Z ręki do ręki, czyli problemy sprinterskich sztafet

Z ręki do ręki, czyli problemy sprinterskich sztafet

Pałeczka w biegu sztafetowym jest jak krew. Dopóki krąży między dłońmi zawodników, dopóty drużyna żyje i liczy się w rywalizacji. Ale wystarczy jeden nieopatrzny ruch, żeby cały misterny plan legł w gruzach. Problemy z dostarczeniem krwi do pacjenta na mecie najczęściej zdarzają się sprinterom w sztafecie 4x100m.

Usain Bolt podczas bicia rekordu świata na 100 m (9,58 s w Berlinie 2009r.) osiągnął prędkość maksymalną na poziomie 44,4 km/h. Za mało, żeby uciec przed gepardem, ale wystarczająco dużo żeby nawiązać rywalizację z warszawskim metrem na odcinku Marymont – Słodowiec (prędkość komunikacyjna: 36km/h). Nic zatem dziwnego, że sprawne przekazanie pałeczki w pełnym biegu okazuje się czasami misją niemożliwą. Zwłaszcza, że strefa zmian liczy zaledwie 30 metrów, a szerokość toru niewiele ponad metr. Ciasno, szybko, a robota musi być wykonana z chirurgiczną wręcz precyzją.

W Wielkiej Brytanii bez zmian

Jeżeli w wynikach brytyjskiej sztafety (4x100m) z ostatnich sześciu Igrzysk Olimpijskich częściej niż uzyskany czas pojawia się adnotacja DNF lub DSQ, to cytując klasyka: wiedz, że coś się dzieje. Atlanta, Sydney, Pekin i Londyn to miejsca, w których reprezentanci Zjednoczonego Królestwa popełniali wszystkie możliwe sztafetowe błędy – od gubienia pałeczki po przekroczenie strefy zmian. Jeśli dodamy do tej okazałej listy niepowodzeń mistrzostwa świata w Edmonton (2001), Daegu (2011) i Pekinie (2015) oraz czempionat Europy w Helsinkach (2012) otrzymamy pełen obraz sztafetowej niemocy jaka od lat drenuje cierpliwość kibiców na Wyspach. Największą burzę wywołały zwłaszcza dwa biegi: w ramach londyńskich igrzysk (2012) oraz pekińskich mistrzostw globu (2015).

To był spokojny sierpniowy wieczór, słońce z wolna chowało się już za horyzontem, a kibice, którzy w komplecie wypełnili londyński Stadion Olimpijski czekali na rozpoczęcie pierwszego z dwóch biegów eliminacyjnych 4×100 m. Reprezentanci gospodarzy mieli wystąpić w pierwszym wyścigu. Cel był oczywisty i jak najbardziej realny – dobiec na jednym z trzech czołowych miejsc, żeby zapewnić sobie udział w olimpijskim finale następnego dnia.

Zaczął Christian Malcolm pokonując wiraż koncertowo. Na przeciwległej prostej wykonał swoją pracę bez zarzutu doświadczony Dwain Chambers. Z kolei Daniel Talbot na wirażu również wyglądał doskonale i zapewne wcale nie przeczuwał nadchodzącej katastrofy. Kiedy jednak Talbot zbliżył się do mającego zakończyć sztafetę Adama Gemili odezwały się brytyjskie upiory. Gemili jak przystało na świeżo upieczonego mistrza świata juniorów wystartował szybko. Na tyle szybko, że kolega z drużyny nie był w stanie go dogonić i do przekazania pałeczki doszło już poza strefą zmian. Gemili dobiegł co prawda do mety na drugiej pozycji, ale zaraz po przekroczeniu linii złapał się wymownie za głowę. Telewizyjne powtórki rozwiały wszelkie wątpliwości. Dyskwalifikacja. Młody bo zaledwie 18 – letni sprinter, mógł jednak liczyć na wsparcie kolegów.

Adam miał fantastyczny początek sezonu. To jego pierwszy lub drugi sezon w lekkoatletyce i od razu został wytypowany do tak trudnego zadania…Jestem z niego dumny bardziej niż z kogokolwiek.

– w takich słowach 34 – letni Dwain Chambers podtrzymywał na duchu Gemili’ego.

Kibice jednak nie podzielali podobnego entuzjazmu: ostatnia zmiana była tak zła, tak żenująca – napisał jeden z internautów.

O ile w przypadku IO 2012 sprinterzy z kraju nad Tamizą odpadli już w eliminacjach, o tyle w Pekinie podczas mistrzostw Świata 2015 przeznaczenie dopadło ich dopiero w wyścigu finałowym. Popołudniowe eliminacje poszły gładko. Anglicy musieli uznać wyższość jedynie Stanów Zjednoczonych i z pewnego drugiego miejsca awansowali do nocnego finału. W międzyczasie doszło jednak to pewnych przetasowań w składzie. Harry’ego Aikines-Aryeetey w biegu o medale zastąpił Chijindu Ujah. Zmiana wyglądała na logiczną, ponieważ to Ujah mógł pochwalić się w tamtym czasie lepszą życiówką na 100 metrów (9,96 s. przy 10,08 Aikines’a).

W finałowym biegu klasą samą dla siebie była reprezentacja Jamajki z Usainem Boltem i Asafą Powellem na czele. Drużyna Wielkiej Brytanii radziła sobie też całkiem dobrze i w momencie przekazywania pałeczki do kończącego sztafetę Ujah’a znajdowała się w okolicach trzeciego miejsca. Medal wisiał w powietrzu. Tylko że przesyłka nie dotarła do adresata, a zaraz po biegu zaczęły się wzajemne oskarżenia. Za główny cel ataku wzięto Ujah’a.

Z biegaczami, których mieliśmy dziś rano w biegu eliminacyjnym, mogliśmy łatwo zdobyć medal.

– mówił biegnący na pierwszej zmianie Kilty.

Myślę, że nawet gdybyśmy mieli Dinę Asher-Smith na ostatniej zmianie, udałoby się przekazać pałeczkę i zdobyć brąz… Gdyby Harry był z nami, wykonalibyśmy tę robotę.

– skwitował zupełnie bez ogródek.

 

Polski akcent

To nie jest tak, że tylko Brytyjczycy mają patent na problemy w biegach rozstawnych. Zgubiona pałeczka i przekroczona strefa zmian to przewinienia, które nie są też obce innym nacjom. Nie tak dawno dużo gromów i pretensji spadło na Joannę Linkiewicz (MŚ 2015), a jeszcze wcześniej na Łukasza Krawczuka (HMŚ 2012). Obydwoje mieli problemy z utrzymaniem pałeczki w dłoniach podczas przekazania zmiany. Jednak najgłośniejszą historię ze zgubioną pałeczką w tle napisała sama królowa polskiej lekkoatletyki świętej pamięci Irena Szewińska.

Na igrzyskach olimpijskich w Tokio (1964) polska sztafeta 4×100 m prowadzona przez duet KK (Kirszenstein-Kłobukowka) zdobyła złoty medal poprawiając jednocześnie rekord świata (43,69). Cztery lata później w Meksyku, mimo że już bez Ewy Kłobukowskiej w składzie, Polki nadal stawiane były w gronie mocnych kandydatek do medalu olimpijskiego. I rzeczywiście w biegu półfinałowym sztafetowa pałeczka wędrowała między zawodniczkami jak po sznurku. Nasze panie biegły po pewny awans.

Straszyńska do Sarny, Sarna do Jóźwik, Jóźwik do Szewińskiej. I… klops. Pałeczka ląduje na ziemi. Pani Irena szybko podnosi co prawda zgubę i kontynuuje bieg, ale dla naszych reprezentantek to był koniec igrzysk. Po powrocie do kraju Szewińska – mimo że była już uznaną sportsmenką – stała się obiektem wyjątkowo niewybrednych ataków o podtekście antysemickim. Największy atak na mistrzynię przypuściły jednak koleżanki ze sztafety, które mówią wprost o swoich zarzutach w stosunku do liderki w archiwalnym reportażu Eugeniusza Pacha.

 

Przypuszczam że Irena czuje się tak pewnie w sztafecie że nie potrafi się na tyle skoncentrować, żeby ta zmiana zagrała. Irena nie raz dawała nam do zrozumienia, że ona nie ma czasu na sztafetę, że ona musi trenować swoje konkurencje indywidualne.

– zaczyna prosto z mostu Danuta Straszyńska.

 

Liczyłyśmy na Irenę, pracowałyśmy na nią. Biegłyśmy dla niej. Na każdym kroku informowano mnie że jadę dla towarzystwa Irenie, że na mnie nikt nie liczy.

– dodaje ewidentnie rozżalona Mirosława Sarna.

 

Prawdziwej oliwy do ognia dolewa jednak Urszula Jóźwik:

Tej zmiany długo nie zapomnę. Nastawiłam się bojowo na ten bieg, to był bieg mojego życia. Dobiegając do Ireny byłam pewna że oddam jej pałeczkę jako druga ze sztafet i ona wyprowadzi nas na pierwsze miejsce. Irena uciekła mi za wcześnie, jeszcze przed znakiem kontrolnym. Ale jednak ją doszłam, oddałam pałeczkę i po 10 metrach nagle pałeczka wypadła jej z ręki.

Irena Szewińska natomiast w takich słowach opisuje tamto wydarzenie:

wszystkie koleżanki pobiegły bardzo dobrze, byłyśmy na bardzo dobrej pozycji. Ula podała mi pałeczkę dopiero w ostatnim momencie, tuż przed końcem strefy zmian. Ruszyłam dosyć ostro bo zazwyczaj ruszałam za wolno. Ula dogoniła mnie na samym końcu, ja złapałam tę pałeczkę końcem dłoni, za sam koniec, chwyciłam ją lekko. Cofając rękę uderzyłam o biodro i właśnie w tym momencie pałeczka wypadła mi z ręki. Czułam się winna w stosunku do koleżanek, one chciały żeby sztafeta wygrała i ja sama pragnęłam tego wcale nie mniej niż one. Dużo bardziej przeżywałam tragedię sztafety niż moje wcześniejsze niepowodzenie w skoku w dal. Pogrzebałam szansę całej drużyny.

 

Zgubienie pałeczki w biegu sztafetowym jest lekkoatletycznym przewinieniem, którego ciężar można porównać do niewykorzystania rzutu karnego w piłce nożnej. Jednym piłkarzom taki błąd wybaczany jest szybko, innym podobną pomyłkę wypomina się latami. Gareth Southgate marnując rzut karny w półfinałowym meczu Euro 1996 przeciwko reprezentacji Niemiec zapewnił sobie pewnego rodzaju nieśmiertelność. Nie o takiej pamięci kibiców marzył jednak ten były piłkarz, a aktualny selekcjoner reprezentacji Anglii. Mimo że minęło już ponad 20 lat, wciąż nie brakuje fanów Synów Albionu, którzy wypominają Southgate’owi tamtą sytuację. Z zupełnie innym odbiorem społecznym spotkał się natomiast Jakub Błaszczykowski po niewykorzystaniu rzutu karnego w ćwierćfinale Euro 2016. O błędzie Polaka kibice zapomnieli już następnego dnia.

 

 

Źródła:

London 2012: Great Britain men disqualified in Olympic 4x100m relay

Britain 4x100m men turn on each other after relay shambles

Porażka Idola, reportaż Eugeniusza Pacha


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez