans powyżej 42 km.

Widzisz się w przyszłości w roli szkoleniowca?

W sumie już nim jestem. Niedawno objąłem funkcję trenera w grupie wojskowej maratonu, więc mam pracować praktycznie ze wszystkimi najlepszymi polskimi zawodnikami z tego dystansu. Kulka, Zalewski, Błażej Brzeziński, Adam Nowicki, Tomek Grycko – z nimi wszystkimi będę miał kontakt. Każdy z nich ma charakter zadziory. Bez niego ciężko w maratonie osiągać odpowiednie wyniki.

Jako trener chcę powrotu do treningu grupowego. Cały świat tak pracuje, grupa jest siłą, ciągnie cię do przodu. Na wspólnych obozach będę rozpisywał zawodnikom treningi, po powrocie do swoich klubów będą oczywiście ćwiczyć według planów swoich szkoleniowców, z którymi wcześniej będę się konsultował.

Zamierzasz też, podobnie jak Marcin Chabowski, prowadzić amatorów, żeby po prostu na tym zarabiać?

Od dawna prowadzę siedmiu takich zawodników. Nie mam zamiaru powiększać tej grupy i robić z tego biznesu. Nie mam na to po prostu czasu.

Wróćmy jeszcze do twojej kariery. Przypomnij bieg, w którym pobiłeś rekord Polski.

W Ōtsu warunki atmosferyczne były dla mnie idealne. Biegłem w temperaturze 6-8 stopni, lekko padało, było bezwietrznie, no po prostu super. Start idealnie się układał, pacemakerzy prowadzili nas wspaniale, nie szarpali, tempo skakało co najwyżej o dwie sekundy w jedną lub drugą stronę. Dzięki temu zająłem drugie miejsce z czasem 2:07:39. Na mecie czułem niedowierzanie, pojawiła się myśl w stylu: „co ja, kurna, zrobiłem?!”. Meta była na stadionie, więc na początku zacząłem się zastanawiać, czy nie przebiegłem na nim o jednego kółka za mało. Ale oczywiście nie było takiej możliwości, Japończycy są bardzo precyzyjni, nie pozwoliliby sobie na taką wpadkę.

To wtedy uwierzyłeś, że możesz być maratończykiem światowej klasy?

Przełom nastąpił rok wcześniej, we Frankfurcie. Miałem tam czas 2:09:37, wtedy uznałem, że potrafię szybko biegać.

Dlaczego nie udało ci się przez tyle lat poprawić swojego rekordu Polski?

W maratonie trzeba mieć dużo szczęścia. Mi wielokrotnie go brakowało. Bywało, że czułem się przygotowany wyśmienicie, ale wtedy przeszkadzał mi mocny wiatr lub wysoka temperatura.

Jak reagowałeś na komentarze ludzi, że za często schodzisz z trasy?

Przede wszystkim sam denerwowałem się tymi sytuacjami, to nie jest tak, że to wszystko po mnie spływało. Ale pamiętajmy, że te decyzje nie wynikały z niczego. Jestem realistą, znam swój organizm, wiem, jakie straty bym poniósł, gdybym na przykład ukończył maraton, w którym od początku coś mi nie pasowało. Zawodowiec musi kalkulować. Wiesz, że jeśli masz zły dzień, a zejdziesz z trasy odpowiednio wcześnie, to dasz sobie równocześnie szanse na kolejny start w niedługim czasie. Jeśli bym dobiegał w takich sytuacjach do końca, zdewastowałbym organizm, potrzebował roztrenowania i kolejny maraton byłby do zrobienia dopiero za kilka miesięcy. Przykład: kiedyś zszedłem na trasie w Japonii na 15. kilometrze, ale dzięki temu miałem siłę, by niedługo później wystartować w Orlen Warsaw Marathonie. Z dobrym skutkiem, ponieważ zająłem tam drugie miejsce, za Arturem Kozłowskim.

Ja wiem, że niejeden amator w takiej sytuacji zarzuci profesjonaliście, że jest miękki. Ale to nieprawda. Jestem twardy, po prostu mam swoje cele, które muszę realizować. Biegam po to, żeby zrobić dobry wynik i godnie zarobić. To są dla mnie dwie podstawowe rzeczy. Jeśli na żadną z nich nie mam szans, nie widzę sensu niszczenia organizmu i schodzę z trasy. U amatora wygląda to zwykle inaczej. Biegnie po to, żeby zaliczyć dystans lub pokonać swoje ograniczenia.

Na pewno nie dorobiłeś się na bieganiu tak bardzo, żebyś po karierze mógł nic nie robić.

Zdecydowanie nie, myślę, że zarabiam na poziomie polskiego piłkarza, ale nie z ekstraklasy, tylko z pierwszej ligi.

Tacy goście inkasują średnio po około 15 tys. złotych miesięcznie.

Myślę, że na starcie w bardzo dobrym maratonie zarabiam nieco mniej niż taki piłkarz przez rok, takie jest przełożenie. Wydaje mi się, że te pieniądze są niewspółmierne do wysiłku, jaki wkładam w trening.

Jaka jest twoja relacja z bieganiem? Jesteście „w związku” czy raczej status „to skomplikowane”?

Bieganie nigdy nie było moją miłością, podkreślam to od dawna. Jeśli stosujemy fejsbukowe porównania, to dałbym je w tej ramce z napisem „miejsce pracy”. Nie sądzę, żebym po zakończeniu kariery został gościem, który na przykład ściga się o wygraną w kategorii M-60. Gdy przejdę na emeryturę, muszę się trochę ruszać, żeby serce pracowało, ale nie zamierzam tego robić w super profesjonalny sposób. Nie będę też tęsknił za startami.

Dlaczego dziś rozmawiam z biegaczem, a nie z leśnikiem?

Sam się nad tym zastanawiam (śmiech). Widocznie życie pchnęło mnie w taką a nie inną stronę, ale nie żałuję tego.

Do biegania zainspirował cię wujek Jacek.

Owszem. Był bardzo dobrym amatorem, biegał maraton w 2:38 a dychę poniżej 31 minut. Gdyby nie kontuzje, które ostatecznie wyeliminowały go z treningów, to poprawiłby jeszcze te wyniki, jestem pewien. To u niego zobaczyłem pierwsze medale i puchary. Ich blask mnie olśnił. Powiedziałem mu wtedy, że też chcę takie mieć. Po tej deklaracji dał mi buty, wyciągnął na pierwsze treningi.

Mając 17 lat przerwałeś je i wziąłeś się za… biegi narciarskie.

Trafiłem wtedy do szkoleniowca, który stwierdził, że zimą będziemy zasuwać na nartach, a latem na ulicy. Z tego pierwszego nic nie wyszło. Od razu czułem, że to nie jest to. Brakowało mi techniki, nie umiałem jej „złapać”, denerwowało mnie to, że ciągle się przewracam. Co oczywiście nie oznacza, że po zakończeniu kariery nie poślizgam się rekreacyjnie po Polanie Jakuszyckiej.

Jak już pokłóciłem się o te narty z trenerem, to pół roku nic nie robiłem. Po tym czasie przyszedł do mnie, wspomniał, że w okolicy organizują biegi górskie i że warto byłoby w nich wziąć udział. Debiutowałem bodaj w Dukli, poszło mi wtedy bardzo dobrze, ta forma startów od razu mi podpasowała.

Potem ruszyłeś na ulicę.

Poszedłem na studia do Krosna, a bieganie praktycznie… pozwoliło mi się wtedy utrzymać. W dobrym miesiącu potrafiłem zarobić tysiąc złotych, jak na studenta, w tamtych czasach, to była kupa hajsu. Akademik nie był drogi, jedzenie dofinansowała uczelnia, więc za te pieniądze mogłem sobie pożyć jak król! (śmiech).

Byłeś wtedy postrachem okolicznych biegaczy, wygrywałeś każde lokalne zawody?

Aż tak dobrze to nie było. Nie miałem jeszcze odpowiedniej szybkości, bo nadal startowałem w górach. Często stawiali mi się zawodnicy z Ukrainy czy Białorusi. Żeby ich pokonać, musiałem się naprawdę porządnie napocić.

Pieniądze mogłeś wydawać chociażby na piwko. Nie ukrywasz, że lubisz ten trunek.

To prawda. Wielu współczesnych zawodników próbuje się w sieci wybielać albo ukrywać pewne rzeczy aż do bólu. Dla mnie to jest śmieszne, choć nie mam przeciwko temu, jeśli ktoś chce przekonać cały świat, że jest super pro, to OK – nic mi do tego. W każdym razie ja żyję normalnie, góral nie może być stuprocentowym abstynentem, bo jak to się u nas mówi, szybko zalęgłyby mu się w brzuchu robaki (śmiech). A tak serio to oczywiście wiem kiedy i na co mogę sobie pozwolić. Nie jest tak, że przybiegam z treningu i pierwsze co robię, to ładuję piwko. Nie ma też szans, żebym napił się na przykład 10 dni przed zawodami. Gdybym to zrobił, byłby to brak szacunku do pracy, którą wykonałem.

Kiedy zrozumiałeś, że będziesz maratończykiem?

Od zawsze tego chciałem, od pierwszego biegu ulicznego, w którym brałem udział. Uważałem, że to dystans dla prawdziwych twardzieli, dla ludzi z charakterem, którzy potrafią walczyć. Nie myślałem wtedy, że jestem takim człowiekiem, ale czułem, że mogę się nim stać. Chciałem przebyć tę drogę. Po pierwszym starcie utwierdziłem się w przekonaniu, że dobrze wybrałem. Choć już wtedy nie było łatwo – trasa w Dębnie jest kręta, ma sporo podbiegów i zbiegów, jak na debiut była dość ciężka. Miałem kryzysy, ale nie przejąłem się nimi specjalnie.

Na koniec spytam cię o twojego trenera, Leonida Szewcowa. Ponoć to niezły oryginał.

Ma piątkę dzieci, do tego jeszcze pracuje, żyje trochę we własnym świecie. Często zdarzało mu się… zapomnieć wysłać mi trening. Potem dostawałem maila o treści „Henryk, I’m sorry, I forgot”.

Czasem trafiał mnie szlag, kiedyś pojechał na Bieg Piastów z amatorami i… przepadł. Za dwa tygodnie miałem maraton, nie wiedziałem co robić, a Leonid był absolutnie poza zasięgiem. Odnalazłem więc plany treningowe z poprzedniego roku i zacząłem działać według nich, by jakoś się przygotować.

Po dwóch tygodniach Rosjanin zadzwonił z pytaniem, co u mnie słychać. Odpowiedziałem, że spoko, właśnie przebiegłem maraton. Zaniemówił, a potem przeprosił i powiedział, że to się więcej nie powtórzy.

Mimo tych wpadek bardzo go cenię jako człowieka i trenera, natomiast sam zamierzam być zdecydowanie bardziej odpowiedzialnym szkoleniowcem!

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. FB Henryka Szosta, Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez