Yulimar Rojas. Tańcząca bohaterka najsmutniejszego kraju świata

Yulimar Rojas. Tańcząca bohaterka najsmutniejszego kraju świata

Jest najmłodszą mistrzynią świata w trójskoku w historii oraz – od niedawna – halową rekordzistką globu. Mówimy o dokonaniach, które wskazują na niebywały talent, ale Yumilar Rojas trafiła na tę konkurencję… przypadkiem. Zaczynała od skoków w dal oraz wzwyż, a jeszcze wcześniej marzyła o siatkarskiej karierze. Wybrała jednak bez dwóch zdań właściwą drogę. Swoimi sukcesami, na które składają się już dwa złote medale mistrzostw świata oraz srebro igrzysk, chce przynieść chwałę krajowi, który od lat popada w coraz większą biedę. Poznajcie historię najlepszej lekkoatletki 2020 roku.

Jeśli twoja tegoroczna kwarantanna nie uwzględniała odwyku od sportu, zapewne słyszałeś o wyczynach Armanda Duplantisa. Młody tyczkarz pobił dwa rekordy świata w tyczce – na stadionie oraz w hali.

Było jasne, że to Szwed musi wygrać nagrodę World Athletics dla najlepszego lekkoatlety roku. Startował regularnie, w rozbitym przez pandemię sezonie zaliczył kilkanaście zawodów. Na dodatek wygrał wszystkie, co do jednego. Yulimar Rojas może o sobie powiedzieć to samo, choć na stadionie oraz hali pojawiła się łącznie tylko cztery razy. Wśród kobiet to jednak ona była najlepsza.

Nigdy wcześniej zawodniczka z Wenezueli nie otrzymała tak prestiżowej nagrody. Bycie pierwszą w swoim kraju nie jest jednak niczym nowym dla Yulimar Rojas. Jej rodacy nigdy nie świętowali bowiem wielu lekkoatletycznych sukcesów. Teraz się to zmieniło, choć osiągnięcia trójskoczkini raczej stanowią dla nich łyżkę miodu w beczce dziegciu.

Kontrasty

Od momentu, kiedy rządy objął Nicolás Maduro, sytuacja Wenezueli nieustannie zmienia się na gorsze. Nacja, która jeszcze do niedawna znajdowała się w gronie najmniej zamożnych w całej Ameryce Łacińskiej, spadła na ostatnie miejsce. Według badań ENCOVI (Encuesta Nacional de Condiciones de Vida) 96% mieszkańców tego kraju żyje w biedzie. Natomiast aż 70% – w skrajnej.

Ile wynoszą średnie zarobki? 72 centów dziennie. Większość obywateli żyje z brakiem świadomości, kiedy nadejdzie ich kolejny posiłek. To walka o przetrwanie.

Wenezuelczycy oczywiście dążyli do zmian. W lutym 2014 roku, parę miesięcy po zaprzysiężeniu Maduro, zdesperowani i podłamani tym, co dzieje się w ich kraju, wyszli na ulice. Zamieszki trwały tygodniami, a uspokoiły się dopiero, kiedy rząd zapewnił, że jest skłonny przeprowadzić rozmowy ze zwolennikami opozycji. Była to jednak wyłącznie krótkotrwała solucja. Bo w 2017 roku ulice znowu zaczęły płonąć.

W międzyczasie Yulimar Rojas trenowała w Hiszpanii. Kraju, do którego przeprowadziła się w dwa lata wcześniej. Przede wszystkim dlatego, żeby rozpocząć współpracę z Ivanem Pedroso, złotym medalistą igrzysk z Sydney. Ale – choć sama jako oddana patriotka tego nie przyzna – mogła pojawić się inna motywacja. Powiązana z tym, że życie w Wenezueli nie rozpieszczało nawet sławnych sportowców.

Co by jednak nie mówić – “emigracja” zdała egzamin. Młoda trójskoczkini robiła postępy w zawrotnym tempie. Ich kulminacja miała miejsce w sierpniu 2017 roku. To wtedy została pierwszą złotą medalistką lekkoatletycznych mistrzostw globu w historii Wenezueli. Miała zaledwie 21 lat.

Ten tytuł nadszedł w zarazem najlepszym i najgorszym momencie dla Wenezueli. Najlepszym, ponieważ dał moim rodakom wiele nadziei w tych ciężkich czasach. Najgorszym, ponieważ, kiedy wygrywałam, ludzie tracili życie. Trwała niemalże wojna domowa. Emocje, które mi towarzyszyły, były wręcz niespotykane. Poczułam, że zrobiłam coś specjalnego, pomogłam, wróciłam do Wenezueli jako zwycięzca – mówiła parę miesięcy później.

Nie jest łatwo robić za gwiazdę sportu w kraju, który jest rozdarty, kraju, w którym można opowiedzieć się za jedną z dwóch stron – ludzi albo władzy. Dobrze zdaje sobie z tego sprawę choćby Wiktoria Azararenka, który była wielokrotnie krytykowana za milczenie w sprawie sytuacji na Białorusi. Rojas nie milczy, ale też nie wypowiada nikomu otwartej wojny.

Jest uśmiechniętą, promieniującą energią lekkoatletką, która reprezentuje najsmutniejszy – bo takim właśnie mianem okrzyknięto niegdyś Wenezuelę – kraj na świecie.

Zadecydował przypadek

Sportem zachłysnęła się przez przybranego ojca, Pedro Zapatę. Ten był bokserem, który co prawda nie wszedł na specjalnie wysoki poziom, ale parał się treningami na poważnie. Córka początkowo chciała zaś zostać siatkarką. Miała do tego predyspozycje – była wysoka oraz skoczna, a na dodatek siatkówka to najpopularniejszy – wśród kobiet – sport Ameryki Łacińskiej. W 2008 roku podziwiała reprezentację Wenezueli, która pojawiła się na igrzyskach olimpijskich w Pekinie.

Co prawda wenezuelscy siatkarze nie wygrali wówczas żadnego meczu, ale nie miało to znaczenia, bo sam fakt przebywania na salonach, bycia uczestnikiem olimpijskich zawodów, pobudzał wyobraźnię młodej dziewczyny. W wieku 14 lat Rojas trafiła do szkoły sportowej imienia José Antonio Anzoátegui. Tam szybko poznano się na jej talencie. Trener – Jesus Velasquez – błyskawicznie namówił ją na pójście w stronę lekkiej atletyki.

Początkowo Wenezuelka parała się wieloma konkurencjami. Na dobrą sprawę – na trójskok trafiła… nieco przypadkiem.

– Pewnego dnia, podczas mistrzostw kraju, zdecydowaliśmy się uwzględnić trójskok, żeby zobaczyć, jak sobie poradzę. Zrobiłam rekord Wenuezeli. To było zaskakujące, ponieważ nigdy nie trenowałam tej konkurencji, nie pracowałam nad techniką. Wiedziałam tyle, ile zobaczyłam w telewizji – wspominała.

Jeszcze w 2014 roku Rojas startowała regularnie w skoku wzwyż, skoku w dal i trójskoku. I o ile w pierwszej z tych konkurencji nie odnosiła specjalnych wyników, przynajmniej z globalnej perspektywy, tak już w dwóch kolejnych mogła pochwalić się tytułem rekordzistki kraju. Powoli stawało się jednak jasne, że najdalej może zajść właśnie w trójskoku. Choć do sukcesów miał zaprowadzić ją… wybitny skoczek w dal.

Mowa o Ivanie Pedroso, Kubańczyku, który śmiało może uchodzić za jednego z najbardziej utytułowanych lekkoatletów w historii. Czterokrotnie zostawał mistrzem świata na stadionie, pięciokrotnie na hali, sięgnął również po złoty medal igrzysk w Sydney. Po skończeniu kariery podjął się natomiast trenerki i zamieszkał w Hiszpanii. Ale przede wszystkim – jak w ogóle trafił na Rojas?

Otóż pomogły media społecznościowe. Lekkoatletka przeglądała Facebooka, kiedy w gronie osób proponowanych do do listy znajomych, dostrzegła znajome nazwisko. Choć nigdy wcześniej nie rozmawiała z Pedroso, postanowiła wysłać mu zaproszenie. Tego samego dnia Kubańczyk zaakceptował prośbę. – Odważyłam się z nim skontaktować oraz powiedzieć, że go podziwiam i marzę, aby z nim trenować. On odpowiedział, że śledzi moją karierę i wierzy, że mam wielki talent – mówiła Wenezuelka.

