Wyrok podtrzymany. Semenya nie ma już czego szukać na bieżni?

Wyrok podtrzymany. Semenya nie ma już czego szukać na bieżni?

Szwajcarski Sąd Najwyższy odrzucił apelację Caster Semenyi. Podwójna złota medalistka olimpijska w biegu na 800 metrów odwołała się od decyzji Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS), który w maju 2019 roku przychylił się do wniosku World Athletics, wprowadzając tym samym regulacje dotyczące poziomu testosteronu w niektórych żeńskich dyscyplinach. “To nie będzie koniec tej historii” – zdążył już zapowiedzieć prawnik reprezentujący biegaczkę.

Najnowszy odcinek sądowej telenoweli może być jednak tym ostatnim – kolejnych dróg odwoławczych za bardzo nie widać. Sytuację mogłyby jednak zmienić kolejne badania, bo stan wiedzy naukowej w tym zakresie to jedno, a jego interpretacja to coś zupełnie innego. To być może największy paradoks tej sprawy – decyzję podjęto w zgodzie z szeroko pojętym “duchem sportu”, ale w jakimś sensie kierując się głównie intuicją i trochę wbrew naukowym dowodom.

Problem jest widoczny od wielu lat. Po drodze pojawiło się wiele wątków pobocznych, jednak sedno sprowadza się do dylematu natury moralnej: czy można próbować ograniczać naturalnie występujące w naturze zjawisko w imię walki o wyrównania szans? Trybunał w Lozannie w 2019 roku po wielomiesięcznych naradach uznał, że koniec końców nie ma innego wyjścia. Decyzja trzyosobowego panelu nie była wcale jednomyślna, a uzasadnienie werdyktu dostarczyło wielu nowych pytań.

“Dyskryminacja osób z zaburzeniami płci (DSD) jest niezbędnym, rozsądnym i proporcjonalnym środkiem do osiągnięcia celu postulowanego przez World Athletics, którym jest zachowanie uczciwości w niektórych żeńskich konkurencjach lekkoatletycznych” – napisano wprost we wnioskach końcowych. Już na pierwszy rzut oka widać zatem ciekawy paradoks. Walcząc o równe prawa w sporcie Trybunał właściwie wprost przyznaje się do dyskryminowania określonej grupy.

Niedawno ten fakt skrytykowała nawet… Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ). “Wprowadzone regulacje skutecznie legitymizują nadzór nad wszystkimi kobietami w sporcie w oparciu o stereotypy dotyczące kobiecości. Odmawiają także sportowcom o różnych cechach płciowych równego prawa do uprawiania sportu i naruszają szerzej rozumiane prawo do niedyskryminacji” – napisano.

Jedno dobro kontra drugie dobro

Być może to jedna z nielicznych sytuacji, w których… wszyscy mają rację. W dużym uproszczeniu – na szali znalazły się dwie wartości, między którymi nie udało się zachować idealnej równowagi. Z jednej strony jest zapewnienie wszystkim sportowcom prawa do startów na uczciwych i równych warunkach. Z drugiej – prawo każdej jednostki do genetycznej wyjątkowości i godności. Trybunał ostatecznie uznał, że proponowane zapisy – mimo pewnych wad – są “konieczne, rozsądne i proporcjonalne”.

Problem jest złożony i wielowątkowy. W mediach ma jednak od dawna twarz Caster Semenyi – dumnej reprezentantki RPA, której sukcesy stały się przyczynkiem do poważnej dyskusji. Nie chodzi jednak tylko o jedną zawodniczkę – wystarczy rzucić okiem na olimpijskie podium biegu na 800 metrów w 2016 roku. Łzy szóstej na mecie Lynsey Sharp i żal piątej Joanny Jóźwik mocno wybrzmiały wówczas w przekazach medialnych. Komplet miejsc na podium obsadziły bowiem zawodniczki podejrzewane o posiadanie naturalnie wysokiego poziomu testosteronu.

Problem widział chyba każdy, jednak trudno było wskazać uczciwe rozwiązanie. Czym innym jest farmakologiczne podwyższanie tego hormonu – to niestety wciąż zdarza się często i jest surowo karane. Czy jednak można podjąć walkę z naturą? Jeśli tak, to na jakich prawach?

Najważniejsi ludzie w Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej (wtedy znanej jako IAAF, dziś jako World Athletics) nie chowali głowy w piasek. Już w 2011 roku wprowadzili pierwsze regulacje dotyczące poziomu testosteronu w żeńskich biegach. Po wstępnych badaniach określono maksymalny dopuszczalny poziom hormonu u kobiet, a zawodniczki nie mieszczące się w granicach miały kilka wyjść.

Mogły “zbijać” poziom testosteronu lekami – i taką decyzję podjęła większość. Niektóre poddały się operacjom, które miały ten poziom zmniejszyć już na stałe. Jeszcze inne na długie miesiące zniknęły z pola widzenia. Problem nie zniknął, ale na moment przestał być widoczny. Semenya wybrała terapię lekową, a jej wyniki stopniowo zaczęły się pogarszać. Trzeba jednak przyznać, że ten proces trwał długimi miesiącami, jeśli nie latami.

Dwa oblicza Semenyi

Regulacje zaczęły obowiązywać od maja 2011 roku. We wrześniu reprezentantka RPA dotarła do finału mistrzostw świata, gdzie przegrała tylko z Mariją Sawinową. Jak na ironię Rosjankę przyłapano potem na dopingu, a Semenya – ze świetnym rezultatem 1:56.35 – otrzymała złoty medal. Sytuacja powtórzyła się rok później na igrzyskach – reprezentantka RPA na bieżni uległa tylko Sawinowej, by po czasie odebrać jednak złoto.

W kolejnych latach Semenyi szło jednak coraz gorzej. Rzadko potrafiła łamać barierę dwóch minut, co wcześniej przychodziło jej z łatwością. Źle znosiła porażki – najdotkliwszej doznała chyba podczas mistrzostw świata w 2015 roku. Dawna dominatorka uzyskała najgorszy wynik w gronie półfinalistek i poważnie myślała o zakończeniu kariery. Próbowała wtedy także eksperymentalnych startów na 1500 metrów, ale co wychodziło jej mocno średnio.

Przełom przyszedł… trochę znikąd. Do Trybunału Arbitrażowego odwołała się Dutee Chand – reprezentująca Indie sprinterka. Biegaczka argumentowała, że podwyższony poziom testosteronu występuje u niej naturalnie i nie przekłada się na poprawę wyników. Wtedy organ przychylił się do jej wniosku – uznał, że ówczesny stan wiedzy naukowej nie usprawiedliwia radykalnych działań podjętych przez IAAF.

Kiedy uchylono regulacje dotyczące poziomu testosteronu, Semenya wróciła na pierwsze strony gazet. Znów dominowała nad rywalkami i stała się kandydatką do pobicia długoletniego rekordu świata. Wygrywała jak chciała i kiedy chciała, a ta różnica mogła dać do myślenia nawet laikom. Jeśli nie ma związku między poziomem testosteronu a poprawą wyników, to dlaczego objęta regulacjami Semenya spisywała się tak słabo?

IAAF odwołał się od decyzji Trybunału uchylającej regulacje. W ramach argumentacji dostarczono wyniki nowych badań. Cel był oczywisty – należało udowodnić, że istnieje korelacja między wysokim poziomem testosteronu a lepszymi wynikami. Badania pozwoliły poznać szersze tło całego problemu. Po pierwsze – naturalnie podwyższony poziom testosteronu stwierdzono u niespełna 0,7 proc. uczestniczek lekkoatletycznych zawodów. To pokazuje, że problem – choć nośny medialnie – jest jednak w jakimś sensie marginalny. W sumie dotyczył zaledwie dziewięciu zawodniczek.

Wyniki badań to jedno, a ich interpretacja to kolejna sprawa. Ostatecznie związek między poziomem testosteronu a poprawą wyników dostrzeżono w biegach na 400 i 800 metrów, ale także w skoku wzwyż i w rzucie młotem. Postulowane regulacje miały dotyczyć jednak tylko biegów. Ostatecznie skupiono się na dystansie od 400 metrów do jednej mili (ok. 1609 metrów). Faktycznie włączono więc do zapisów bieg na 1500 metrów – mimo braku dowodów, że zależność występuje także i tam.

Gdzie wytyczyć linię?

I w tym momencie warto się na moment zatrzymać. Część środowiska naukowego nie rozumie tej decyzji i otwarcie ją krytykuje. Prym wiedzie zwłaszcza doktor Ross Tucker, jeden z najbardziej znanych specjalistów zajmujących się naukową stroną sportu.

Nie rozumiem, jak można dokonać tak arbitralnej oceny. Przyjęto założenie, że testosteron zapewnia przewagę, a potem wybrano cztery dyscypliny. To przecież nie jest tak, że w zawodach mężczyzn testosteron wybiera te same dyscypliny i zapewnia w nich przewagę niektórym zawodnikom! Ten paradoks najlepiej podsumowuje fatalny obraz badań dostarczonych przez World Athletics. To budzi mój ogromny sprzeciw. Mamy do czynienia z absurdalnym stanowiskiem, do którego doprowadziły arbitralne i wewnętrznie niespójne wnioski – ocenia badacz.

Tucker – przy całej krytyce – zgadza się jednak, że linię gdzieś trzeba jednak wyznaczyć. Kontruje powracające argumenty o uznanie “genetycznej wyjątkowości” Semenyi – na takiej samej zasadzie, na jakiej docenia się fenomen ogromnego zasięgu ramion i pojemnych płuc Michaela Phelpsa czy wyjątkowych włókien mięśniowych Usaina Bolta.

Sportowa wybitność musi obowiązywać w obrębie określonych kategorii. Akceptujemy przecież, że w NBA dominują gracze wysocy, a w innych dyscyplinach liczy się wielkość serca czy pojemność płuc. Sport nagradza wyróżniające się jednostki, ale w obrębie kategorii. (…) Podział płciowy pozwala chronić kobiety i doceniać ich wyniki na innych prawach. Nie oferujemy takiego samego “wsparcia” ludziom z małymi stopami, krótkimi ramionami, określonymi włóknami mięśniowymi czy po prostu osobom niskim – kontynuuje Tucker.

Przyszłość na boisku?

Można i wręcz trzeba spierać się o to, czy linia została wytyczona we właściwym miejscu. Od tego są jednak odpowiednie sądy i trybunały. A one – mimo licznych wątpliwości – ostatecznie uznały zasadność argumentacji przedstawicieli World Athletics. „To jedno z najbardziej oczekiwanych orzeczeń w historii sportu” – ocenił w mediach społecznościowych Marek Plawgo.

Co czeka Semenyę? Jeśli zawodniczka chce walczyć na kolejnych igrzyskach olimpijskich na swoim koronnym dystansie, to musi poddać się kuracji lekowej obniżającej poziom testosteronu. Bez jakichkolwiek regulacji może wystartować na przykład na 200 metrów lub na 3000 metrów. Takie próby podejmowała zresztą w ostatnich latach, ale trudno przewidzieć, czy poróżniona z całym światem będzie chciała robić to na dłuższą metę.

Może też opuścić lekkoatletyczny świat i kontynuować karierę… na piłkarskim boisku. Taką ścieżkę pokonała wcześniej między innymi Maria Mutola – jedna z jej pierwszych trenerek. “To niepowodzenie nie będzie końcem historii Caster” – przekazał w oficjalnym komunikacie jej prawnik, Greg Nott.

Sama 29-latka już wcześniej porównywała swoje cierpienia do losów… Jezusa. Teraz w teorii może się jeszcze odwołać do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPC). Jest jednak pewien problem – na ten organ powołują się… działacze World Athletics, argumentując potrzebę wprowadzenia nowych regulacji.

“Spokojnie moi kochani. Człowiek może zmieniać zasady, ale ten sam człowiek nie może rządzić moim życiem. Mam na myśli to, że nawet jeśli przegrałam z nimi tę sądową potyczkę, to prawdziwą batalię wygrałam dużo wcześniej. Sprawdźcie moje osiągnięcia, to zrozumiecie. Drzwi mogą być zamknięte, ale nie zostały zaryglowane” – napisała w komentarzu na ostatni werdykt sama Caster Semenya. Co by się nie działo – jeszcze o niej usłyszymy. W środowisku biegaczek specjalizujących się w startach na 800 metrów zapowiada się jednak na nowe otwarcie.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Arkadiusz
Arkadiusz
11 dni temu

Joanna należy ci się medal !

Aktualności

Kalendarz imprez