Z metalowym biodrem i nową nadzieją. Andy Murray walczy o powrót na szczyt

Z metalowym biodrem i nową nadzieją. Andy Murray walczy o powrót na szczyt

W 2016 roku Andy Murray był na szczycie. Dosłownie. Po raz drugi w swej karierze wygrał Wimbledon. Zgarnął olimpijskie złoto, stając się tym samym pierwszym tenisistą w historii, który obronił tytuł z igrzysk. Został numerem jeden w światowym rankingu. Wydawało się, że – wobec problemów trapiących tenisową Wielką Trójkę – to on będzie rządzić w ATP w najbliższych sezonach.

Trzy lata później Andy znów wznosił w górę puchar. Za zwycięstwo w turnieju ATP w Antwerpii. I niby nic się nie zmieniło, a… zmieniło się wszystko. Szkot w rankingu – już po tym zwycięstwie – jest 128. W Wielkim Szlemie w 2017 radził sobie jeszcze całkiem nieźle, ale w kolejnych dwóch latach wystąpił w zaledwie dwóch turniejach. Jeśli już się o czymś w kontekście Murraya pisało, to o kontuzji, rehabilitacji i możliwym końcu kariery.

Szkot jednak nie zrezygnował. Z metalowym biodrem, ale gra. I w Antwerpii potwierdził, że wciąż stać go na to, by odnosić sukcesy.

*****

W 2016 roku Murray naprawdę był bezkonkurencyjny. Fakt, to Novak Djoković zgarnął dwa turnieje wielkoszlemowe (Australian Open i Roland Garros), ale od zwycięstwa na Wimbledonie Szkota niemal nie dało się zatrzymać. Miesiąc później Andy zgarnął złoto w Rio, potem zaliczył finał w Cincinnati (pokonał go Marin Cilić) i ćwierćfinał US Open (w czterech setach wygrał Kei Nishikori), a później był już absolutnie najlepszy. Pekin, Szanghaj, Wiedeń, Paryż i finały ATP w Londynie – wszystkie te turnieje wygrywał Szkot. Jeśli spotkaliście się wtedy z opinią, że Andy długo pobędzie na szczycie rankingu, dziś nie powinniście się z niej śmiać – była w pełni uzasadniona.

Zresztą kolejny sezon Szkot też zaczął naprawdę nieźle. Jasne, w Australian Open odpadł dość szybko, ale w Dosze był w finale, a potem wygrał turniej w Dubaju. Jego forma jednak falowała. Grał świetnie, by w kolejnym meczu mieć spore problemy. Długo dociekano skąd to wszystko się bierze. W końcu, w lipcu, Andy oznajmił: mam problemy z biodrem. W Wielkiej Brytanii pojawił się zbiorowy niepokój o jego występ na Wimbledonie, gdzie Szkot bronił przecież tytułu. W turnieju ostatecznie zagrał, odpadł w ćwierćfinale.

Potem nastąpiła seria wycofań: dwa turnieje Masters 1000 (stracił przez to pozycję lidera rankingu na rzecz Rafy Nadala), US Open (dosłownie w przeddzień turnieju, Andy pojechał nawet do Nowego Jorku), aż w końcu – szóstego września – Szkot wystosował oficjalnie oświadczenie. Oznajmiał w nim, że po konsultacjach z wieloma specjalistami, zdecydował się ominąć resztę sezonu, by pozwolić swojemu biodru na odpoczynek.

No, nie do końca. Na kort wyszedł w listopadzie 2017 roku, by rozegrać pokazowy mecz w Glasgow z Rogerem Federerem. Wygrał Szwajcar, ale Murray wyglądał całkiem nieźle. – Jestem szczęśliwy, że znów wyszedłem na kort – mówił. – Naprawdę mi tego brakowało. Są rzeczy, które mogłem zrobić lepiej, ale cieszę się, że po raz pierwszy od pięciu miesięcy byłem na korcie. Moje biodro czuło się dobrze. Nie idealnie, ale wszystko zmierza w dobrą stronę.

Uwaga, spoiler: Andy nie miał racji.

*****

Australian Open 2019. Andy Murray zjawia się w Melbourne i szybko mówi dziennikarzom coś, co wszystkich szokuje: możliwe, że to właśnie tam zagra swój ostatni mecz. Winne było biodro. To samo, które zmusiło go do przedwczesnego zakończenia gry w 2017 roku. – Rozmawiałem ze swoim teamem i powiedziałem wszystkim: „Nie mogę tego ciągnąć”. Musiałem wyznaczyć sobie koniec, bo grałem, nie wiedząc, kiedy zniknie ból. Powiedziałem im: „Myślę, że mogę grać do Wimbledonu”. Tam chciałbym skończyć karierę. Ale nie jestem pewien, czy to się uda, nie wiem, czy będę w stanie grać kolejne pięć miesięcy z bólem. Nie czuję się dobrze, długo się z tym wszystkim zmagałem. Przez ostatnie dwadzieścia miesięcy czułem naprawdę dużo bólu.

Wchodząc w turniej Murray wprost mówił, że nie stać go na zwycięstwo i że prawdopodobnie przegra w pierwszej rundzie. Tym bardziej, że za rywala miał Roberto Bautistę-Aguta, czyli gościa ze światowej czołówki. Szerokiej, ale jednak. Andy spodziewał się, że to nie będzie dla niego komfortowy mecz. Raczej oczekiwał spotkania pełnego bólu i takiego, które być może okaże się ostatnim w jego karierze. Ale, jak mówił: chciał się tym cieszyć. Właśnie z tego powodu.

Szkot nie trenował na poziomie, do którego się przyzwyczaił, bo nie był w stanie tego robić. Przez to nie mógł też na takim grać. Ale w meczu z Bautistą-Agutem fani mogli zobaczyć starego, dobrego Szkota. Pięciosetowy mecz, pełen walki i fantastycznych wymian, spełnił oczekiwania i kibiców, i samego Murraya. – Gdyby mnie rozniósł, to nie chciałbym, by to było moje ostatnie spotkanie. Ale w tym meczu naprawdę nie mogłem zrobić więcej. Pod koniec moje biodro już nie istniało. Wszystkiemu towarzyszyła wspaniała atmosfera, to fajny sposób na skończenie kariery. Jeśli okaże się, że to mój ostatni mecz, będę w stanie się z tym pogodzić.

Po spotkaniu na telebimie wyświetlono krótkie wideo, w którym tenisiści i tenisistki życzyli Andy’emu wszystkiego co najlepsze. Murray patrzył na to bliski łez. Roger Federer, Novak Djoković, Rafael Nadal, Caroline Woźniacki i wielu innych wypowiadało słowa wsparcia wobec zapowiadanej przez Szkota emerytury. Ale gdzieś między wierszami dało się wyczytać, że wielu z nich wierzy, że to jeszcze nie koniec pięknej przygody Murraya z tenisem.

W Australii przeżywałem trudny czas, nie wiedziałem, jak to wszystko się skończy. Wielu zawodników mnie wspierało, to było bardzo miłe, szczególnie w tak trudnym dla mnie okresie. Kilku z nich odzywało się też później, mimo że nie jestem gościem, który byłby blisko z wieloma ludźmi z szatni. Choć jest kilku, z którymi dogaduję się naprawdę nieźle. Od kogo dostałem wiadomości? Kilka wysłał Roger Federer, odzywał się też Stan Wawrinka, ze dwie wysłał Rafa Nadal. Sporo dostałem ich też od innych brytyjskich zawodników – wspominał Murray kilka miesięcy później.

Spotkanie z Roberto Bautistą-Agutem oglądała z trybun Judy, mama Andy’ego. I podkreślała, że o ile początkowo się martwiła, o tyle gdy jej syn zaczął odrabiać straty (przegrywał już 0:2 i zdołał wyrównać stan meczu po dwóch tie-breakach) pomyślała sobie „przecież o to w tym wszystkim chodzi”. Widziała, jak Andy po raz kolejny staje się sobą. Jak wznosi się na wyższy poziom. Jak pokazuje, że wciąż potrafi. – Jestem dumna z tego, co zrobił. Choć nie powinnam, bo to po prostu on – jest urodzonym wojownikiem, niesamowitym sportowcem i robi to, co kocha. […] Co teraz zrobi? Nie wiem. Podejrzewam, że on też nie. Ma czas, nie musi się śpieszyć z żadną decyzją. […] Mam jednak przeczucie, że wciąż tkwi w nim coś, co nie pozwala mu odejść już teraz – mówiła.

*****

Andy ze zdrowiem walczył, od kiedy tylko pamięta. Już w 2003 roku zdiagnozowano u niego dwustronną rzepkę. Teoretycznie nie powoduje to żadnych problemów, ale po kilku miesiącach okazało się, że Murray cierpi też na tzw. kolano skoczka, wynikające z aktywności fizycznej. Przy tym urazie staw ten po prostu mocno boli. Szkot, już jako junior, musiał odpowiednio sobie z tym wszystkim radzić. Miesiącami, wraz z matką, szukali zawodników, którzy mieli podobne problemy, bo dowiedzieć się, jak ci je rozwiązywali i co robili, by móc nadal grać.

Miewał też problemy z plecami. W 2014 roku przeszedł operację, która miała je rozwiązać. I faktycznie, plecy więcej mu nie dokuczały. W zamian zaczęło biodro. Choć tak naprawdę ból pierwszy raz poczuł w nim już w okolicach 2008 roku. Tyle że wtedy pojawiał się on okresowo i pozwalał mu grać. Na początku sezonu 2018 okazało się, że jest to niemożliwe.

Andy zgłosił się wtedy do Brisbane International, jednego z turniejów otwierających tenisowy rok. Ale wycofał się w ostatniej chwili. Siedząc samotnie w hotelowym pokoju, dodał na Instagrama długi, wyjaśniający wiele post, „udekorowany” własnym zdjęciem z lat dziecięcych. Fotografia miała symbolizować „małe dziecko w moim środku, które po prostu chce grać w tenisa”, jak ujął to sam Andy.

Od dłuższego czasu przechodzę trudny okres z moim biodrem. Zasięgałem rady u wielu specjalistów. Zalecano mi, żebym próbował tradycyjnego leczenia. Przed US Open 2017 robiłem wszystko, co mi kazano. Ciężko pracowałem na to, by wrócić na kort. Kiedy jednak grałem treningowe sety z innymi zawodnikami tu, w Brisbane, widziałem, że to nie zadziałało, że nie jestem na odpowiednim poziomie. Mogę albo kontynuować rehabilitację, albo poddać się operacji, gdzie szanse na pomyślny obrót spraw nie są tak duże, jak chciałbym, by były. […] W ciągu ostatnich kilku miesięcy zorientowałem się, jak kocham tę grę. Za każdym razem, gdy się budzę, mam nadzieję, że będę w stanie grać normalnie – pisał Andy.

Kilka dni później Szkot zaskoczył wszystkich. Gdy fani spodziewali się, że szybko wróci do Wielkiej Brytanii, on został w Australii i… zdecydował poddać się wspomnianej operacji, choć wcześniej wielu lekarzy mu ją odradzało. Wykonał ją John O’Donnell i wszystko przebiegło pomyślnie. – Jestem optymistą. Rozmawiałem z chirurgiem, był bardzo zadowolony z tego, jak wszystko przebiegło. Mówił, że moje biodro powinno czuć się lepiej niż przed rokiem. Teraz czeka mnie rehabilitacja. Gdy wrócę do gry, na pewno nie będę pojawiał się w tylu turniejach co wcześniej. Będę musiał podchodzić do tego wszystkiego bardziej zachowawczo, dbając o swoje zdrowie. Do gry planuję wrócić w okolicach sezonu na trawie – mówił Andy brytyjskim dziennikarzom tuż po operacji.

Do gry faktycznie wrócił w założonym przez siebie momencie. Przed turniejem w Queen’s mówił: – Możliwe, że będę odczuwać presję z zewnątrz, ale sam nie mam żadnych oczekiwań co do swojego występu. Myślę, że powrót zajmie trochę czasu. Bardzo chciałbym wrócić na szczyt. Trenowałem i robiłem wszystko co w mojej mocy, by tak się stało. Ale jeśli mi się nie uda, to nie będzie to koniec świata. Po prostu chcę znów grać. Kocham tenisa, dlatego zacząłem w niego grać. Nie po to, by wygrać Wimbledon czy zostać numerem 1 na świecie – mówił.

W Queen’s odpadł w pierwszej rundzie, wyeliminował go jego przyjaciel, Nick Kyrgios. Pojechał do Eastbourne, tam wygrał mecz ze Stanem Wawrinką, ale odpadł z rodakiem, Kyle’em Edmundem. Wimbledon odpuścił, tłumacząc, że zrobił wszystko, co mógł, by odpowiednio się przygotować, ale widzi, że się nie udało. Wolał więc przenieść swoje treningi na korty twarde i spróbować powalczyć w US Open, niż dalej grać na trawie, gdzie ryzyko odnowienia kontuzji było większe.

W sierpniu tamtego roku Jamie Delgado, jego trener, mówił, że jeśli ktoś po takiej kontuzji i operacji miałby wrócić do gry o najwyższe cele, to właśnie Andy Murray. – Za nami trudne czasy, to nie ulega wątpliwości. Ale Andy daje ci pewność przez swoje nastawienie. To wojownik. Kiedy widziałem, jak osiąga niektóre z celów w poprzednich latach, byłem z niego bardzo dumny. Wiem, ile to wszystko dla niego znaczy i ile wysiłku w to wkłada. Jestem szczęśliwy, że znów gra. Wiem, jak trudno mu było. Nie skreślałbym go, choć wiele osób to robi. Jego talent przecież nigdzie się nie zgubił, jego wola walki też nie. Ciężko pracuje. Wciąż stać go na bardzo dużo, może przeżywać wspaniałe chwile – mówił.

Zresztą występy Szkota dawały nadzieję. Bardzo dobrze zaprezentował się w waszyngtońskim Citi Open. Choć się wycofał, to po trzech wymagających meczach, z których każdy wygrał. Na US Open doszedł jednak tylko do drugiej rundy. Tam wyeliminował go Fernando Verdasco. Potem pojechał jeszcze do Shehnzen, znów przegrał z Hiszpanem i zakończył sezon. Rozegrał w nim… 12 spotkań. Nie był w stanie więcej, bo ból regularnie wracał. Operacja, wykonana na początku 2018 roku, choć teoretycznie przebiegła poprawnie, nie dała mu spodziewanych rezultatów. Andy wciąż nie był w stanie grać tak, jakby chciał.

*****

Queen’s stało się dla niego miejscem powrotów. W 2018 roku grał tam w singlu, a w 2019 w deblu. Poprzedni turniej rozegrał pół roku wcześniej – było to wspomniane Australian Open z „być może ostatnim spotkaniem w karierze”. Na trawiastych kortach pojawił się w parze z Feliciano Lopezem, innym cenionym weteranem. I zaliczył bajeczny tydzień. Szkocko-hiszpańska para wygrała cztery mecze, a co za tym idzie – cały turniej. Andy pokazał, że nie należy go skreślać, choć na każdym kroku podkreślał, że jeśli wróci, to nie tylko po to, by grać w deblu. A wszyscy wiedzieli, że do singla wciąż mu daleko.

Czułem się bardzo zrelaksowany na początku tygodnia. W miarę jego trwania stawałem się  jednak coraz bardziej nerwowy. Myślę, że z każdym kolejnym spotkaniem do gry włączał się mój instynkt rywalizacji. Było wspaniale, nie czułem żadnego bólu w biodrze. Będę starał się cały czas poprawiać, ale teraz jestem po prostu szczęśliwy z tego, że wróciłem do gry. […] Spodziewałem się, że będę najgorszy na korcie i że będę się na nim czuł źle. Byłem na to gotowy i myślę, że tak to wyglądało w pierwszym secie finału. Potem zacząłem jednak grać lepiej. Będę napierać i zobaczymy, gdzie mnie to zaprowadzi. Jestem jednak optymistą – mówił Murray po turnieju.

Najpierw zaprowadziło go to na Wimbledon. Tam w deblu jego partnerem został Francuz Pierre-Hugues Herbert (po drodze zagrał jeszcze w Eastbourne, gdzie towarzyszył mu… Marcelo Melo, ale odpadli w pierwszej rundzie). Wielkiego Szlema Andy jednak nie zdobył – z turniejem pożegnał się po drugim meczu. Znacznie więcej zainteresowania budził jednak jego start w mikście. A to rzadkość. W nim połączył bowiem siły z Sereną Williams. Sukcesu nie osiągnęli (doszli do III rundy), ale oglądać chciały ich tłumy.

Potem były Waszyngton, Montreal i Cincinnati. Za oceanem Andy starał się unikać pytań o powrót do singla. Powtarzał, że nie chce wykonać tego kroku zbyt szybko i do gry pojedynczej wróci, gdy poczuje się na siłach. Jak się okazało – stało się to w ostatnim z tych turniejów. 4:6 4:6 przegrał wówczas w pierwszej rundzie z Richardem Gasquetem. W Winston-Salem odprawił go za to Tennys Sandgren. Wtedy Murray stwierdził, że żeby wykonać krok do przodu, musi zrobić kilka do tyłu. W czasie gdy wielu zawodników szykowało się więc do startu w US Open, on poleciał na Majorkę, by wziąć udział w turnieju rangi Challenger, organizowanym przez… akademię Rafy Nadala. Dwa mecze wygrał, ale potem ograł go 240. na świecie Matteo Viola.

Przez dwa lata czułem mnóstwo bólu po każdym meczu. Teraz gdy gram, boli mnie ciało, czuję coś w plecach, mięśnie wykazują zmęczenie… ale biodra są w porządku. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak było. Nie jest łatwo wrócić, ale spodziewałem się wyboistej drogi. […] Wiem, jak źle czułem się w Australii i jak źle czułem się rok temu. Teraz jest lepiej. Jeśli fizycznie będę w stanie wrócić na odpowiedni poziom, mój tenis będzie w porządku. Nie czuję, żeby gra ruszyła do przodu i nie byłbym w stanie jej dogonić. Wielu z tych samych gości, wciąż tu jest – mówił mniej więcej w tym okresie.

Kolejne mecze zdawały się potwierdzać, że Andy faktycznie jest w stanie dogonić resztę świata. Owszem, raczej przegrywał (lepsi okazywali się Alex De Minaur, Dominic Thiem i Fabio Fognini), ale potrafił ograć między innymi Matteo Berrettiniego, który po US Open wyrósł na jedną z nowych gwiazd światowego tenisa. Jeszcze przed turniejem w Antwerpii w rozmowie z dziennikarzami przyznawał, że jest w stanie rywalizować „z ludźmi spoza najlepszej dziesiątki”.

Jeśli poprawię kilka rzeczy w ciągu najbliższych miesięcy, to może wrócę do czołówki. Na pewno jednak będę grać z innym terminarzem, a cele rankingowe nie będą najważniejsze. Zerkam na Rogera, Rafę i Novaka oraz na to, co oni robią, by pozwolić sobie na przedłużanie kariery. Chcę być w stanie rywalizować w największych turniejach przeciwko najlepszym zawodnikom. Jeszcze nie jestem w tym miejscu, ale z pewnością w ostatnich miesiącach znacznie się do tego przybliżyłem – twierdził.

W Antwerpii nie ograł żadnego gościa z czołowej „10”, ale w finale ze Stanem Wawrinką pokazał wszystko to, z czego był znany. Backhand, defensywę, niesamowite kontrataki i walkę do ostatniego punktu. Kilkukrotnie można go było w trakcie tego meczu skreślić. Zawsze odrabiał jednak straty i w odpowiednich momentach sam wychodził na prowadzenie. Po ostatniej piłce – gdy Wawrinka trafił w aut – Murray złapał się z niedowierzaniem za głowę, podczas gdy trybuny wokół szalały. Wyglądało to tak, jakby Andy właśnie wygrał US Open, a nie mały turniej (ATP 250) w Belgii.

To jedno z moich największych zwycięstw – mówił po finale. – Teraz mogę więcej powiedzieć o przyszłości. Jestem optymistą. Ostatnie lata były dla mnie bardzo trudne, ale wciąż kocham tenis. Nie spodziewałem się, że tu wygram, dlatego płaczę i podchodzę do tego tak emocjonalnie. Biodro ma się dobrze, nie czuję bólu. Mogę rywalizować i cieszyć się grą.

A jeszcze w styczniu – gdy decydował się na drugą operację biodra – nie był pewien, czy będzie mógł w ogóle wrócić po niej na kort.

*****

Andy cierpiał. Dosłownie. Nie chodziło już wyłącznie o grę w tenisa. Ból biodra pojawiał się, gdy spacerował z psem, bawił się z dziećmi, a nawet zakładał skarpetki, jak sam mówił. Jeszcze w trakcie Australian Open przyznawał, że zrobił tak naprawdę wszystko, by to zmienić. Ale nie miał racji. Została jeszcze jedna opcja – kolejna operacja biodra, w trakcie której miałby wymienić swój staw biodrowy na inny, zrobiony z metalu. Zdecydował się na nią, bo męczyły go ciągłe problemy ze snem czy dłuższym siedzeniem przy stole w trakcie obiadu.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to tak naprawdę ostatnia deska ratunku. Albo operacja pozwoli Andy’emu marzyć o powrocie do gry na niezłym poziomie, albo faktycznie Szkot skończy swą karierę. Pewne powody do optymizmu były, bo taki sam zabieg przeszło wcześniej wielu sportowców, którzy wrócili do rywalizacji. Ale tenisista tylko jeden – Bob Bryan. Nie dziwi więc, że i dziennikarze, i sam Murray to właśnie do Amerykanina zwracali się z pytaniami.

Gdy widzę, jak czuje się Andy Murray, to cierpię. Chciałbym, żeby spróbował takiej samej operacji i poczuł ulgę, jaką to daje. Myślę, że nasze biodra są podobne, po prostu je zużyliśmy. Jestem jedynym gościem w tourze, który gra z metalowym biodrem. Więc Andy mnie obserwuje i często pyta o to, jak czuję się po meczach czy treningach. Próbowałem wcześniej różnych rzeczy: elektrowstrząsów, igieł, basenu… Nic nie pomagało. Aż do operacji. […] Nie ma dowodów, że powrót po takiej operacji jest możliwy w singlu. Andy musiałby zaryzykować, ale nie lekceważyłbym jego możliwości. Podsuwam mu takie rozwiązanie. Ten gość robi wszystko, by móc trenować i grać. Rozmawiał z milionem specjalistów. Nie chcę mówić, że na pewno mu to pomoże, bo singiel to zupełnie co innego, znacznie bardziej obciążającego organizm – mówił Bryan dziennikarzom.

Amerykanin polecał też Murrayowi lekarza, doktora Su, który wykonywał i jego operację, i ten sam zabieg u sportowców z innych dyscypliny. Ale tę Andy’ego przeprowadzała Sarah Muirhead-Allwood. Szkot podkreślał, że zdecydował się na nią, bo była szczera. Ani razu nie powiedziała mu, że na pewno wróci do gry. Zapewniała jednak, że zniknie ból. A to dla Murraya było ważniejsze niż tenis. Pod koniec stycznia Andy’emu wszczepiono więc metalowy implant do głowy kości udowej i panewkę do kości biodrowej. Zabieg trwał o ponad dwie godziny dłużej niż zakładano, bo okazało się, że kości Szkota są po prostu cholernie twarde. Ale wypadł pomyślnie.

Lekarze, w ramach postępów rehabilitacji, zachęcali go do gry. Mówili, że powinien spróbować. Więc Andy to robił i z każdym kolejnym tygodniem widział, że przybliża się do osiągnięcia swojego celu. Ale gdy zaczynał walkę o powrót na korty było zupełnie inaczej. W lutym mógł głównie siedzieć na krześle z wyprostowanym stawem biodrowym i założoną w nim śrubą, bo nie wolno było mu wykonywać nim żadnych zgięć. W marcu pierwszy raz otwarcie przyznał, że celuje w powrót na korty, ale wciąż nie wie, czy ten będzie możliwy.

Zaczynał od prób dotknięcia podłogi z pozycji siedzącej. Każdego dnia zbliżał się do niej o milimetry. Albo wykonywał absolutnie podstawowe ćwiczenia. To znaczy na początku starał się je wykonywać, bo, jak wspominał, „jego mięśnie były odłączone”, nie był w stanie ruszyć nogą. Dopiero po dwóch-trzech tygodniach wszystko powróciło. By się pozytywnie nakręcić, rozmawiał między innymi z Edem Jovanovskim, byłym zawodnikiem z NHL, który przeszedł podobny zabieg. – Powiedział mi, że nie ma problemów z biodrem. Karierę skończył tylko dlatego, że miał już 39 lat. Wiedziałem więc, że mam szansę wrócić do gry.

W wielu wywiadach Szkot powtarzał, że gdyby tylko rehabilitacja nie szła dobrze, to pewnie nie wróciłby na kort. Ale nie o to szło, po pierwsze chciał normalnie żyć. Gdy jednak okazało się, że może walczyć o to, by znów grać, wziął się do roboty. Codziennie trenował na bieżni antygrawitacyjnej, którą miał w domu. Do tego dochodził basen, inne ćwiczenia, kardio, golf, spacery z psami, a nawet… break dance. Gdyby nawet nie udało mu się wrócić na kort, nie miałby sobie nic do zarzucenia. Tym bardziej, że był przecież pionierem.

Nie mam do czego się odwołać. Nikt wcześniej nie przeszedł tej operacji i wrócił do grania singla. Udało się Bobowi Bryanowi, ale w deblu, a to spora różnica. Pokazuje jednak, że istnieje pewien poziom, na który na pewno da się powrócić – mówił Andy. – Przez poprzednie 18 miesięcy stanowczo za dużo mówiłem o swoim biodrze. Każdy mnie o nie pytał. To mnie wyczerpywało. Nie byłem w stanie zregenerować się po meczu. Poprzednia operacja pomogła z tym, ale nie z bólem.

Bólu jednak zdołał się pozbyć. Po dwóch latach męczarni, ale w tym przypadku trudno się nie zgodzić, że lepiej późno niż wcale.

*****

Po drodze miewał sporo trudnych chwil. W kupie trzymała go rodzina, która zresztą za niedługo powiększy się o trzecie dziecko. Po wygranej w turnieju w Antwerpii Andy żartował nawet, że „rodzina powiększyła się, gdy byłem poza tourem. Teraz muszę wrócić do regularnego grania, żebyśmy nie stracili nad tym kontroli”. Żona, Kim, była dla niego największym wsparciem, powtarza to regularnie.

Wiele razy w ostatnich dwóch latach się zatrzymywałem i mówiłem, że już nie chcę tego robić. Kim zawsze starała się mnie zachęcić, pomóc w powrocie na kort. Motywowała mnie, cieszyła się, że trenuję i gram. Wiem, jak trudno było jej i wszystkim innym. Prawdopodobnie często byłem samolubny, myślałem tylko o swoim bólu. Kim jednak to wszystko rozumiała, nie denerwowała się, gdy znowu wyjeżdżałem trenować po bardzo długim roku. Zdaje się, że to niewiele, ale robi ogromną różnicę, gdy nie masz problemów w prywatnym życiu. Była wspaniała, zawsze mnie wspierała. Jestem szczęściarzem – mówił.

Nawet z takim wsparciem Andy miał jednak gorsze chwile. W jego sytuacji zresztą trudno byłoby ich całkowicie uniknąć. Powtarzał, że często czuł się zdołowany, emocje brały nad nim górę. A jako sportowiec był przecież nauczony tego, by starać się ich nie okazywać. Ale gdy w końcu przyznał się do tego, że nie czuje się dobrze i ma problemy, poczuł się lepiej. Katharsis stała się konferencja prasowa na Australian Open. To po niej pojawiła się ulga. Powiedział wszystko dziennikarzom i całemu światu, więc mógł skupić się na walce o zdrowie.

Czy miałem depresję? Rozmawiałem z wieloma psychologami. Nie wiem do końca, jak czuje się ktoś, kto zmaga się z depresją, ale na pewno miałem bardzo złe chwile. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Tenis był moim życiem. Zawsze myślałem, że jeśli tylko będę mógł grać w tenisa, to będę szczęśliwy. Ale nie czerpałem radości z gry, gdy wszystko mnie bolało. Sprawiało to wręcz, że byłem bardziej zdenerwowany – wspominał.

Przez kontuzję zmienił zresztą swoje nastawienie do sportu. Dziś powtarza, że potrafi wyobrazić sobie życie bez tenisa. Bo to tylko gra, pewna składowa jego osoby, a nie coś, co go definiuje. Owszem, chce grać, bo wciąż kocha ten sport – choć był moment, w którym zdarzyło mu się powiedzieć, że tak nie jest – ale gdyby jednak musiał zakończyć karierę, to zrobiłby to. Czerpie radość z innych rzeczy: spotkań z rodziną, znajomymi, zabawy z dziećmi. Nie czuje, że powrót na szczyt jest sprawą życia i śmierci. Żartuje, że dojście do tego wniosku zajęło mu bardzo dużo czasu, ale jest zadowolony, że w końcu się udało.

Choć, gdy dziennikarze Guardiana pytali go niedawno o to, kiedy ostatnio płakał, odpowiedział, że w momencie, gdy wracał do domu ze świadomością, że znów będzie mógł grać w tenisa i to bez bólu. Wtedy w jego oczach pojawiły się łzy szczęścia. W głowie wciąż ma jednak jedną lekcję, jaką dało mu życie. – Trzeba cieszyć się dobrymi czasami, bo nigdy nie wiadomo, co czai się za rogiem. Kiedy miałem problemy z biodrem, byłem numerem jeden na świecie. I w ciągu tygodnia przeszedłem drogę od szczytu do sytuacji, w której nie byłem w stanie chodzić.

*****

Teraz Andy chodzi, biega i wygrywa turnieje. No dobra, może liczba mnoga jest tu nieco na wyrost, ale w Antwerpii pokazał, że za niedługo może okazać się pasująca. Wystarczy przecież, by zdobył jeszcze zaledwie jedno trofeum. A co to dla gościa, który w karierze ma ich 46? Wiadomo – cholernie dużo, biorąc pod uwagę, jaką drogę przeszedł Szkot. Co jednak warto podkreślić to fakt, że – mimo narzekań Andy’ego na własną szybkość – wygląda to tak, jakby Murray naprawdę niewiele stracił przez te dwa lata.

Bo po korcie wciąż porusza się świetnie. A to przecież podstawa jego gry. Zawsze był jednym z najszybszych zawodników w tourze i wydaje się, że nawet z metalowym biodrem plasuje się w czołówce. Nawet jeśli średnia prędkość nieco mu spadła. W Antwerpii wielu rywali próbowało dobrać się mu do skóry mieszając swą grę – choćby za pomocą skrótów. Nie udało się żadnemu z nich. Andy dobiegał do niemal każdego zagrania.

A potem odgrywał piłkę znakomicie, często backhandem. To jego najważniejsza broń i trzeba przyznać, że wciąż jest zabójczo groźna. Znacząco za to poprawił swą grę przy siatce. Nie w kwestii samej kontroli piłki – w tym zawsze był dobry – ale gdy mowa o decyzjach. Częściej się przy tej siatce pojawia, wiedząc, że dobrze zrobi mu skracanie wymian, i zwykle robi to w idealnym momencie. W wielu punktach pierwszym wolejem ustawiał sobie grę, a dopiero drugim załatwiał sprawę. To taki typ gry, jaki w singlu zdarzało się stosować między innymi Łukaszowi Kubotowi. Tyle że Łukasz do siatki chodził niemal za każdym razem, a dla Andy’ego to tylko dodatek do jego repertuaru.

Szkot nic nie stracił też ze swojego nastawienia. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że trudne czasy tylko go wzmocniły. W trakcie meczu z Wawrinką udowodnił to w najlepszy możliwy sposób. Jak pisaliśmy: wielu pewnie dawno by się w tym meczu poddało. Andy mógł to zrobić kilkukrotnie, zawsze jednak walczył. Skutecznie. Tu jednak trzeba zaznaczyć, że poprawić wciąż może się przy serwisie – był zbyt nierówny, co pozwalało Stanowi wielokrotnie go przełamywać. Szwajcar zyskiwał też przewagę grając na forehand Andy’ego. Możliwe, że to kwestia odruchowego hamowania się Szkota. Bo to przecież prawe biodro sprawiało mu te wszystkie problemy. To powinno się zmienić z czasem. A jeśli tak się stanie i Murray złapie potrzebny mu luz – przeciwnicy mogą się bać.

Pamiętna konferencja i „być może ostatni mecz w karierze” Andy’ego Murraya miały miejsce ponad dziewięć miesięcy temu. Od tamtego czasu wszystko się odmieniło. Teraz nie zastanawiamy się czy Szkot w ogóle wróci jeszcze na kort, a raczej na co będzie go stać w kolejnym sezonie. I takie pytanie warto sobie zadać tym bardziej, że za rok Andy powinien pojawić się na igrzyskach olimpijskich w Tokio.

A wiemy doskonale, co łączy go z tą imprezą. W Londynie w 2012 roku osiągnął swój pierwszy wielki sukces, pokonując w finale Rogera Federera. W Rio de Janeiro – wykorzystując problemy najgroźniejszych rywali – obronił złoto jako pierwszy tenisista w historii. Teraz z pewnością chciałby zgarnąć historycznego hat-tricka. I, mimo wszystkich jego problemów, wydaje się, że to całkiem możliwe.

Bo igrzyska to turniej specyficzny. Rozgrywany w przerwie między dwoma imprezami wielkoszlemowymi, często kończy się szybkimi i łatwymi porażkami najlepszych zawodników. Do tego gra się w nim do dwóch setów, co – dla organizmu Andy’ego – może być wyłącznie zaletą. Tym bardziej, że od Tokio również finał ma być maksymalnie trzy-, a nie – jak to było wcześniej – pięciosetówką. A ostatnia partia, gdyby wcześniej żaden z tenisistów nie zdołał przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść, skończy się tie-breakiem.

Oczywiście, wiele zależeć będzie od losowania. Możliwe, że Andy już w pierwszej rundzie trafi na groźnego rywala i odpadnie. Może drabinka ułoży mu się bardzo dobrze. Na igrzyskach trudno jednak o nabieranie rozpędu, od początku trzeba dawać z siebie wszystko. Szkot jednak doskonale o tym wie. A skoro w Antwerpii był w stanie wygrać turniej i pokonać w finale Stana Wawrinkę zaledwie dziewięć miesięcy po operacji, po której mógł już nie wrócić do tenisa, to naprawdę nie widać powodu, by w Tokio miał nie walczyć o najwyższe cele. Zakładając, rzecz jasna, że zdrowie go nie opuści.

A przyznajcie sami, że co by się jeszcze później nie wydarzyło w karierze Andy’ego, trzecie złoto byłoby jej idealnym podsumowaniem.

 

 

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez