Wreszcie złoty. Andre De Grasse wypełnił “przepowiednię”

Wreszcie złoty. Andre De Grasse wypełnił “przepowiednię”

O żadnym innym sprinterze nie mówiono tak często, że będzie następcą Usaina Bolta. Rekordzista świata nie miał zresztą nic przeciwko wszelkim porównaniom, dopóki nie poczuł się przez Andre De Grasse’a zlekceważony. Etap pojedynków z jamajską legendą Kanadyjczyk ma jednak dawno za sobą. W Tokio wreszcie sam stanął na szczycie, zdobywając złoty medal w biegu na 200 metrów. I niejako, po paru latach, stał się tym, kim miał być. Czyli mistrzem olimpijskim. 

26 lat. Sześć medali IO. Cztery medale mistrzostw świata. Rekordy kraju na 100 i 200 metrów. Po imprezie w Tokio tak wygląda skrócone CV Andre De Grasse’a. Jeśli chodzi o sprint – tylko Elaine Thompson-Herah z Jamajki ma za sobą równie udane dwa tygodnie.

Przed igrzyskami nikt jednak nie mówił o Kanadyjczyku jako o specjalnym kozaku. Miał raczej oglądać plecy zawodników, którzy w majowym czy czerwcowym okresie wydawali się mieć znacznie lepszą formę. Przede wszystkim Amerykanów – Trayvona Brommela, Noaha Lylesa czy Freda Kerleya. Ci jednak zawiedli.

W przeciwieństwie do De Grasse’a, który zresztą już w maju zapewniał, że jedzie do Tokio wygrywać. Może wypadało go posłuchać?

Życiowa forma znikąd

Słuchać jednak nie chcieliśmy, bo liczby nie robiły nie robiły na nas wrażenia. Przed igrzyskami Kanadyjczyk na 100 metrów biegał siedmiokrotnie. Tylko dwa razy zszedł poniżej 10 sekund – raz ledwo, bo zanotował 9.99, drugi raz pewnie (9.92), ale z nieregulaminowym wiatrem. Na dwukrotnie dłuższym dystansie wyglądał lepiej, ale nikomu na widok jego czasów szczęka nie opadała na podłogę (20.85, 19.89, 20.09, 19.97).

W porównaniu do wspomnianych sprinterów amerykańskich Kanadyjczyk wypadał po prostu blado. Dla przykładu: Trayvon Brommel zanotował siódmy najlepszy czas w historii na setkę – 9.77. Natomiast Noah Lyles, Kenneth Bednarek i Erriyon Knighton w finałowym na 200 metrów podczas Olympic Trials wykręcili kolejno 19.74, 19.78 oraz 19.84. Wysoki poziom, nie ma co.

Najwyższa forma De Grasse’a przyszła jednak wtedy, kiedy miała. Czyli dokładnie na igrzyska w Tokio. A Amerykanie? Wszyscy najszybsi byli właśnie w czasie amerykańskich kwalifikacji. Teraz, kiedy olimpijskie medale zostały już rozdane, kogo one obchodzą?

Wreszcie złoty!

On wątpliwości nie miał. Choć w okresie przed igrzyskami nie biegał specjalnie szybko, zakładał, że w Tokio będzie bić się o najwyższe cele. Wyznawał jednak zasadę małych kroków – chciał zejść poniżej swoich rekordów życiowych. A to w rezultacie miało mu pozwolić zdobyć nawet złoty medal olimpijski. – Miałem doświadczenie ze zdobywaniem brązowych i srebrnych krążków na wielkiej scenie, ale teraz chcę dać sobie szansę do wygrania złota. Moim pierwszym celem jest pobiec szybko i pobić swoją życiówkę – mówił De Grasse w maju dla “The Sports Network”.

W momencie, gdy Amerykanie biegali od niego o kilkanaście setnych szybciej na obu dystansach, można było jednak zwątpić w potencjał medalowy Kanadyjczyka. Wydawało się nawet, że można umieścić go w gronie biegaczy, którzy – jakkolwiek to brzmi – najlepsze lata mają już za sobą. Takich jak choćby Yohan Blake. Jasne, De Grasse staruszkiem nie jest i nie był, ale jednak – fakt, że w najwyższej formie był w okolicach 2016 i 2017 roku, mógł niepokoić. Igrzyska w Tokio pokazały jednak kanadyjskiego sprintera, jakiego nie widzieliśmy nigdy wcześniej.

Na 100 metrów nikogo co prawda nie zszokował. Największa niespodzianka miała miejsce zresztą jeszcze przed finałem – bo nie awansował do niego lider światowych tabel, Trayvon Brommel. Po rozstrzygnięciu rywalizacji na setkę mówiło się zaś głównie o sensacyjnym triumfatorze, Włochu Lamoncie Marcellu Jacobsie. Występ De Grasse’a dało się przeoczyć. Miał najgorszą reakcję startową w stawce i dopiero finiszu wyprzedził Akaniego Simbine oraz Ronniego Bakera, “kradnąc” im brązowy medal.

Dopiero finałowy wyścig na 200 metrów był jego prawdziwym show. Kanadyjczyk, będący najniższym zawodnikiem wśród finalistów, pokazał w nim niespotykany gaz. Połknął na ostatnich metrach Noaha Lylesa, który do niedawna był przecież uważany za najlepszego dwustumetrowca globu. Nie dał się też wyprzedzić potężnemu Kenneth’owi Bednarkowi. Pogodził dwójkę Amerykanów, która przecież – patrząc na wyniki przed igrzyskami – musiała uchodzić za faworytów. Wykręcił przy tym po prostu rewelacyjny czas – 19.62. Tylko siedmiu sprinterów biegało w przeszłości szybciej.

Jeden z nich? Jego nazwisko dobrze wszyscy znamy.

Godny następca?

Nie ma co ukrywać – Andre De Grasse nigdy nie nawiązał specjalnie do triumfów Usaina Bolta. Nie pobił rekordu globu, nawet się do niego nie zbliżył. Podobnie jak Jacobs, podobnie jak wszyscy biegacze krótkodystansowi w Tokio. Jego występów (notabene, zdobył aż trzy medale, jego Kanada zajęła trzecie miejsce w sztafecie 4×100) nie zaliczymy też do grona najbardziej spektakularnych podczas imprezy w Kraju Kwitnącej Wiśni. Bo gdzie Kanadyjczykowi do tego, co zrobili Karsten Warholm, Sydney McLaughlin czy Sifan Hassan?

Złoty medal De Grasse’a jest jednak na swój sposób wyjątkowy. Bo kiedy mówiliśmy o tym, że świat sprintu zmienił się nie do poznania, dwusetkę wygrał ktoś – poniekąd – ze starej gwardii. Bo Kanadyjczyk po latach kolekcjonowania srebrnych i brązowych krążków, wreszcie stał się złoty. Jak jego idol, z którym parę lat temu łączyła go ciekawa relacja. Mowa oczywiście o Bolcie.

Zresztą – przypomnijmy, jak to wszystko się zaczęło. Po finałowym biegu na setkę na mistrzostwach świata w 2015 roku Jamajczyk powiedział, że nie wiedział wcześniej, kim jest Andre De Grasse (zdobył brąz), ale teraz już wie. I naprawdę go docenia. Podczas igrzysk w Rio de Janeiro do historii przeszedł zaś słynny obrazek – w czasie półfinału na 200 metrów Kanadyjczyk próbował zaskoczyć swojego idola, podejmując (ostatecznie nieudaną) próbę wyprzedzenia go na ostatnich metrach. Stary wyga pomachał mu ostrzegawczo palcem, po czym obaj wymienili się uśmiechami.

Niedługo później 22-latek z Kanady przyznał, że Bolt faktycznie namaścił go swoim następcą: – Powiedział, że czuje, że jestem “następny w kolejce”. Było zatem miło. Ale relacje dwójki sprinterów w końcu uległy ochłodzeniu. Wszystko za sprawą trenera Kanadyjczyka, który zasugerował, że  Bolt nie chciał, aby jego zawodnik brał udział w biegu na setkę podczas Diamentowej Ligi w Monako. I upewnił się u organizatorów, że tak się stanie. Sam De Grasse’a szybko temu zaprzeczył, ale było już za późno. Duma Usaina została zraniona.

– Ostatni gość, o którym powiedziałem, że będzie wielki, zlekceważył mnie – mówił w 2017 roku najszybszy człowiek świata. – Nauczyłem się nie wymieniać nazwisk, ponieważ przez lata zauważyłem, że wielu młodych, nieważne, jak będziesz ich chwalił, nie okazuje szacunku sportowcom, którzy przetarli przed nimi szlaki. Z tego powodu przestałem mówić, kto będzie następnym Usainem albo kto będzie błyszczał.

Cóż, świat jednak wciąż zapamiętał te porównania. A teraz, parę lat po skończeniu kariery przez Bolta, De Grasse faktycznie stał się mistrzem olimpijskim. Choć jedno w tym wszystkim nie jest idealne. Kanadyjczyk zapewne spodziewał się, że w Tokio będzie mu ktoś towarzyszyć.

Mistrz, ale też ojciec

Jeszcze niedawno w jednym zdaniu z De Grassem wymienialiśmy Nię Alli. To partnerka Kanadyjczyka, mistrzyni świata z Dohy na dystansie 100 metrów przez płotki. Wspólnie planowali triumfować na igrzyskach w Kraju Kwitnącej Wiśni. Ale Amerykanka ostatecznie z nich zrezygnowała. Powód? Pandemia. Obserwując to, jak świat sportu został sparaliżowany przez wirus, uznała, że chce postarać się o swoje trzecie dziecko (i drugie z obecnym chłopakiem).

Wszystko poszło pomyślnie, bo pociecha urodziła się w maju tego roku. Ceną była jednak absencja Ali na igrzyskach. Amerykanka absolutnie jednak nie żałowała swojej decyzji. Szczególnie że już raz była w podobnej sytuacji, w 2015 roku, kiedy na świat przyszedł jej syn. – Ludzie mówili: “mordujesz swoją karierę”! Co ty robisz? Wypadasz z gry! – wspominała. – Niektórzy pytali się mnie, czy to znaczy, że rezygnuje z biegania. To było śmieszne.

Planem Ali jest powrót do sportu i występ na igrzyskach w 2024 roku. Gdzie nie powinno zabraknąć oczywiście również De Grasse’a. Ten, co najlepsze, w Paryżu będzie mógł zostać…. dziewięciokrotnym medalistą olimpijskim. Przebiłby tym samym dorobek Bolta, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę krążków, bo oczywiście Jamajczyk zdobywał same złote.

To byłby naprawdę ciekawy scenariusz. Andre De Grasse może nie ma tego czegoś, by być nowym królem sprintów, nową mega-gwiazdą. Nie bije rekordów. Nie zdobywa seryjnie złotych krążków, ba, do czasu imprezy w Tokio był na nie “uczulony”. Ale jednak konsekwentnie kolekcjonuje miejsca na podium podczas ważnych imprez. Od przeszło sześciu lat. To chyba najwyższy czas, aby go docenić.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez