Wójcik znów w koszykarskim Śląsku. We Wrocławiu zagra Jan, syn Adama

Wójcik znów w koszykarskim Śląsku. We Wrocławiu zagra Jan, syn Adama

– W dniu trzeciej rocznicy śmierci śp. Adama Wójcika mamy przyjemność ogłosić, że syn naszej klubowej legendy – Jan Wójcik – został koszykarzem Śląska Wrocław. Jan, witamy w drużynie! – można było dziś przeczytać na oficjalnej stronie wrocławskiej ekipy. Nic dziwnego, że informacja ta wzbudziła spore zainteresowanie. Adam Wójcik to przecież jedna z największych legend polskiego basketu, a jego dwaj synowie (bliźniacy Jan i Szymon), od dawna mieli przypiętą łatkę sporych talentów. Tyle że od kilku lat grali poza granicami. Dziś jeden z nich oficjalnie wrócił do kraju.

Ojciec

Adam Wójcik to, jak już wspomnieliśmy, legenda polskiej koszykówki. Jeden z najlepszych zawodników w historii tego sportu w naszym kraju. Zresztą najlepiej świadczą o tym jego statystyki: 651 meczów w Polskiej Lidze Koszykówki, ponad 10000 zdobytych punktów. Ośmiokrotnie zostawał mistrzem kraju, łącznie w dorobku miał czternaście ligowych medali. Trzykrotnie wybierano go MVP sezonu zasadniczego, tyle samo razy był najlepszym graczem finałów. Medale zgarniał też w lidze belgijskiej. Dokładnie dwa – srebrny i złoty. W kadrze zagrał za to 169 razy, długo będąc jej podporą i czterokrotnie występując na Eurobaskecie.

Do Śląska trafiał trzykrotnie, choć z Wrocławiem związany był znacznie dłużej. Jego pierwszym seniorskim klubem była tamtejsza Gwardia. Grał w niej siedem lat, odszedł wraz z większością podstawowych zawodników, a koszykarska sekcja klubu tak naprawdę przestała po tym istnieć. Do Śląska po raz pierwszy przeszedł w roku 1997, został cztery lata. Potem – na jeden sezon – wracał dwukrotnie: w 2003 i 2011 roku. W tym ostatnim przypadku w ten sposób kończył karierę.

Często mówiono o nim, że był fenomenem, gościem, który przerastał naszą ligę, ale jednak nieco brakowało mu do tego, by spełnić swoje marzenie i zagrać w NBA. Wielu twierdzi, że gdyby karierę prowadził dziś, to bym tam trafił, ale wtedy czasy były, jakie były. Trudniej było się wyrwać, więc do NBA nigdy nie wyjechał. Musiał zadowolić się grą w Europie i osiąganiem sukcesów w mniejszych rozgrywkach. Jeszcze kilka lat temu mówił, że wierzy w swoich synów i ma nadzieję, że ci osiągną to, czego jemu się nie udało.

Dziś już wiemy, że nawet jeśli któryś faktycznie zrealizuje to marzenie, to Adam Wójcik tego nie zobaczy. Zmarł bowiem równe trzy lata temu, 26 sierpnia 2017 roku, na białaczkę. Z synów był dumny. I pewnie byłby i dziś.

Bliźniacy

Co ciekawe, Adam Wójcik raczej nie starał się popchnąć swoich dzieci w stronę koszykówki. Pierwotnie uprawiali judo, piłkę nożną czy nawet… żeglarstwo. Choć jako dzieci i Szymon, i Jan, oglądali oczywiście mecze ojca, to początkowo niespecjalnie się tym interesowali. – Nie zwracaliśmy wtedy uwagi na grę, bo byliśmy za mali i nie rozumieliśmy tego. Raczej gdzieś tam na schodkach, na trybunach bawiliśmy się autkami i krzyczeliśmy do taty, żeby się odwrócił, ale zawsze był skupiony na meczu – mówił kilka lat temu Szymon na antenie TVN-u.

Obaj jednak wreszcie musieli zainteresować się basketem. Raz, że byli synami Adama Wójcika, a dwa, że sami wdali się w niego wzrostem. Szymon mierzy dziś dokładnie tyle, co ojciec – 208 centymetrów. Jan jest nieco niższy. Przed laty ich tata wspominał, że już w wieku 13 lat robili wsady. I że talent mają zdecydowanie większy niż on. Zresztą stosunkowo szybko to potwierdzali. Sukcesy odnosili już w szkole podstawowej, grali w kadrze Polski do lat 15. Podkreślali, że to w dużej mierze zasługa ich ojca, który zachęcał obu do gry, ale nie wywierał przesadnej presji. A przy tym sam z nimi trenował i wiele mogli się od niego nauczyć.

Obaj wyjechali z Polski jeszcze przed skończeniem osiemnastego roku życia. Interesowała się nimi wręcz cała Europa, ale ostatecznie trafili do francuskiego Elan Chalon, gdzie kontynuowali swój rozwój w jej juniorskim zespole. Długo, występując razem na parkiecie, ze sobą rywalizowali, wzajemnie się przy tym napędzając. Gdy w 2018 roku we Francji wypatrzył ich łowca talentów z USA i zaprosił do tamtejszych rozgrywek uniwersyteckich, zarówno do ekipy Missouri State Bears, jak i Nortwest Florida State College trafiali obaj. Byli nierozłączni. Ich drogi rozeszły się dopiero teraz. Szymon – który w Stanach spisywał się lepiej – nadal będzie grać za oceanem. Jan wrócił do Polski.

Kolejny rozdział

Statystyki Jana z USA nie są imponujące. Sam wspomina, że na pierwszym roku – w Missouri – próbowano zrobić z niego środkowego. A to nie rola dla niego, nie czuje się dobrze pod koszem. Raczej woli grać na obwodzie, bardzo lubi mieć piłkę w rękach, wychodzić na pozycję i pokazywać się do gry. W Missouri chciano, żeby grał inaczej, więc mu nie szło. Dlatego obaj przenieśli się do niższej ligi (Szymonowi też to odpowiadało, bo wcześniej zmagał się z kontuzją), ale tam również trener mu nie zaufał, przez co dostawał mało minut. Jan zdecydował się więc na Śląsk.

Zresztą już jakiś czas temu, na łamach MVP Magazyn mówił i o swoim stylu gry, i o tym, że może zdecydować się na grę w ojczyźnie. – Nie jestem graczem, który specjalizuje się w grze tyłem do kosza. Mimo tego, że mam 206 cm wzrostu to wolę mijać do kosza i grać na obwodzie. Nie jestem też zawodnikiem, który odpoczywa w obronie, dlatego jestem w stanie bronić na pozycjach od 2 do 5, a moim wzorem w grze obronnej jest Kawhi Leonard. Naszemu tacie, kiedy był naszym trenerem, zawsze zależało na tym, żebyśmy byli jak najbardziej uniwersalni i staram się o tym pamiętać i rozwijać się wielowymiarowo. Powrót do Polski? Nie wykluczam, wszystko jest możliwe. Chcę się ciągle rozwijać i stawać się lepszym zawodnikiem, który będzie w stanie grać w bardziej znanych ligach europejskich, ale kto wie, czy PLK nie okaże się świetną trampoliną do dalszej kariery.

Zgodzimy się tu z Janem i nie napiszemy, że to krok wstecz, choć takie skojarzenia może budzić powrót z USA do Polski. To raczej odejście od obranej wcześniej ścieżki, ale ma swoje plusy. W Polsce Jan powinien dostawać więcej szans, a do tego grać będzie z seniorami, w dorosłej koszykówce. Wiadomo, marzenia o NBA, o których często mówił, w tym momencie znacznie się oddaliły, ale za to może spróbować budować legendę nazwiska, na które pracował już jego ojciec.

Inna sprawa, że taka presja nazwiska może wywrzeć negatywny skutek. Ale Jan – przynajmniej w teorii – powinien być już z nią zaznajomiony. Od lat uprawia przecież ten sport, od lat porównywano jego i brata do ojca. Do tej pory nieźle sobie z tym radzili. Choć byli razem. Teraz zostali rozdzieleni, a Jan będzie zmagać się z tymi porównaniami jeszcze bardziej. Zaprezentowany został przecież w rocznicę śmierci taty, a na plecach będzie nosić „10” – jego numer. On sam twierdzi jednak, że bardzo dobrze czuje się we Wrocławiu.

– Trenuję z drużyną już od jakiegoś czasu i chciałem zostać we Wrocławiu, bo bardzo podobają mi się treningi z trenerami Vidinem i Chudeuszem. Śląsk zaoferował mi lepsze warunki współpracy, niż drużyny ze Stanów Zjednoczonych. Wpływ na tę decyzję oczywiście miała także bogata historia WKS-u i fakt, że Wrocław to moje rodzinne miasto. Atmosfera w drużynie jest naprawdę dobra. Trener Vidin poświęca każdemu zawodnikowi dużo uwagi, w tym mi, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Wiem, że dzięki niemu stanę się lepszym graczem. W tym sezonie liczę przede wszystkim na zdobywanie doświadczenia w drużynie pierwszoligowej, ale na pewno wykorzystam też swoje szanse na parkietach ekstraklasy i będę starał się uczyć od bardziej doświadczonych kolegów – mówił przy okazji prezentacji.

Na pewno więc warto przyglądać się jego rozwojowi. Kto wie, może wkrótce stanie się etatowym reprezentantem Polski?

Fot. Materiały Śląska Wrocław


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Tomasz
Tomasz
9 miesięcy temu

Pamiętam te czasy, piłka nożna i koszykówka i wszystkie sporty w telewizji, się oglądało Pruszków, Anwil i wiadomo Śląsk, pan Adam Wójcik plus Maciej Zieliński, powodzenia młody 🙂

Aktualności

Kalendarz imprez