W listopadzie 2015 roku przeprowadziła się do Hiszpanii i rozpoczęła współpracę z utytułowanym lekkoatletą. Jak wspominała lata później w wywiadzie z El Pais – gdyby chodziło o, przykładowo, rosyjskiego trenera, zastanowiłaby się dwukrotnie. Okazje do opuszczenia kraju miała już bowiem wcześniej. Proponowano jej stypendium i studia w Stanach, jak i wyjazd do Portoryko. Dopiero postać Ivana Pedroso stanowiła jednak dla niej wystarczającą motywację.

Wenezuelka wspominała, że zanim w ogóle zaczęli trenować, Pedroso powiedział jej: – Sportowcy cierpią cały czas. Muszą wiele przejść, aby osiągnąć swoje cele. Ale na końcu otrzymują najlepsze uczucie na świecie. Im ciężej pracujesz, tym bardziej doceniasz medale i sukcesy.

Ktoś powiedziałby, że te słowa są aż przesadnie głębokie. Być może, ale zapewne zmotywowały Rojas. Bo fakt jest taki, że od 2015 roku jej kariera przybrała niespodziewanego rozpędu.

Nowy szeryf w mieście

Niecałe cztery miesiące po przeprowadzce do Hiszpanii osiągnęła pierwszy międzynarodowy, seniorski sukces. Próba na 14,41 metry zagwarantowała jej złoty medal halowych mistrzostw świata w Portland. W tamtym czasie do każdych zawodów podchodziła jeszcze na zasadzie: oby zaliczyć choć jedną próbę. Miała bowiem możliwości, ale ciągłe spalanie skoków, przy jej braku doświadczenia, stanowiło normę.

– Po Portland wiedziałam, że mogę osiągnąć wiele, że w tych nogach drzemie talent. Potrzebowałam tylko jednego ważnego skoku. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Poczułam, że muszę dalej pracować. I przede wszystkim powiększyć masę mięśniową, ponieważ jestem bardzo wysoka i szczupła i od zawsze stanowiło to dla mnie problem – mówiła.

W Portland zabrakło jednak światowej dominatorki – Cateriny Ibargüen. Zawodniczki, która pochodzi z sąsiadującej z Wenezuelą Kolumbii. Z Rojas łączy ją zresztą sporo – obie mają kubańskich trenerów, obie uwielbiały siatkówkę i od tego sportu zaczynały, obie są dla swoich krajów lekkoatletycznymi pionierkami.

W 2016 roku, podczas imprezy w Rio de Janeiro, nikt nie mówił jednak o żadnej rywalizacji. Liczyła się Kolumbijka, która miała zrobić swoje i dołożyć do bogatego dorobku – dwóch tytułów mistrzyni świata oraz wicemistrzyni olimpijskiej – upragnione złoto igrzysk. Tak też zrobiła (15,17 metrów w najlepszej próbie). Ale drugie miejsce, z komfortową przewagą nad trzecim (14,98 a 14,74), zajęła 20-letnia Rojas.

– Rio de Janeiro? Matko… to wtedy mogłam bronić narodowych barw na olimpijskiej scenie, a emocje, które mi towarzyszyły, były piękne. Wenezuela nie jest krajem, który wygrywa wiele medali. Ale każdy, jaki zdobywamy, przelewa dumę w nasze serce. Od momentu, kiedy sięgnęłam po srebro, wiedziałam, że chcę być “heroiną” dla mojego kraju – podsumowała w ciekawy sposób.

Tamtą imprezę można uznać za początek walki, która narodziła się między dwójką lekkoatletek. Nie ma jednak mowy o żadnej krewkiej, ognistej rywalizacji. Rojas przy każdej okazji powtarzała, że starsza o jedenaście lat Kolumbijka wyłącznie motywuje ją do dalszej pracy. I że wiele się od niej nauczyła. Choćby tego, jak zagrzewa się publiczność do dopingu i wykorzystuje ich wsparcie, aby “pofrunąć” jak najdalej.

Nie do pomylenia

Trudno nie zwrócić na nią uwagi. Gdzie nie startuje, tam emanuje charyzmą. Tańczy podczas prezentacji zawodniczek, klaszcze w ręce przed decydującymi skokami. Podczas zawodów uśmiech znika z jej z twarzy na rzecz skupienia, ale poza nimi zabiera go wszędzie.

Z charakterystyczną dla siebie energią zaczęła stopniowo odskakiwać Ibargüen. W latach 2017-2019 była już bezsprzecznie najlepsza na świecie. Podczas sezonu 2018 co prawda męczyły ją kontuzje kolana, ale i tak dwukrotnie sięgała po tytuł mistrzyni świata – w Londynie oraz Dausze. Nigdy nie znajdowała się jednak w tak wysokiej formie, jak ostatnio.

World Athletics uznało ją za najlepszą zawodniczkę pandemicznego sezonu. Ale na ten sukces zapracowała sobie na dobrą sprawę, zanim jeszcze koronawirus sparaliżował świat sportu.

W lutym pobiła bowiem rekord, który utrzymywał się czternaście lat. Podczas zawodów w Madrycie skoczyła 15 metrów i 43 centymetrów. Podczas zawodów halowych żadna zawodniczka w historii nie osiągnęła lepszego rezultatu. Poprzednia rekordzistka – Tatjana Lebiediewa – mogła pochwalić się wynikiem 15,36.

Teraz pozostaje jej pobicie rekordu globu na stadionie. Ten od 1995 roku należy do Inesy Kraweć i wynosi 15,50 metrów (Rojas skoczyła 15,41 w 2019 roku). Trzeba jednak podkreślić, że konkurencjach skokowych granice w historycznych tabelach bywają naprawdę złudne. Widać to na przykład skoczków wzwyż, w tym Mutazza Isy Barszima, który do rekordu świata Javiera Sotomayora zbliżył się na dwa centymetry już w 2014 roku. Po czym oznajmił, że wkrótce będzie chciał pobić Kubańczyka. To mu się jednak nie udało do dzisiaj.

Także dziewięć centymetrów, które dzieli Rojas a Krawec wciąż powinno budzić szacunek. To po prostu wyśrubowany rekord świata. W końcu nie przez przypadek w tym roku obchodził dwudzieste piąte urodziny. Zresztą najlepszy wynik w historii panów również się tyle utrzymuje. Dokonania Jonathana Edwardsa a Ukrainki dzielą tylko… trzy dni (7 i 10 sierpnia 1995 roku).

W wieku 25 lat Wenezuelka wciąż może uchodzić za stosunkowo młodą zawodniczkę, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że późno rozpoczęła starty w trójskoku. Rezerwy powinna zatem mieć wciąż spore. Sama zdaje sobie z tego sprawę: – Rekord świata, jak zawsze powtarzam, jest czymś, na czym bardzo mi zależy. Zbliżyłam się już do niego, ale jestem wciąż młoda i mam długą drogę przed sobą.

Yulimar Rojas nie tylko zapisuje się złotym głoskami w historii sportu w Wenezueli, ale jest istotną postacią w tamtejszej społeczności LGBT. Otwarcie wyraża wsparcie dla osób o różnych orientacjach, samemu będąc lesbijką. – Od kiedy zaczęłam uprawiać sport, starałam się walczyć o prawa kobiet i uważałam, że każdy ma prawo kochać, kogo chce. […] Jest tylko jedno życie i powinno się czerpać z niego garściami – mówiła w rozmowie z El Pais.

Wydaje się, że Rojas chce być zapamiętana jako ktoś więcej, niż sportowiec. Przede wszystkim osoba, która wlała nadzieje i radość w serca swoich rodaków, w momencie, kiedy ich kraj znajdował się na zakręcie. I oczywiście jako mistrzyni olimpijska – jeśli w przyszłym roku zdobędzie złoto w Tokio, stanie się pierwszą lekkoatletką w historii Wenezueli, która tego dokonała. Pierwszą po raz kolejny.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez