Z Mogadiszu do Tokio. O drodze Mo Faraha do chwały i jej ostatnim przystanku

Z Mogadiszu do Tokio. O drodze Mo Faraha do chwały i jej ostatnim przystanku

Jest jednym z najlepszych lekkoatletów w historii. Na koncie ma cztery olimpijskie złota, a niedawno ogłosił, że chce zawalczyć też o piąte. Zanim jednak do tego wszystkiego doszedł, musiał wyrwać się z rodzinnego kraju, przekonać się, że bieganie może być sposobem na życie i skończyć z imprezami. Jak Mo Farah stał się legendą biegów długodystansowych?

Na Wyspy

Urodził się w Somalii. Konkretniej – w Mogadiszu, stolicy kraju. Pomieszkał tam kilka lat, a potem – wraz z rodzeństwem i matką (która jednak trafiła tam później) – przeniósł się do sąsiadującego z Somalią Dżibuti. Tam mieszkała jego babcia. Ojciec w tym samym czasie wrócił do Anglii, bo to z niej pochodził. Kuszące wydaje się tu wynajdywanie wątków o tym, jak to mały Mo zmagał się z biedą i biegał po 20 kilometrów do najbliższej szkoły czy studni z wodą. Sęk w tym, że tak nie było.

Zdarzali się ludzie, którzy żyli w biedzie, ale my mieszkaliśmy w normalnym, kamiennym domu. Mój dziadek pracował w banku i mieliśmy komfortowe życie. Może nie było łatwe, ale też nietrudne. Pamiętam, jak mój tata przylatywał z Anglii, żeby nas odwiedzić. Zawsze mi coś przywoził, zwykle piłki do gry w futbol. Raz przywiózł mi buty ze świecącymi światłami. To było fantastyczne. Kochałem je – wspominał Mo.

Wkrótce jednak zmarł wspomniany dziadek przyszłego mistrza. Babcia wyjechała wtedy z Dżibuti i przeprowadziła się do Holandii. Pierwotnie tam też miał trafić mały Mo. Ostatecznie jednak posłano go do Wielkiej Brytanii, do ojca. I tu pojawia się kolejny mit. Często powtarza się bowiem historię o tym, jak to rodziców Faraha stać było tylko na to, by wysłać kilkoro ze swoich dzieci na Wyspy, przez co w Dżibuti został jego bliźniak, Hassan. Ale tak nie było. Bilety wykupione miały wszystkie dzieci. Sęk w tym, że tuż przed lotem Hassan się rozchorował i nie mógł wylecieć do Anglii. Zamiast tego został z dalszą rodziną w Dżibuti. Ojciec Mo wrócił potem do tego kraju, by znaleźć syna, ale rodzina od tego czasu się przeprowadziła. Przez dwa tygodnie pobytu w Afryce nie udało mu się jej namierzyć. Mo zobaczył więc brata dopiero 12 lat później.

Czy wracam do Somalii? Niezbyt często, ale zdarza mi się. Całkiem niedawno pojechałem tam na sześć dni i nie mogłem uwierzyć, że żyłem w tym kraju. Oprócz tego spędziłem osiem dni w Dżibuti. Ludzie tu są sobie bardzo bliscy. Albo są z tobą spokrewnieni, albo sądzą, że są. Każdy nazywa cię kuzynem. (śmiech) W Somalii wyszedłem za to na trening i jakiś gość, zwykły, normalny typ, biegł razem ze mną, wytrzymując tempo – mówił Farah kilka lat temu.

Problemów w nowej ojczyźnie Mo miał kilka. Najpoważniejszym był… kompletny brak znajomości angielskiego. Jak sam wspominał, gdy pierwszy raz postawił nogę na brytyjskiej ziemi, znał tylko dwa wyrażenia: „excuse me” i „where’s the toilet?”. Przydatne, to fakt, ale dogadać się nie dało. Do tego już na samym początku spotkał się z kilkoma rasistowskimi incydentami. Nie było łatwo. Ale też Mo wiele sobie z tego nie robił, od dziecka był bowiem charakterny. Jeśli ktoś go zaczepiał, nie odpuszczał. Nawet gdy w ruch szły pięści. Zresztą zostało mu to na dłużej – w 2009 roku, gdy trenował w parku, pobił się z gościem, który zachowywał się wobec niego agresywnie.

Mo był pełny życia, energii. Problemem była znajomość języka, nie mógł przez nią chodzić na lekcje. Znajdował jednak sposoby, żeby przykuć uwagę, głównie takie, które nie było zbyt popularne wśród nauczycieli. Inne dzieci uczyły go słów, których nie powinien znać, a tym bardziej używać na lekcjach. Nigdy się też nie wycofywał, potrafił rywalizować. Już w ciągu pierwszego roku wziął udział w kilku bójkach. Przetestował cierpliwość wielu nauczycieli – wspominał Alan Watkinson, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole Faraha.

Z czasem jednak udało się znaleźć sposób na wyładowanie energii Mo – sport.

Talent

Jako pierwszy dostrzegł go w Mo wspomniany Watkinson. To zresztą w życiu Faraha człowiek na tyle ważny, że był świadkiem na jego ślubie. Ale na razie mówimy o czasach, gdy przyszły mistrz miał kilka lat. I był znakomity niemal w każdej dyscyplinie. Świetnie grał w piłkę nożną, zresztą jego marzeniem było zostać piłkarzem Arsenalu, któremu kibicuje do dziś i czasem przebąkuje, że chętnie znalazłby w nim kiedyś zatrudnienie.

Pamiętam lekcję rzutu oszczepem, pierwszą, którą Mo ze mną odbył. To sport, który musimy ściśle nadzorować z oczywistych powodów. Jego znalazłem jednak wiszącego na poprzeczce bramki. Pomyślałem sobie: „a co my tu mamy?”. Nie słuchał moich tłumaczeń. A potem rzucił świetnie. Od zawsze było oczywiste, że ma talent. Kiedy grali w piłkę, był zawsze tam, gdzie akurat powinien. Miał niesamowitą wytrzymałość. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem go w biegu przełajowym. Nie wygrał, bo nie znał drogi. Robił kółka, czekając na to, gdzie pobiegną rywale. Ale biegał zupełnie bez wysiłku – wspominał Watkinson.

To on zresztą przekonał Mo, by ten na poważnie spróbował swoich sił w bieganiu. Farah startował w kolejnych biegach, ale za każdym razem przybiegał drugi lub trzeci. Wygrać nie mógł, bo średnio go to interesowało i nie skupiał się na poznaniu trasy, więc w dalszym ciągu śledził innych biegaczy. Raz – gdy na trasie było naprawdę ślisko – Mo przewrócił się kilka razy, bo nie miał butów z kolcami. I tak przybiegł czwarty. W końcu zaczął jednak wygrywać.

Po pierwszym zwycięstwie Farah wkręcił się w świat biegów. Lepiej było też z jego językiem, dogadywał się już z innymi ludźmi. Powoli stawał się lokalną gwiazdą. W 1997 roku został szkolnym mistrzem Anglii w przełajowych biegach. Zmotywował go Watkinson, który za zwycięstwo obiecał kupić mu koszulkę Arsenalu. Kolejne sukcesy były kwestią czasu. Nie znaczy to jednak, że doszedł do nich łatwo. Wręcz przeciwnie – problemów miał wiele. Pierwszym, jednym z poważniejszych, był jego status. Nie był „w pełni” Brytyjczykiem. Na wyjazdy zagraniczne potrzebował wiz. Zdarzało się, że z powodów prawnych omijał niektóre zawody.

Talent Mo był jednak jego atutem. Zauważyli go inni. Za darmo swoją pomoc zaoferował Eddie Kulukundis i to on uporządkował status prawny Mo, pomagając mu w naturalizacji i zostaniu Brytyjczykiem. Conrad Milton z kolei służył mu radą w organizacji i uporządkowaniu finansów oraz wskazówkami na bieżni. A skoro już o niej to warto wspomnieć, że pomocną dłoń wyciągnęła też Paula Radcliffe, była mistrzyni długodystansowa, jedna z najlepszych brytyjskich lekkoatletek w historii, która zafundowała Mo lekcje prawa jazdy i służyła radami.

Paula była jedną z moich największych inspiracji. Często służyła mi fantastycznymi radami i zachęcała do pracy na całej mej drodze. Wiele jej zawdzięczam. Jest świetną osobą. Wspierała mnie kiedyś i wciąż wysyła do mnie SMS-y, nawet dziś. Zresztą pomagała nie tylko mi, a większej grupie lekkoatletów – wspominał Mo.

Ale Farah wciąż miał problemy. Choćby finansowe. Pracował w fast foodach, w pewnym momencie myślał też o tym, żeby iść do armii. Bieganie nie przynosiło mu bowiem kasy. W ostatniej chwili do akcji wkroczył fundusz związany z Maratonem Londyńskim. To on opłacił Mo czteroletnią edukację w St. Mary’s College. Wszystko zmierzało w dobrą stronę. No, prawie. Bo szwankowało podejście samego zainteresowanego.

Farah był bowiem typowym nastolatkiem. Imprezował, pił piwo, grał w gry wideo do późnej nocy. Najbardziej znaną anegdotą z tamtych lat jest ta, jak skoczył do Tamizy z mostu Kingston Bridge. Nago. Gdy wychodził na brzeg, jego kumple krzyknęli, że zbliża się policja. Farah zaczął więc uciekać. Znaleźli go u kogoś w ogródku, nagiego i trzęsącego się z zimna. Policji, oczywiście, nie było ani przez chwilę. Oddając Mo sprawiedliwość trzeba napisać, że wciąż trenował więcej niż się bawił. Ale w takim układzie i tak nie mógł dojść na szczyt.

Wszystko zmieniło się, gdy jego agent, Ricky Simms, zaproponował mu wprowadzenie się do domu, gdzie zamieszkiwali kenijscy biegacze. Początkowo Mo nie mógł przyzwyczaić się do trybu życia nowych kolegów – chodzenia spać o 22, wstawania o 6 i ich reżimu treningowego. Z czasem jednak do tego przywykł i, mało tego, spodobało mu się to. – Zamieszkanie tam to jedna z najlepszych decyzji, jaką podjąłem w życiu, tuż po tej, by w ogóle zająć się bieganiem. Oni trenowali rano, wracali do domu, spali chwilę, jedli, potem znowu trenowali. A do tego jedli zdrowe, pełnowartościowe jedzenie. Uświadomiłem sobie, że jeśli mam mieć z nimi szansę, muszę żyć dokładnie tak jak oni, poświęcając się temu kompletnie.  

Mo wspomina też, że przede wszystkim w jego głowie zmieniła się jedna rzecz – nie chciał już po prostu biec i zajmować dobrych miejsc. Chciał być najlepszy.

Na trzech kontynentach

Oczywiście, Mo Farah to znacznie więcej niż tylko sukcesy na igrzyskach. Nie można o tym zapominać. Ale to na nich święcił największe triumfy i… przeżył największe rozczarowanie w swoim życiu. Dlatego tytuły mistrzostw świata, choć ważne i choć jest ich dużo, można zignorować, by opowiedzieć właśnie o tym, co działo się w tych trzech miastach, rozsianych po niemal całym świecie.

Do Pekinu Mo leciał jako młody, ale uzdolniony biegacz. Przed igrzyskami mówił, że to dla niego wielki sprawdzian i chce wypaść jak najlepiej. Żałował jedynie, że wystartować na igrzyskach nie mogą dwaj inni znakomici biegacze z Somalii, z którymi trenował w Wielkiej Brytanii. Uniemożliwiło im wyjazd do Chin dokładnie to, co przeszkadzało też jemu kilka lat wcześniej – status prawny. Tu Mo był już wolny, nie miał z tym problemów. Ale na bieżni było inaczej.

Farah zawiódł. Siebie. Nie udało mu się wejść do finału biegu na 5000 metrów. Do dziś wspomina, że nigdy nie czuł się tak zły i rozczarowany. Naprawdę wierzył, że w Pekinie stać go nawet na zdobycie medalu. A skończyło się wielką klapą. Wyciągnął z niej jednak wiele cennych lekcji. – Organizm jest jak puzzle, wszystko trzeba odpowiednio ułożyć. Widzę, co poszło źle. Mój trening opierał się na ilości, nie jakości. To najważniejsza lekcja, jakiej się tam nauczyłem – trzeba słuchać swojego ciała. Nauczenie się tego zajmuje sporo czasu. W Pekinie jeszcze tego nie potrafiłem. Cztery tygodnie przed igrzyskami moje ciało dawało mi sygnały, żeby zwolnić, ale go nie słuchałem – mówił.

Na bieżni w Pekinie czuł się ociężały, z trudem stawiał kolejne kroki. Początkowo biegł nieźle, ale gdy trzeba było przyśpieszyć, okazało się, że nie ma nic w baku. Po prostu. Lekcja jednak zaprocentowała. Do kolejnych imprez przygotowywał się lepiej. I jego rozwój zaskoczył wszystkich. W 2009 został mistrzem Europy w hali na 3000 metrów. Na mistrzostwach świata jeszcze się wówczas nie udało. Ale rok później znów był mistrzem Europy – tym razem na stadionie. Potem zgarnął dublet na światowym czempionacie. I wreszcie przyszły igrzyska w Londynie, niemalże tuż obok domu Mo. Wszyscy w kraju liczyli, że wygra. Tym bardziej, że biegał z niesamowitym luzem i bez problemu pokonywał rywali.

– Można by pomyśleć, że start w finałach wiąże się u mnie ze stresem, ale czuję się w nich bardzo pewnie, bo wiem, że jestem dobrze przygotowany. Odkryłem, że to, co dzieje się na bieżni, nie jest efektem postawy w konkretnym dniu, ale wszystkiego, co się zrobiło przed nim. Na ostatnim kilometrze myślę o tym, że przez rok codziennie budziłem się, pytając siebie, co jeszcze mogę zrobić, czy jestem wystarczająco szybki i przygotowany psychicznie oraz czy jest jeszcze coś, o czym muszę pamiętać? Wiem, że odpowiedziałem sobie na te pytania w dobry sposób – mówił.

I w Londynie to potwierdził. Zgarnął dublet, wygrał na 5000 i 10000 metrów. Potem podkreślał, że niosła go publika, żywiołowo reagująca na jego bieganie. – Atmosfera była niesamowita. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem i pewnie nigdy już nie przeżyję. Biec przed 85000 ludzi, skandujących twoje imię… To nieprawdopodobne uczucie. Dobrze pamiętam bieg, pamiętam jak rywale próbowali mnie wyminąć. Musiałem sięgnąć głęboko po rezerwy, ale kibice mi pomogli, dali te dodatkowe siły – opowiadał po pierwszym złocie, zdobytym na dłuższym z dystansów. Potem dorzucił jeszcze to z krótszego i stał się narodowym bohaterem oraz, zdaniem Alberto Salazara, jego trenera, najlepszym biegaczem w historii.

Jasne, wtedy była to opinia przesadzona, choć jednym z najlepszych Farah na pewno wówczas został. A przy okazji jednym z najbardziej rozpoznawalnych, również za sprawą „Mobota”, cieszynki, którą zaprezentował, a która stała się jego znakiem rozpoznawczym. Potem też przekleństwem, bo ludzie na ulicach prosili go o to, by robił ją do zdjęć. A powstała… zupełnie przypadkowo. Farah obiecał dwójce znajomych, że jeśli wygra, to złoży ręce do „M” z „YMCA”. Tak też zrobił i przylgnęło to do niego, jak wycelowane w jakiś odległy punkt ręce do Usaina Bolta. Tyle tylko, że ten drugi chciał, by tak się stało.

Zostało Rio. Jego trzecie igrzyska, drugie, na które jechał jako wielki faworyt. Wiek robił jednak swoje, w Brazylii miał już 33 lata. Sam zresztą wiele razy podkreślał, że nie będzie łatwo. – Czuję zmęczenie. Przez ostatnie cztery czy pięć lat biegałem po 120 mil tygodniowo. Każdego tygodnia. Bez przerw. Te igrzyska będą wyzwaniem, ale wierzę, że mogę obronić swoje złota – mówił. Dodawał też, że czuje się dobrze przygotowany, choć wie, że będzie musiał zmierzyć się ze znakomitymi rywalami, w większości młodszymi od niego o dobrych kilka lat.

Do tego bieg na 10000 metrów rozpoczął dramatycznie. Pomiędzy czwartym a piątym kilometrem zahaczył o pachołek i wywrócił się na tartan. Publika zamarła, ale Farah zdołał się pozbierać. Kilometr zajęło mu nadrobienie strat. Na kolejnych magazynował siły. Po co? Po to, by na dosłownie ostatnich metrach wyprzedzić Paula Tanuiego i zdobyć złoto. – To szaleństwo. Jestem dumny z tego, że stworzyłem historię. Teraz muszę wypocząć przed drugim biegiem. Rywale byli dziś świetni, naprawdę na mnie naciskali. A ja wolę wygrywać medale, niekoniecznie biegając szybko – mówił mediom.

Siły udało mu się zregenerować. Na 5000 metrów też był najlepszy. Tym razem obyło się bez wywrotek i innych tego typu niespodzianek. Jako drugi w historii – po Lasse Virenie z Finlandii – zgarnął dwa dublety na tych dystansach. – O mój Boże, nie mogę w to uwierzyć. To marzenie każdego lekkoatlety. Kiedy Bekele wygrywał medale, mówiłem, że sam chcę po prostu jeden, a mam cztery. Zawsze chciałem osiągnąć to dla moich dzieci, bo przez tyle czasu ich nie widzę, więc chcę pokazać im, dlaczego wciąż jestem poza domem. Kiedy wyszedłem na prowadzenie, nie miałem zamiaru nikogo wpuścić przede mnie. Nienawidzę przegrywać – opowiadał ze łzami w oczach.

Przegrał na mistrzostwach świata w Londynie, rok później. Ale tylko jeden bieg. Zdobył srebro i złoto, a przy okazji pożegnał się z bieżnią. Wydłużył bowiem dystans.

Nieudany romans i powrót do pierwszej miłości

Mo Farah postanowił przerzucić się na maraton. To zupełnie naturalna droga, tak to już bywa u biegaczy. Jeśli z wiekiem nieco gubi się przyśpieszenie, to pozostaje wytrzymałość. A ta sprawdza się w maratonach lepiej niż na krótszych dystansach, gdzie często trzeba finiszować ramię w ramię z rywalami. – Przejście na maraton to faktycznie był naturalny ruch, tu się zgadzam. Wraz ze starzeniem się, zawodnicy się „przedłużają”. Wiele przypadków jest w maratonie zawodników czy zawodniczek, które biegają nawet powyżej czterdziestki. To jest logiczne i uzasadnione. Mo Farah nie był pierwszym zawodnikiem, który tak postąpił – mówi Sebastian Chmara, były wieloboista, dziś komentator telewizyjny i wiceprezes PZLA.

I zaczął naprawdę dobrze. Wygrał maraton w Chicago, ustanawiając przy okazji rekord Europy (2:05.11). Jego czas był rewelacyjny, bo sam mówił, że chciałby zbliżyć się do granicy 2:06. Tyle tylko, że w planach miał stałe postępy… a tu już nie wszystko wypaliło. W swoich kolejnych startach już nie wygrywał i biegał wolniej. Mimo tego, że – jak sam twierdził – „wszystko na treningach wyglądało dobrze i szło w odpowiednim kierunku”.

Swoimi wynikami był rozczarowany. To zrozumiałe, bo żyjemy przecież w czasach, w których Eliud Kipchoge łamie w Wiedniu barierę dwóch godzin, a – na najszybszych maratonach – biega się w granicach 2:01. Żeby rywalizować z najlepszymi, Mo musiał zbliżyć się do tego wyniku. Tyle że nie był w stanie. I medal olimpijski, w który celował (nie wspominając już o złocie) zaczął się znacznie oddalać. Wyniki z tego roku – gorsze niż w poprzednim – tylko to potwierdzały.

Farah postanowił się więc wycofać. Dosłownie. Niedawno ogłosił, że wraca na dystans, na którym święcił największe sukcesy – 10000 metrów. Zresztą już wcześniej mówiło się o tym, że mógłby nawet pojawić się na MŚ w Dausze, ale z tego pomysłu zrezygnował, bo chciał wystartować w maratonie w Chicago. Gdy tam wypadł słabo, stwierdził, że nie ma się co męczyć z tym dystansem. Po prostu. – Mam nadzieję, że nie straciłem swojej szybkości. Ciężko trenuję, zobaczymy, co będę w stanie osiągnąć. Tęskniłem za bieżnią – mówił Mo.

Pytanie brzmi jednak: czy Farah jest w stanie zdobyć złoto w Tokio? Jeśli by się tak stało, zostałby najstarszym zawodnikiem, któremu kiedykolwiek się to udało w tej konkretnej konkurencji. Do tego po dwuletnim okresie absencji na bieżni. Brzmi jak cel niemożliwy do zrealizowania, ale z drugiej strony Farah jest przecież gościem, który nic nie musi. Porywać się na niemożliwe, byłoby z jego strony głupotą. Jest legendą, nie ma po co rozmieniać jej na drobne. A to sugeruje, że faktycznie musi wierzyć w możliwość obrony złota. Czy jednak będzie w stanie to zrobić?

– Na pewno jest paru mocnych zawodników w tej stawce. Przez te dwa lata pojawili się nowi biegacze. Czy Farah będzie w stanie z nimi rywalizować? Myślę, że skoro podjął taką decyzję, to coś za nią stało. Pewnie podczas treningów zaobserwował, że nie ma wielkich zmian. Tacy zawodnicy mają pełen monitoring tego, co robili. I w każdym momencie są w stanie porównać to, co robili wcześniej z tym, co robią teraz. Mogą zobaczyć, jak wygląda ich organizm. Wiadomo, weryfikacją jest bieżnia. Czy na niej nawiąże walkę? To zawsze będzie groźny zawodnik. Farah przede wszystkim ma fenomenalną końcówkę. Pytanie czy ten maraton nieco tego nie zaburzył, bo to jednak dwa lata startów. Ma jednak trochę czasu i powinien być w stanie wrócić na dobry poziom na 10000 metrów. Uważam, że będzie w stanie powalczyć o medal – mówi Chmara.

Warto więc zwrócić uwagę na Mo Faraha w Tokio. Choć niektórzy będą to robić niekoniecznie ze względu na same wyniki.

Problem z trenerem

W całej tej karierze Faraha – niezależnie od tego, co stanie się w Tokio – znajdziemy kilka rys. Najważniejsza dotyczy jego byłego szkoleniowca, który opiekował się nim w latach 2011-2017. Mowa o Alberto Salazarze, skazanym niedawno na cztery lata dyskwalifikacji za zachęcanie swoich podopiecznych do stosowania dopingu. Innymi słowy: teoretycznie nie przyłapano go na gorącym uczynku, ale smród afery dopingowej, który go otaczał, był już na tyle mocny, że władze nie mogły go dłużej ignorować.

Współpracę z Salazarem polecił Farahowi Dave Bedford, inny znakomity brytyjski biegacz, były rekordzista świata na 10000 metrów. Mo stwierdził, że to dobry pomysł i przeniósł się do Beaverton koło Portland w USA, gdzie Salazar trenował grupę 18 biegaczy i biegaczek, z których spora część stała się międzynarodowymi gwiazdami. Ale to Farah błyszczał z nich najjaśniej. Gdy przyjeżdżał do Stanów był już bardzo dobrym biegaczem. Jednak to z Salazarem u boku stał się mistrzem kochanym przez tłumy. Choć akurat za oceanem cieszył się anonimowością. Co zresztą było dla niego ważne.

Długo rozmyślałem o wyjeździe. Chciałem w ten sposób zdjąć z siebie nieco presji. W Wielkiej Brytanii muszę się wysilić, żeby wyjść do sklepu i nie rozdawać żadnych autografów czy nie napotkać dziennikarzy. Tu mogę wyjść nago i nikt nie zwróci na mnie uwagi. […] Wyjazd pomógł mi stać się też lepszym biegaczem. Wcześniej dobiegałem na szóstym czy siódmym miejscu w najważniejszych imprezach, pół sekundy od medalu i myślałem: „Co robi różnicę?”. Wylot do USA i treningi z Alberto dodały te kilka potrzebnych procent. Mógłbym zostać w Wielkiej Brytanii i mieszkać w przytulnym domu razem z rodziną, nigdy nie dowiadując się, co mógłbym osiągnąć. Ale chciałem podjąć ryzyko. Niesamowite było, że to się udało – mówił Farah.

Salazar kazał mu przybrać masy mięśniowej. Zmienił też technikę biegu, poprawił pracę rąk. Pracowali też nad szybkością, Mo zaczął trenować na krótszych dystansach, żeby wypracować tę cechę. Zrobił to na tyle dobrze, że od niechcenia machnął sobie rekord Europy na 1500 metrów. Do tego zaczął współpracować z psychologami, odbywał też treningi w specjalnej maszynie, gdzie większość jego ciała była zanurzona w wodzie (co zmniejszało ryzyko kontuzji), pojawiły się sesje w komorach kriogenicznych… Wszystkie te zmiany sprawiły, że Mo w krótkim czasie od rozpoczęcia współpracy został najlepszym biegaczem świata. Wielokrotnie też podkreślał, że współpracuje z jednym z najlepszych trenerów.

Wkrótce pojawiły się jednak oskarżenia o doping, zresztą rzucane przez samych biegaczy, którzy współpracowali z Salazarem. O nakłanianie do stosowania zabronionych środków oskarżyła go między innymi Kara Goucher. USADA – amerykańska agencja antydopingowa – nie miała więc wyboru, musiała rozpocząć dochodzenie. Wszyscy przypomnieli sobie wtedy też, że Mo zdarzyło się mieć wpadki z uniknięciem kontroli (dwukrotnym, tłumaczył, że po prostu nie słyszał dzwonka do drzwi) czy prowadzono śledztwo w sprawie nieścisłości w jego paszporcie biologicznym (oczyszczono go z wszelkich podejrzeń).

Tyle wystarczyło, by dziennikarze zaczęli pytać Mo o doping. A ten stale odpowiadał im w ten sam sposób: „nigdy nie brałem”. Po prostu. Czasem zdenerwowany, czasem ze łzami w oczach, czasem zmęczony. Narracja się jednak nie zmieniała, co najwyżej dodawał, że testowany był setki, jeśli nie tysiące razy. I nic nie wykryto. – W tej sprawie nie chodzi o Mo Faraha, a Alberto Salazara. Nie jestem Alberto. Nigdy nic mi nie podano. Żadnego testosteronu czy czegokolwiek takiego. Kiedy byłem w USA, nie widziałem niczego niezgodnego z przepisami. Nigdy nie zawaliłem testów i z radością dam się przetestować kolejne razy – mówił niedawno

Podejrzenia jednak nie zniknęły. Tym bardziej, że Mo rozstał się z Salazarem w 2017 roku, gdy cała afera przybierała na sile. Tłumaczył, że po prostu chciał wrócić do domu i zamieszkać z rodziną na powrót w Wielkiej Brytanii. Wielu nie dawało jednak tym wyjaśnieniom wiary. I nie daje nadal, patrząc na Faraha z dystansem i podejrzliwością. To zapewne się już nie zmieni. A wręcz przeciwnie – jeśli Mo Farah wygra złoto w Tokio, przybierze tylko na sile.

Jednak, jak mówi sam Mo, na niczym go nie złapano. Więc wypada wierzyć, że opcjonalne złoto będzie czyste. Bo wtedy byłaby to piękna historia. A o takie przecież w tym wszystkim chodzi.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez