Wspaniały: talenty nie spadają nam z księżyca

Wspaniały: talenty nie spadają nam z księżyca

– Kiedy robiliśmy prezentacje w FIVB i CEV, to niektórzy byli bardzo zdziwieni, jak to w ogóle jest możliwe i skąd mamy na to pieniądze. W żadnym kraju nie ma szkolenia na taką skalę, jaką my realizujemy od siedmiu lat – przekonuje Waldemar Wspaniały.

Z byłym trenerem reprezentacji siatkarzy, a dziś szefem Siatkarskich Ośrodków Szkolnych, rozmawiamy o wyjątkowości polskiego systemu szkolenia, ale nie tylko. Dlaczego Vital Heynen od zawsze był irytującym gościem? Dlaczego przez upartego Raula Lozano omal nie zrezygnował z funkcji wiceprezesa związku? Jak widzi zbliżający się debiut w kadrze Wilfredo Leona?

***

RAFAŁ BIEŃKOWSKI: Jak zapamiętał pan Vitala Heynena, kiedy on był jeszcze graczem belgijskiego Noliko Maaseik, a pan prowadził Mostostal Kędzierzyn-Koźle? Bo słyszałem, że pana wkurzał.

WALDEMAR WSPANIAŁY: On wtedy wkurzał wszystkich! Graliśmy z Noliko kilka meczów w Lidze Mistrzów. Może Heynen nie był jakąś wielką gwiazdą światowej siatkówki na pozycji rozgrywającego, ale był bardzo solidnym zawodnikiem, to trzeba przyznać. Natomiast swoim zachowaniem naprawdę irytował wszystkich: graczy drużyny przeciwnej, trenerów, sędziów, kibiców. Często dostawał kartki, jako kapitan nie przychodził na obowiązkowe konferencje prasowe. Zachowywał się… trochę podobnie jak teraz. Nie widzę wielkiej różnicy, a przecież tamte mecze rozgrywaliśmy ponad piętnaście lat temu (śmiech).

Później, kiedy wystartował w konkursie na trenera naszej reprezentacji, też trochę kręcił pan nosem, bo uważał, że w końcu nadszedł czas na polskiego selekcjonera.

Byłem zwolennikiem opcji polskiej i w dalszym ciągu jestem. Po prostu uważam, że mamy utalentowanych trenerów, tylko niestety, długo nie dostawali oni swoich szans. Ale na szczęście to się zmienia i w końcu kilku chłopaków będzie pracowało w tym roku w PlusLidze w dobrych klubach. Myślę tu chociażby o Piotrku Gruszcze w Resovii, Michale Winiarskim z Treflu, Mieszko Gogolu w Skrze czy Darku Daszkiewiczu w GKS-ie. A przecież są jeszcze Kuba Bednaruk czy Robert Prygiel. Wierzę, że w końcu większość trenerów w PlusLidze będą stanowić Polacy.

Oczywiście szanuję trenerów zagranicznych, ale z tej najwyższej półki. Jestem w radzie nadzorczej ZAKSY, gdzie akurat mieliśmy okazję zatrudniać wybitne osobowości, które wygrywały później mistrzostwo: myślę tutaj o De Giorgim i Gardinim. Teraz zatrudniliśmy Nikolę Grbicia i on też nie potrzebuje reklamy. Mimo to cały czas jestem za tym, aby naszych szkoleniowców było więcej. Mariusz Sordyl, który w ostatnim sezonie zdobył w Turcji mistrzostwo i puchar kraju, otrzymał propozycję z ZAKSY. Ale wcale się nie dziwię, że po takim sukcesie Fenerbahce nie chciało go puścić.

Vital Heynen to ekscentryczny, nieobliczalny trener, ale wyniki go bronią i ma dziś mandat w zasadzie do każdej decyzji.

Heynen nie zabrał na finał Ligi Narodów wszystkich najlepszych graczy. Myślę, że gdyby taką decyzję kilka lat temu podjął inny trener, tak samo traktując Ligę Światową, to facet w przypadku braku wyniku długo już by nie popracował. Mówię to już trochę z uśmiechem, ale wcześniej byłem bardzo zaskoczony, jak ta reprezentacja była prowadzona przez Heynena. Ale czapki z głów, przyznałem się do pomyłki. Heynen został mistrzem świata, nikt już mu tego nie odbierze. Życzę mu, aby jego drużyna zdobyła medal na igrzyskach.

Zaskoczył pana awans do Final Six Ligi Narodów tak rotowanym składem? Niektórzy śmieją się, że Heynen nie chciał tam awansować mając za pasem kwalifikacje olimpijskie, dlatego sięgał tak głęboko na zaplecze. Ale najwyraźniej i tak zbyt płytko…

To co on myśli, to rzecz nieodgadnięta. Chociaż generalnie spodziewałem się, że tak właśnie będzie wyglądał skład drużyny. Pamiętajmy, że Liga Narodów to nie jest najważniejsza impreza sezonu. W moich czasach i nieco później, Liga Światowa była traktowana niemalże jak mistrzostwa świata, ale z biegiem lat to się zmieniło. Dziś jest to okres przygotowawczy do najważniejszych imprez, a w tym roku taką są kwalifikacje do Tokio. Co za tym idzie, nie tylko my graliśmy zmienionym składem. Właściwie tylko Iran i Brazylia grały praktycznie non stop najmocniejszym zestawieniem.

Powiedział pan „zaplecze”. Nie wiem, czy to najlepsze słowo. Mamy 26 naprawdę wyrównanych, ogranych zawodników. Jest to grupa ludzi, którzy przez ostatnie dwa lata sprawdzili się w naszej lidze. To młodzi chłopcy, ale mający już spore doświadczenie z rozgrywek ligowych, Ligi Mistrzów czy w młodszych reprezentacjach. To nie są przypadkowi ludzie. Zobaczymy jak sprawdzą się w finałach w Chicago (rozmawialiśmy we wtorek – red.), ale zakładam, że będzie dobrze. Ale jak bardzo? Podejrzewam, że nawet Heynen tego nie wie.

Osoby, które chcą wbić Belgowi delikatną szpilę pytają, na ile ostatnie sukcesy są efektem jego trenerskiego nosa, a na ile tego, że trafił po prostu na kolejną świetną generację siatkarzy. Z drugiej jednak strony, złote mistrzostwa świata we Włoszech i przegrane mistrzostwa Europy w Polsce dzielił tylko rok. Ferdinando De Giorgi też miał duży potencjał, a jednak przegrał.

Trzeba jednak pamiętać, że za kadencji De Giorgiego ci zawodnicy byli młodsi, mniej ograni. Jednak grupa mistrzów świata juniorów później weszła na dobre do tej grupy. Do tego dorośli jeszcze tacy gracze jak Olek Śliwka czy Maciej Muzaj. Tak się akurat złożyło, że mieliśmy utalentowanych graczy w kilku rocznikach. Proszę zobaczyć, teraz doskoczyli rozgrywający Marcin Komenda i Marcin Janusz. Kiedy jednego i drugiego widzieliśmy na turniejach młodzieżowych w Częstochowie, gdy mieli po 17 lat, to od razu było widać, że będą w przyszłości grać w reprezentacji. I tak się stało.

Policzyłem, że w XXI wieku wszystkie kategorie wiekowe naszych reprezentacji zdobyły 69 medali. 15 z nich wywalczyły kadry seniorskie kobiet i mężczyzn. Kto pana zdaniem ma dziś najlepszy system szkolenia siatkarzy na świecie?

Jesteśmy na pewno w ścisłej czołówce. Myślę, że obecnie tylko Rosja i Włochy mogą się z nami równać, chociaż my wciąż nie mamy tych najważniejszych medali, czyli olimpijskich. Dalej mamy Francuzów, którzy zawsze bardzo dobrze szkolili młodzież. Brazylię należy zostawić trochę z boku, ponieważ oni inaczej do tego podchodzą, jeszcze kilka lat temu praktycznie w ogóle nie brali udziału w rozgrywkach młodzieżowych.

Tyle zdobytych medali to nie jest przypadek. Trzeba o tym mówić i pisać, bo ciągle narzekamy, że w polskim sporcie nie ma żadnych systemów szkolenia, a jednak siatkówka ma już taki od wielu lat. Ja wiem, że to nie są gorące newsy, które fajnie się sprzedają, ale z drugiej strony nie mogę patrzeć na to, że naszą pracę w pewien sposób się u nas lekceważy. Przede wszystkim tych ludzi, którzy pracowali lub pracują z młodzieżą. Utalentowani zawodnicy nie spadli nam nagle z księżyca, tylko przeszli okres szkolenia od 12-latka, aż do zawodnika reprezentacji seniorów. Ktoś ich wiele lat temu znalazł, odpowiednio prowadził, namówił, aby zostali przy siatkówce.

Kiedy do pana zadzwoniłem, powiedział pan, że jeszcze w latach 90. nasz system szkolenia to była prowizorka. A konkretnie?

Niedługo będzie sześćdziesiąt lat jak siedzę w siatkówce, więc dużo widziałem. Jeszcze w latach 70. mieliśmy podobny system jak teraz. Oczywiście nie było to tak rozwinięte na cały kraj, ale były klasy sportowe i wyławiano talenty. Zresztą ówczesna władza bardzo popierała sport, a efektem tej inwestycji były igrzyska w Montrealu, gdzie zdobyliśmy we wszystkich sportach aż 26 medali. Dziś nie jesteśmy w stanie nawet zbliżyć się do tego wyniku.

Lata 80. w siatkówce to była jednak zapaść finansowa, organizacyjna. W kraju była bieda, a to też miało przełożenie na sport, ponieważ wycofywali się państwowi sponsorzy, czyli kopalnie, huty, wojsko. Wtedy było bardzo źle, ale mimo wszystko w latach 80. i tak dwa razy zdobyliśmy wicemistrzostwo Europy. Być może jeszcze trochę siłą rozpędu, ale mimo wszystko nasza siatkówka cały czas była na określonym poziomie.

Potem szkolenie na długie lata siadło. Dopiero mniej więcej od połowy lat 90. znów zaczęła się systematyczna praca z młodzieżą. W 1997 r. powstały Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Sosnowcu i Rzeszowie. Przypomnę, że z tego SMS-u osiem czy dziewięć dziewczyn to były później mistrzynie Europy z kadry Niemczyka. Wtedy zaczęło się szkolenie z prawdziwego zdarzenia: odpowiedni nabór, selekcja, to już było robione pod profesjonalną siatkówkę.

W 1996 r. nasi juniorzy zdobyli mistrzostwo Europy, a rok później mistrzostwo świata. Pokolenie Piotra Gruszki, Sebastiana Świderskiego czy Pawła Zagumnego uczyło się jednak siatkówki znacznie wcześniej. Można powiedzieć, że to były jeszcze w dużej mierze samorodki?

W pewnym sensie tak. Sebastian pochodził z Gorzowa, Dawid Murek z Międzyrzecza, Piotrek Gruszka z Kęt, Marcin Prus i Paweł Papke znowu ze Starogardu Gdańskiego. Trenerzy, którzy pracowali w tamtych ośrodkach, tak naprawdę znaleźli ich nie będąc w żadnym systemie szkolenia. Mieli po prostu nosa do takich brylantów. A to nie było łatwe, bo siatkówka była u nas wtedy sportem trochę niewidzialnym. Nie było wyników, nie było więc transmisji telewizyjnych, a młodzi wybierali inne dyscypliny. To właśnie ci trenerzy położyli podwaliny pod późniejszy system szkolenia. Tak naprawdę wszystko zaczęło się właśnie od tej ekipy, która zdobyła mistrzostwo świata juniorów.

Później, właśnie od 1997 r., zaczęły trafiać się kolejne brylanty. Przede wszystkim wszedł rocznik Winiarskiego, Wlazłego, Wiockiego, Możdżonka, którzy też zdobyli mistrzostwo świata juniorów.

Zgadza się pan z tym, że nasz system szkolenia nabrał rozpędu głównie po kadencji Raula Lozano? Argentyńczyk odchodził wprawdzie skłócony z połową środowiska, ale dał impuls naszej siatkówce.

Byłem wtedy wiceprezesem związku. Pierwszy raz zdecydowaliśmy się na ogłoszenie konkursu na trenera, chociaż tak naprawdę nie mieliśmy na to funduszy. Byłem odpowiedzialny za jego przebieg i pamiętam, że zgłosiło się 23 trenerów. Niektórzy byli z najwyższej półki, oprócz Lozano znaleźli się tam chociażby Zoran Gajic, Boris Kolczins i jeszcze kilku bardzo dobrych szkoleniowców włoskich.

I ma pan rację – Raul, który wygrał konkurs, a potem zdobył wicemistrzostwo świata, wprowadził coś nowego. Pokazał nam inną pracę, inne podejście do siatkówki. Podam taki przykład: jak zobaczył siłownię w Spale, który była chyba jeszcze z lat 60., to aż się złapał za głowę. Nie mógł uwierzyć w to co widzi. Wtedy tylko Raul mógł doprowadzić do tego, że Polski Związek Piłki Siatkowej wyłożył na nowoczesną siłownię – pamiętam to jak dziś – 250 tys. zł. Wtedy to były dla nas wielkie pieniądze.

Ten przykład pokazuje, że Lozano poza pracą trenera, zwracał też uwagę na wiele kwestii technicznych. Poza tym to był pierwszy trener od dawna, który przepracował całą kadencję zgodnie z zawartą umową. Wcześniej było tak, że trener pracował rok-dwa i była zmiana. Owszem, kiedy wyjeżdżał z Polski miał wielu wrogów, ale też wiele po sobie zostawił.

Pan jako wiceprezes często się z nim kłócił?

Ja nawet nie chcę tego wspominać, ale w pewnym momencie machałem już ręką i chciałem się wycofywać z prezesury.

Aż tak?

To nie był łatwy człowiek. On jak coś sobie wymyślił, to musiało być zrealizowane, chociaż związek nie miał wtedy takich pieniędzy jak dziś. Był w zasadzie jeden sponsor, a tutaj żądania z najwyższej półki. Dlatego mieliśmy wiele ostrych rozmów na ten temat. Teraz się z tego śmieję, ale dla mnie osobiście to były ciężkie cztery lata.

Dziś nasza piramida szkoleniowa jest już mocno rozbudowana. Na samym dole mamy Siatkarskie Ośrodki Szkolne (SOS), czyli ogólnopolski projekt finansowany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Jak to się stało, że w 2012 r. wystartowały SOS-y?

Przede wszystkim w końcu znalazły się na to pieniądze. Pomysł projektu był już przygotowany, wiedzieliśmy jak ma to wyglądać organizacyjnie i szkoleniowo. Pierwsze pieniądze z budżetu państwa zostały przeznaczone na rozruch. Zakup całego sprzętu, napisanie kilku książek szkoleniowych dla trenerów. To śmieszne, ale polska siatkówka tak naprawdę przez wiele, wiele lat napisała może dwie książki, na których można było się uczyć.

Razem ze Zbyszkiem Krzyżanowskim i kilkoma innymi osobami wymyśliliśmy układ oparty wówczas na gimnazjach. Po czterech latach jak wiadomo to się zmieniło, bo podjęto decyzję o likwidacji gimnazjów, przez co musieliśmy zmienić projekt, który w tej chwili oparty jest z kolei na szkołach podstawowych. Dodatkowo mamy też w projekcie 32 licea.

Co ważne, podpisujemy umowy trójstronne pomiędzy związkiem, szkołą i samorządem. Rola gminy jest bardzo ważna, bo samorząd udostępnia dla dzieci hale i boiska. Są więc w to zaangażowani prezydenci, burmistrzowie i wójtowie.

Ile dzieci obejmuje obecnie system SOS?

Około 7600 dzieci we wszystkich województwach. W nasz projekt jest zaangażowanych 186 szkół i pracuje przy tym około 500 nauczycieli, którzy są przez nas dodatkowo wynagradzani. Cały sprzęt, piłki, trenażery, stroje, plecaki czy dresy  – bo dzieci są wszędzie jednakowo ubrane – szkoły otrzymują z Polskiego Związku Piłki Siatkowej. To wszystko jest finansowane z pieniędzy, które otrzymujemy z budżetu Państwa.

Jak wygląda ścieżka szkoleniowa zawodnika w tym systemie?

Tak jak mówiłem, początkowy wszystko oparte było na gimnazjach. Wyglądało to tak, że w  mieście było jedno gimnazjum należące do SOS-u, ale na nie „pracowały” na przykład cztery podstawówki z okolicy. Wiadomo, młodzież musiała iść do gimnazjum i było łatwiej przekonać rodziców, aby wysłali dzieci akurat do naszego. Dzięki temu można było zachować ciągłość szkolenia.

Jak już powiedziałem, po reformie nasz model uwzględnia szkoły podstawowe i licea. Całość uzupełniają jeszcze Akademie SOS (jedną tworzą średnio cztery podstawówki – przyp red.). Na samym szczycie tej piramidy młodzieżowej są z kolei Szkoły Mistrzostwa Sportowego PZPS w Spale i Szczyrku. Tam trafiają już ci najbardziej zdolni. Przypomnę, w ubiegłym roku na dwanaście miejsc aż jedenastu chłopaków pochodziło z naszego projektu. Dziewczyn nieco mniej, osiem lub dziewięć. Bo każdego roku odbywa się tam też normalny nabór.

Jedną z rzeczy, która zabija systemy szkolenia jest to, że trenerzy młodzieży za bardzo skupiają się na wynikach, a nie na tym, ilu graczy doprowadzą do poziomu ekstraklasy czy reprezentacji. W siatkówce już to zrozumiano?

Bardzo dobry temat pan poruszył, bo my mimo wszystko wciąż mamy z tym problem. A przecież nawet w pełnej nazwie naszego projektu jest wyraźnie napisane, że szukamy talentów, które w przyszłości będą reprezentantami Polski. Obowiązkiem każdego człowieka w projekcie jest myślenie właśnie w taki sposób.

Wszyscy trenerzy obowiązkowo dwa razy w roku przyjeżdżają na szkolenia w Spale. Jak raz zwieźliśmy tam jednocześnie ponad czterystu szkoleniowców, to nie mogliśmy sobie poradzić, dlatego teraz dzielimy to na regiony, gdzie każdy ma szkolenie w innym terminie. I my na ten temat z trenerami także rozmawiamy. Tłumaczymy im, że nie wynik jest najważniejszy, ale są jeszcze tacy, którzy tej filozofii nie pojmują. Ale pracujemy nad tym. Między innymi dlatego Turniej Nadziei Olimpijskich w tym roku po raz pierwszy został zorganizowany w innej formule. Chodziło o to, aby przyjechały reprezentacje regionów. Dzieci było mniej, ale te które przyjechały, zostały już wcześniej wyselekcjonowane.

Ile zarabia trener w Siatkarskich Ośrodkach Szkolnych?

Przez pierwsze trzy lata płaciliśmy jednakową stawkę dla wszystkich w całym kraju. Później jednak to zmieniliśmy i teraz płacimy za potencjał wynikający z warunków fizycznych dzieciaków, ich umiejętności oraz testów, jakie przechodzą dwa razy w roku.

Nasi trenerzy pracują oczywiście w szkołach na etatach, dlatego nasze pieniądze są dodatkiem. Płacimy im od 600 do 1800 zł. Jeśli ktoś chce zarabiać więcej, musi jeździć i szukać utalentowanej młodzieży. Taki trener jest w zasadzie skautem. Myślę, że jeśli ktoś jest dobry i potrafi pracować, nie są to małe pieniądze, jeśli mówimy o dodatku do pensji. Z całej kwoty, którą mamy do dyspozycji, 80 procent wydajemy na wynagrodzenia dla trenerów.

Oprócz rozbudowanego SOS, szeroko pojęty system szkolenia tworzą u nas też między innymi kluby, Szkoły Mistrzostwa Sportowego, Kadry Nadziei Olimpijskich, kadry wojewódzkie młodzików, program Kinder+Sport czy akademie zakładane przez byłych zawodników. Mówimy o systemie unikalnym w skali całego siatkarskiego świata?

Nigdzie indziej nie ma czegoś takiego. Kiedy robiliśmy prezentacje w FIVB i CEV, niektórzy byli bardzo zdziwieni, jak to w ogóle jest możliwe i skąd mamy na to pieniądze. W Rosji czy Brazylii nie byłoby szansy, żeby coś takiego wprowadzić. Przede wszystkim ze względów geograficznych, bo to bardzo duże kraje. Rosjanie mają szkoły sportowe, w Moskwie jest ich chyba osiem. Ściągają tam najlepszych chłopaków z całego kraju, którzy potem idą tam do szkoły i mieszkają w internatach. Ale to wciąż nie ma takiego zasięgu jak u nas. W żadnym kraju nie ma szkolenia na taką skalę, jaką my realizujemy od siedmiu lat.

Chociaż oczywiście mamy świadomość, że jest jeszcze dużo do poprawy. Jest szczególnie jedna sprawa, o której ciągle mówię: nie wszystkie dzieci i trenerzy są w projekcie. Jest wielu szkoleniowców, którzy mimo trudnych warunków też potrafią znaleźć i wychować siatkarza, ale niestety, przede wszystkim ze względów finansowych nie jesteśmy w stanie objąć ich wszystkich systemem.

Paradoksalnie, to że klubów PlusLigi nie stać na największe światowe gwiazdy, także pomaga naszemu systemowi szkolenia. O sile naszej ligi stanowią głównie rodacy, większość mistrzów świata z 2018 roku gra w Polsce. Gdyby liga była bogatsza, część z tych chłopaków pewnie dłużej czekałaby na szansę.

Też tak uważam. Gdybyśmy mieli więcej kasy, być może podzielilibyśmy los Włochów, którzy mają dziś wielkie problemy chociażby na pozycji przyjmującego. Włosi ściągają do ligi największe gwiazdy i niestety część młodszych graczy stoi w kwadracie dla rezerwowych. Nas nie stać na milion dolarów rocznej pensji dla absolutnie najlepszych graczy na świecie, ale na takich zawodników jak Sam Deroo czy Benjamin Toniutti już tak.

Słyszałem już takie głosy, żeby powiększyć limit obcokrajowców do czterech, bo dziś – przypomnijmy – w czasie meczu jednocześnie na boisko można mieć tylko trzech. I mówił to jeden z byłych reprezentantów Polski. Bzdury kompletne! Mając takie projekty i taki materiał ludzki, nie możemy blokować młodych chłopaków.

Spotkałem się z opinią, że prawdziwe plony dopiero przed nami. Że kolejne roczniki mogą wypluwać nawet po trzech-czterech graczy na poziomie reprezentacyjny. Pan też tak uważa?

Byłbym zadowolony, gdyby z każdego roku było chociaż dwóch. Trzech-czterech to byłaby już rewelacja. Chociaż oczywiście zdarzają się roczniki super wybitne, takie jak 1977, z którego chyba dziesięciu graczy weszło później do kadry seniorów. Ale takie strzały zdarzają się raz na wiele lat.

Spokojnie czeka pan na sierpniowy turniej kwalifikacyjny do igrzysk? Balonik już powoli się napełnia.

W końcu żyjemy w takim kraju, w jakim żyjemy. Lubimy dmuchać ten balonik w wielu dyscyplinach. A czy czekam na turniej w spokoju? Nie za bardzo, bo jednak Francuzi to groźny zespół. Jeżeli wyjdą na nas w pełnym składzie, to jest to znakomita drużyna. Mają zawodników przede wszystkim świetnie wyszkolonych technicznie. Dysponują dwoma bardzo dobrymi rozgrywającymi i kilkoma indywidualnościami. Liczę jednak, że mimo wszystko damy sobie radę.

Brak Bartosza Kurka będzie problemem, czy nasza siła ognia jest na tyle duża, że to nie będzie aż tak wielka wyrwa?

Każda strata wybitnego zawodnika – bo takim jest w tej chwili Kurek – jest bolesna. Szkoda Bartka, ale sport to też kontuzje. Chris Froome miesiąc przed Tour de France też złamał nogę i całe przygotowania do sezonu poszły do szpitala. Najważniejsze w tej chwili, aby Bartek wyzdrowiał, doszedł do pełnej sprawności. Jeśli natomiast chodzi o drużynę, wydaje mi się, że mamy potencjał. Jest kilku młodych zawodników w ataku, do tego doświadczony Dawid Konarski. No i Wilfredo Leon, który również może grać na pozycji atakującego. Nie wiem czy taka opcja zostanie wykorzystana, ale być może tak.

Ma pan jakieś obawy związane z wejściem Leona do drużyny?

Przede wszystkim pamiętajmy, że Leon nie zdobędzie czterdziestu punktów i nie wygra sam meczu. W pojedynkę nic nie zrobi. Z Perugią też nie wygrał mistrzostwa Włoch, chociaż miał wokół siebie świetnych graczy takich jak Atanasijevic, Lanza czy Podrascanin.

Muszę powiedzieć, że podobają mi się jednak jego wypowiedzi. On zdaje sobie sprawę, że wchodzi do drużyny mistrzów świata i musi walczyć. To nie jest tak, że skoro jest dobry, to ma abonament na miejsce w szóstce. Jest na tyle wybitnym zawodnikiem, że pewnie da sobie radę, ale słychać tę pokorę, że nikt nie da mu nic za darmo.

Naprawdę wierzy pan w to, że Leon wchodzi do drużyny na takich samych zasadach jak inni gracze?

Tak, ja w to wierzę. Nie znam gościa osobiście, ale taka jest moja opinia na podstawie jego wypowiedzi i tego, co słyszę od chłopaków. Nie wygląda to tak, że do drużyny wchodzi człowiek, który jest wielkim gwiazdorem i będzie miał nos podniesiony do góry, tylko człowiek, który zdaje sobie sprawę, że profesjonalizm to przede wszystkim praca.

I bardzo dobrze, że tak jest, bo sam znam graczy z mojej kariery trenerskiej, którzy oczekiwali miejsca w drużynie tylko dlatego, że mieli na nazwisko Kowalski. I tacy często z miejsca mieli przewalone, bo koledzy z drużyny bardzo szybko się łapią, kto jak podchodzi do pracy. Leon nie zadziera nosa i za to szacunek dla gościa.

Wprawdzie kadra nie awansował jeszcze na igrzyska, ale Heynen otwarcie mówi, że chce przywieźć z Tokio medal, nie gryzie się nawet w język mówiąc o złotym. Był już taki jeden szaleniec…

Szaleńcem Jurek Wagner akurat nie był, bo go dobrze znałem (śmiech). Chociaż oczywiście miał bardzo duże ambicje. Powiedział, że jedzie po złoty medal, no i wygrał. Później byli tacy, którzy mówili tak samo, ale jakoś im się to nie udawało. Poza tym na igrzyskach polegli nawet ci, którzy zdobywali medale mistrzostw świata czy Europy.

Pana zdaniem takie pompowanie drużyny przez trenera jest dobre?

Trudne pytanie. Myślę, że w tych czasach raczej rzadko zdarza się, żeby trenerzy tak mówili. Proszę zwrócić uwagę, że nie robią tego nawet ci, którzy bardzo dużo wygrywali. Spójrzmy na Władimira Aleknę – był mistrzem olimpijskim, ale nigdy nie mówił, że jedzie po złoto lub że wygra Ligę Mistrzów z Kazaniem. Zawsze miał dystans. Heynen akurat mówi, że jedzie po medal. Okej, jeżeli będzie krążek, wszyscy będziemy się z niego cieszyć. Oby tak było.

Po roku pracy z reprezentacją Vital Heynen trochę już mniej pana wkurza?

Tutaj nie chodzi o lubienie czy nielubienie. Chodzi o zawodowstwo, profesjonalizm. Chociaż na pewno tak się składa, że spośród ludzi pracujących w związku, ja znam go najdłużej, najczęściej widziałem go w różnych sytuacjach. Najpierw jako zawodnika, potem chociażby jako trenera mojej Delecty Bydgoszcz, w której pracował kilka lat po mnie. Mamy więc ze sobą coś wspólnego. Charakter po części też, bo prawda taka, że ja również nie byłem aniołkiem.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez