Wygrać z bólem. Trzy olimpijskie historie o pokonywaniu własnych słabości

Wygrać z bólem. Trzy olimpijskie historie o pokonywaniu własnych słabości

Takie opowieści zawsze łapią gdzieś za umysł czy nawet serce. Wciągają, sprawiają, że kibicuje się nawet sportowcom, których wcześniej się nie lubiło. Ból pokonywało wielu – Justyna Kowalczyk w Soczi, Juan Martin del Potro, zdobywający dwa medale olimpijskie w tenisie czy Kurt Angle wygrywający złoto z bolesną kontuzją szyi. Trzy z takich historii są jednak wyjątkowe. Dlaczego? O tym właśnie piszemy.

Najszybsza

Zwano ją „Czarną gazelą”. Była fenomenem. Biegała najszybciej i najlepiej, choć – jak lata później Usain Bolt – miała spore problemy ze startem. Była wysoka i sama o tym mówiła. – Zawsze miałam najgorszy start w historii spośród wszystkich sprinterów i sprinterek ze Stanów Zjednoczonych. Przez pierwsze 30-40 jardów nie było mnie w wyścigu. Im dalej biegłam, tym szybsza się stawałam. Zawsze byłam w stanie przyśpieszyć na końcu. To było kluczem – I to właśnie ten klucz pozwolił jej zdobyć trzy złote medale na jednych igrzyskach.

Choć kilkanaście lat wcześniej nie było mowy o tym, by Wilma Rudolph w ogóle biegała.

Urodziła się w biednej czarnoskórej rodzinie w Tennessee, będąc… dwudziestym dzieckiem swojego ojca i szóstym matki. Część z jej braci i sióstr już wyprowadziła się z domu, gdy Wilma przyszła na świat. A był to rok 1940. USA wciąż wychodziły z wielkiego kryzysu i za niedługo miały dołączyć do wojny, czarnoskórzy wciąż nie byli równouprawnieni i musieli brać pod uwagę segregację rasową, a do tego wszystkiego, przyszła mistrzyni była wcześniakiem. Jeszcze jako niemowlak przeszła wiele chorób.

Ta najpoważniejsza uderzyła jednak, gdy Wilma miała pięć lat. Mała Rudolph dopiero co przeżyła zapalenie płuc i szkarlatynę. Wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, gdy matka Wilmy usłyszała od lekarza słowa, które niemalże doprowadziły ją do rozpaczy:

Przykro mi, ale szanse na to, że pani córka będzie chodzić są niewielkie. Choruje na polio.

W tamtych czasach nie istniała jeszcze szczepionka, odkryto ją kilka lat później. A polio było chorobą piekielnie groźną. W skrajnych przypadkach prowadziło nawet do śmierci.

To, że Wilma przetrwała, graniczyło z cudem. Rodzina naprawdę biedowała, a wiele szpitali dostępnych było wyłącznie dla białych. W domu nie brakowało prądu, bieżącej wody. Ogrzewano się przy kominku albo lampie naftowej – zależnie od tego, jak się akurat dało. Dzieciaki nosiły stroje uszyte przez matkę, często z worków, choćby takich na mąkę. Kiedy więc polio zaatakowało, istniało realne zagrożenie życia Wilmy. Skończyło się „tylko” paraliżem lewej nogi.

Przez kilka lat nie chodziła do szkoły, to nauczyciele przyjeżdżali do niej. W 1946 roku, razem z matką, zaczęła cztery razy w tygodniu jeździć do Meharry Medical College w Nashville na serie masaży. Takie wycieczki obie odbywały przez dwa lata, pokonując 80 kilometrów w jedną stronę. W autobusie, oczywiście, siadały z tyłu, w strefie „dla czarnych”. Lekarze nauczyli, jak masować nogę Wilmy, jej rodziców i rodzeństwo, żeby mogli robić to też w domu. Wkrótce Rudolph była w stanie chodzić w stabilizatorze na nogę. Minęło jednak kilka lat, zanim robiła to na tyle dobrze, by iść do szkoły.

W końcu trafiła i tam. Choć nie mogła ćwiczyć i bawić się z dziećmi, jeśli wymagało to biegania. Później mówiła, że widok cieszących się rówieśników, wyzwalał w niej pokłady ambicji. Ambicji, która, jak się wkrótce okazało, znalazła ujście. Bo Wilma robiła postępy. Wkrótce odrzuciła stabilizator, chodziła jedynie w specjalnie przygotowanych do tego celu butach. A gdy miała 12 lat, stała się rzecz, której nikt nie mógł przewidzieć – zaczęła chodzić i biegać samodzielnie. Niemal jak Forrest Gump w jednej z najsłynniejszych scen filmu. – Lekarz powiedział, że nigdy nie będę chodzić. Mama powiedziała jednak, że będę. Uwierzyłam jej – mówiła po latach.

Wkrótce – w dużej mierze za sprawą starszej siostry, która też grała – trafiła do drużyny koszykarskiej. Szło jej świetnie. Była szybka, potrafiła rzucać. Nie minęło wiele czasu, zanim stała się jedną z najważniejszych postaci w szkolnej drużynie. Ale w przerwach od meczów musiała jakoś trenować. Trafiła do drużyny sprinterskiej i tam została. Już jako szesnastolatka, w 1956 roku, zaledwie cztery lata po pierwszych samodzielnych krokach od zachorowania, trafiła do kadry USA. Tam Mae Faggs wzięła ją pod swe skrzydła. – Chcesz trafić do drużyny? Jedyne, co musisz w tym celu zrobić, to utrzymać moje tempo. Jeśli ci się to uda, będziesz biec w sztafecie – mówiła jej mentorka. Rudolph tempo utrzymała, wygrywając wiele lokalnych zawodów. I pojechała na igrzyska. Z Australii wróciła z brązowym medalem zdobytym w sztafecie, stając się bohaterką… swojej klasy.

Znajomi podawali sobie mój brązowy medal, żeby każdy mógł go dotknąć, poczuć i zobaczyć, jak wygląda. Kiedy dostałam go z powrotem, wszędzie były odciski palców. Wzięłam go i zaczęłam polerować. Odkryłam, że brąz się nie świeci. Więc postanowiłam spróbować jeszcze raz. Tylko tym razem po to, by zdobyć złoto – mówiła „Chicago Tribune”. Ale na przeszkodzie w dostaniu się na igrzyska w Rzymie, cztery lata później, stanęła jej jeszcze jedna rzecz – w 1958 roku zaszła w ciążę. Nie przejmowała się tym jednak. Urodziła córkę (zaledwie miesiąc po skończeniu szkoły) i wróciła na bieżnię.

Szło jej świetnie, jakby w ogóle nie miała przerwy. Równocześnie studiowała na uniwersytecie w Tennessee, reprezentując uczelnię. W lecie w 1960 roku pobiła swój pierwszy rekord świata. Pierwszy, bo na tym się nie skończyło. Niedługo później pojechała bowiem na igrzyska w Rzymie. I tam podbiła świat. Pomogło jej na pewno to, że igrzyska transmitowały telewizje wielu krajów. Ale i sam wynik – trzy złota – nie mógł przejść niezauważony.

Rudolph wygrała na sto metrów, bijąc rekord świata. Triumfowała na dwieście metrów, bijąc rekord olimpijski i odsadzając rywalki o kilka metrów. Nie miała sobie równych też w sztafecie, biegnąc na ostatniej zmianie, choć omal nie straciła pałeczki w trakcie jej przekazania. Pewnie chwyciła ją dopiero w ostatniej chwili, tuż przed punktem wyznaczającym koniec strefy zmian. A potem pognała za Iriną Press ze Związku Radzieckiego, bo musiała nadrobić stracony dystans. Wygrała, minimalnie, na ostatnich metrach, mimo że – zresztą jak i w startach indywidualnych – biegała ze skręconą kostką, co utrudniało jej bieg po łuku.

Jej sukces przyciągnął media z całego świata. To wtedy nazwana została „Czarną gazelą”. Pojawiły się plotki o możliwym romansie z Livio Berrutim, znakomitym płotkarzem. Sama Wilma dostawała zaproszenia do kolejnych programów, udzielała wywiadów, a nawet spotkała się z prezydentem. To była wielka sprawa nie tylko dla niej, ale i osób czarnoskórych. Nic dziwnego, że porównywano ją do Jessego Owensa, który przed laty też stał się dla swoich pobratymców bohaterem. Rudolph pewnie mogłaby wykręcić ze swej kariery więcej niż Owens. Postanowiła jednak skończyć z bieganiem dwa lata po igrzyskach, bo chciała „być zapamiętana jako najlepsza wersja siebie”. Potem wspominała, że nigdy tego nie żałowała.

Wygrywał z rywalami, Hitlerem i… końmi.  Przegrał z rakiem.

Na sportowej emeryturze została nauczycielką, trenerką, komentatorką sportową, wydała bestsellerową autobiografię, angażowała się w akcje charytatywne. Zmarła w 1994 roku, mając 54 lata, zaatakował ją rak mózgu. Do historii przeszła jako sprinterka, której nic nie mogło zatrzymać. Polio, bieda, segregacja rasowa czy nawet rywalki. Nic.

Dla drużyny

To trochę inna historia. Nie tyle życia, co jednego konkretnego momentu, który jednak – jak się potem okazało – zaczął definiować właśnie życie i karierę Kerri Strug, mistrzyni olimpijskiej w gimnastyce z Atlanty. Medal zdobyła – jak zresztą inny, brązowy, cztery lata wcześniej – w rywalizacji drużynowej. Indywidualnie nigdy nie była zawodniczką wybitną. Ale z koleżankami potrafiła wznieść się na absolutne wyżyny.

Tak też było w 1996 roku. Amerykańskie gimnastyczki dążyły wówczas do tego, by – po raz pierwszy w swej historii zdobyć – złoty medal igrzysk. W tym celu z emerytury powrócił nawet Bela Karolyi, znakomity szkoleniowiec. Ten sam, który doprowadził je do brązu w Barcelonie, cztery lata wcześniej. Wszyscy skupiali się na tym jednym, najważniejszym celu, z Karolyim na czele. To on przez wiele lat budował potęgę amerykańskiej gimnastyki. To on marzył o tym złocie. To on wiedział, że ma do dyspozycji skład znakomitych zawodniczek.

Strug była w nim weteranką, choć na karku nie miała jeszcze 19 lat. Ale trenowała od trzeciego roku życia, a starty w zawodach zaczęła jako ośmiolatka. Już w 1991 roku przeniosła się do Houston, specjalnie dla treningów z Karolyim. W Barcelonie była najmłodszą z zawodniczek, które zdobyły brąz i zaliczyła cenne doświadczenie, które potem przeniosła do Atlanty. Choć niewiele brakowało, by w ogóle się tam nie znalazła – w 1994 roku przytrafił jej się poważny uraz pleców, gdy upadła na nie w trakcie ćwiczeń.

Wróciła jednak szybko, jeszcze na mistrzostwa świata w tym samym roku. Niedługo później powrócić też Karolyi i oboje znów rozpoczęli współpracę. Pod dowództwem surowego, rumuńskiego trenera, powstała ekipa, którą powszechnie nazywano „Maginificent Seven” – „Siódemką wspaniałych”. I to ta siódemka właśnie miała pokonać Rosjanki i zgarnąć upragnione przez wszystkich złoto. Tak się zresztą stało. Ale chyba nikt nie spodziewał się, w jakich okolicznościach do tego dojdzie.

Czternastoletnia Dominique Moceanu mogła zapewnić Amerykankom zwycięstwo. Potrzebowała tylko niezłego skoku przez stół. Nie musiała wznosić się na wyżyny. Ale presja złożona na barkach tak młodej dziewczyny okazała się zbyt duża. Moceanu oddała dwa skoki, dwa razy nie udało jej się osiągnąć wymaganego wyniku. Została Strug, teraz to na niej spoczywała presja. Przyszedł czas na jej pierwszy skok. Rozbieg, wybicie, akrobacja – wszystko wyglądało dobrze. Aż do lądowania. To się nie udało, a – na domiar złego – Kerri usłyszała, jak coś pęka w jej kostce. Potem okazało się, że zerwała dwa więzadła.

W każdej innej sytuacji skończyłaby właśnie igrzyska. Ale nie w tej. Bela Karoyli podszedł do niej i powiedział: „Kerri, potrzebuje cię jeszcze jeden raz. Potrzebujemy cię, żeby zdobyć złoto”. Strug raz jeszcze stanęła więc na rozbiegu. Sobie tylko znanym sposobem pobiegła. Sobie tylko znanym sposobem wybiła się. Sobie tylko znanym sposobem wykonała wszystko dobrze. I wreszcie – sobie tylko znanym sposobem wylądowała. Tak, by jak najmniej obciążyć kontuzjowaną nogę, którą zresztą niemal natychmiast po lądowaniu uniosła, stojąc tylko na jednej, tej zdrowej. Po chwili uklękła, zmagając się z bólem. Ale to, co miała zrobić, już zrobiła – Amerykanki miały złoto.

Szybko zniesiono ją do lekarzy. Opatrzono jej nogę na tyle, by mogła odebrać swój medal, na który tak ciężko zapracowała. Z podium też ją zniesiono – zrobił to sam Bela Karoyli i do dziś jest to jeden z najbardziej ikonicznych obrazów związanych z igrzyskami. Dopiero wtedy pojechała do szpitala. Przez kontuzję nie mogła rywalizować w indywidualnych konkurencjach. Później mówiono, że – biorąc pod uwagę wynik ostatniej z Rosjanek, która startowała po niej – wcale nie musiała skakać po raz drugi. Ale kto wie, co by się stało, gdyby rywalka wiedziała, że wciąż może zapewnić swojej reprezentacji złoto? Strug stała się więc bohaterką narodową.

I to wcale nie przesadzona opinia. Kerri po sukcesie została zaproszona na wizytę u prezydenta Billa Clintona, trafiła na okładkę „Sports Illustrated”, podpisała mnóstwo kontraktów reklamowych i występowała w programach telewizyjnych, choćby Saturday Night Live. Nikt w Stanach nie zapomniał jej heroicznego wyczynu. A ona sama? Zrezygnowała z kolejnych startów, wkrótce zakończyła karierę olimpijską, bo została profesjonalistką. Była trenerką, uczyła się na uniwersytecie, potem pracowała nawet jako doradca w amerykańskim rządzie. Mówiła, że z biegiem lat coraz mniej jej studentów wie o tym, co stało się na igrzyskach w Atlancie. Choć czasem proszą ją jeszcze o pokazanie kilku gimnastycznych akrobacji.

Do końca

Trzecia historia to jeszcze inny przypadek – człowieka, który właśnie przez ból nie został medalistą olimpijskim, ale i tak możemy uznać go za zwycięzcę. Dereka Redmonda w 1992 roku pokochali wszyscy fani, obserwujący zmagania lekkoatletów. Brytyjczyk był jednym z faworytów biegu na 400 metrów, przed igrzyskami imponował znakomitą formą. W eliminacjach w Barcelonie pobiegł dobrze, spokojnie, bez problemu awansował do półfinału. Tam trzeba się już było trochę wysilić. I o ile Derek na wysiłek był gotowy, o tyle – jak się okazało – jego organizm nie.

Po świetnym starcie Redmond przewodził stawce i kontrolował sytuację. Mógł spokojnie biec do mety. I tak robił. Przez niecałe 200 metrów. Wtedy w jego udzie zerwało się ścięgno. Kontuzja, która nie pozwalała na kontynuowanie biegu. Nie było nawet takiej możliwości. Choć Derek początkowo nie zdawał sobie z tego sprawy, myślał, że rywali jeszcze dogoni. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, co się dzieje. Siedzący na trybunach Jim, jego ojciec, widział, że jego syn stracił właśnie swą szansę.

Do Redmonda podbiegli medycy i zaczęli się nim zajmować. Ten jednak wstał, odpędził ich ruchem ręki i ruszył do mety. Wolno, cierpiąc przy każdym kroku, kulejąc. Ale parł do przodu. Rywale już dawno dobiegli, to jednak nie interesowało publiki. Ta całą swoją uwagę skupiła na osobie Brytyjczyka i zaczęła dopingować go, by dokuśtykał do mety. Tym bardziej, że zjawił się przy nim jego ojciec.

– Nawet teraz trudno mi powiedzieć, czemu to zrobiłem – mówił potem Jim. – To była spontaniczna reakcja, jakbym zobaczył go, potrąconego przez samochód. Chciałem go powstrzymać, dlatego tam pobiegłem. Mogłem zaakceptować fakt, że mój syn jest kontuzjowany, ale nie to, że chciał biec dalej, w bólu i z perspektywą pogorszenia kontuzji.

Derek nie dał się jednak przekonać do zakończenia biegu. – Skoro tak – powiedział mu Jim – to skończymy ten bieg wspólnie. – Ponoć było tam też sporo niecenzuralnych słów, bo Derek mówił później, że nigdy nie słyszał, by jego ojciec tak się wyrażał. Ani przed igrzyskami, ani po nich. Ale mimo przeklinania, Jim chwycił syna pod ramię i pomógł mu dobiec do końca w ogłuszającym wręcz aplauzie publiczności. Sam Derek go jednak nie słyszał, był otumaniony bólem i utraconą szansą na odniesienie sukcesu. Zresztą podwójną, bo miał biegać też w sztafecie.

W swojej karierze był mistrzem Europy i świata. Olimpijskim nigdy. Choć w historii igrzysk zapisał piękny akapit. I to mimo tego, że w oficjalnych statystykach jego półfinałowy bieg figuruje pod hasłem „Did not finish”. Ze względu na pomoc ojca nie można było bowiem uznać Derekowi, że start ukończył. Ale, jak powiedziano w jednym z wideo stworzonych na potrzeby Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, „siła mierzona jest w kilogramach. Szybkość mierzona jest w sekundach. Odwaga? Nie można zmierzyć odwagi”. Lub, jak to mówił z kolei Morgan Freeman w kampanii reklamowej Visy: „Derek i jego tata finiszowali na szarym końcu, ale on i jego tata finiszowali”.

Bo biegi na igrzyskach kończy wielu zawodników. Niektórzy na ostatnich pozycjach, inni zdobywają medale. Ale nikt nie zrobił tego tak jak Derek Redmond. Dobiegając wbrew wszystkiemu: bólowi, sobie samemu, rozpaczy i oddalającym się rywalom. Choć nie zdobył medalu, a nawet nie startował w finale, to stał się jednym ze zwycięzców tamtych igrzysk. Nie potrzebował do tego krążka zawieszonego na szyi.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Wikimedia


Aktualności

Kalendarz imprez