Włoszczowska: Po Tokio definitywnie kończę karierę

Włoszczowska: Po Tokio definitywnie kończę karierę

Maja Włoszczowska  ogłosiła jakiś czas temu, że po igrzyskach olimpijskich w Tokio zakończy sportową karierę.  W audycji Kierunek Tokio podtrzymała tę informację. Porozmawialiśmy o jej planach na sportową emeryturę. Z dwukrotną medalistką olimpijską w kolarstwie górskim troszkę również powspominaliśmy – poza historiami z igrzysk olimpijskich, opowiedziała też o mało znanym w Polsce, ale słynnym na świecie wyścigu Cape Epic. Ale zajęliśmy się i teraźniejszością, zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN podzieliła się z nami opinią na temat trasy olimpijskiej w Tokio, czy obecnych przygotowaniach do igrzysk. Zapraszamy do lektury, Maja to świetna rozmówczyni.

KAMIL GAPIŃSKI: Witam i o zdrowie pytam, bo to jest kluczowe. Zdrowie fizyczne, ale też psychiczne, ponieważ to są ciężkie czasy dla sportowców, kiedy wiele startów jest odwoływanych.

MAJA WŁOSZCZOWSKA: Dzięki wielkie. Najważniejsze, że fizycznie zdrowie absolutnie dopisuje. Udało mi się uniknąć zakażenia koronawirusem. I robię wszystko, co w mojej mocy, żeby tak zostało. W tym roku postanowiłam uniknąć podróży, które wystawiają nas na ryzyko. Większość czasu spędziłam w Hiszpanii, gdzie jestem też teraz. Nie ukrywam, że tęsknię za domem, lekki homesick mi się włącza co chwilę. Chciałabym, żeby sytuacja była inna. Ale najważniejsze, że zdrowie jest. To mój ostatni sezon, postanowiłam zacisnąć zęby, więc motywacja do tego jest. Owszem, starty są odwoływane. Natomiast już ubiegły sezon pozwolił nam się w jakimś stopniu do tego przyzwyczaić. Trzeba być przygotowanym na zmiany planów i być elastycznym.

Kilka miesięcy temu na Netflixie można było oglądać serial dokumentalny The Last Dance. Chicago Bulls, Michael Jordan, i ten niesamowity finał z Utah Jazz, kiedy udało im się sięgnąć po tytuł. I choć Jordan zapowiedział wtedy, że to już jest koniec, to wrócił potem do gry w barwach Washington Wizards. Chyba będzie jasne, o co chcę zapytać. Szczególnie, że kolarstwo górskie to taka dyscyplina sportu, gdzie można wygrywać będąc dojrzałym sportowcem. Jeżeli dobrze pamiętam, u was dziewczyna miała czterdzieści pięć lat wygrywając zawody Pucharu Świata.

Mowa o Gunn-Ricie Dahle – Norweżce, która między innymi wygrała igrzyska olimpijskie w Atenach. Wszystko się zgadza, natomiast tutaj bardzo istotny jest staż. W tej chwili jestem na zgrupowaniu wysokogórskim w Sierra Nevada. Jak jechaliśmy tutaj, to zastanawiałam się, kiedy ja tu byłam po raz pierwszy. Jak policzyłam, to wyszło że dwadzieścia jeden lat temu. I to Sierra Nevada, a treningi zaczęłam oczywiście wcześniej. Więc ten staż mam naprawdę duży.

Oczywiście – kolarstwo górskie jest cudowne i zamierzam na rowerze jeździć zawsze. To jest już nieodłączny element mojego życia i bez kolarstwa górskiego nie wyobrażam sobie funkcjonowania. Natomiast niekoniecznie trzeba to robić na takim poziomie, który wiąże się z licznymi wyrzeczeniami i ciągłym byciem poza domem, dużym reżimem treningowym i wysiłkiem, wieczną dietą. Tych dużych, różnych wyrzeczeń jest tyle, że po dwudziestu pięciu latach jednak człowiek zaczyna myśleć, że może by spróbował czegoś jeszcze.

Troszeczkę popuścić pasa.

Uwielbiam ten sposób na życie i środowisko, które mam przyjemność poznać. Aczkolwiek też – niestety – sporo moich najlepszych znajomych ze środowiska dawno pokończyło kariery. Natomiast nie wyobrażałam sobie, żebym miała skończyć przygodę z zawodowym sportem w innym sezonie, niż olimpijski. Dlatego tak naprawdę – za sprawą koronawirusa – ścigam się sezon dłużej, ponieważ zakończyłabym pewnie w ubiegłym sezonie.

Trafił się pani rok ekstra. A jak wygląda trasa olimpijska w Tokio? Czy odpowiada Mai Włoszczowskiej? Pewnie jakiś rekonesans był, więc warto o nią zapytać.

Byliśmy w Tokio pod koniec 2019 roku odbywał się tam wyścig. Trasa jest bardzo ciekawa – to na pewno. Przepiękna. Jest zbudowana w praktycznie stu procentach, z minimalnym wykorzystaniem naturalnie występujących elementów. Organizatorzy bardzo się do tego przyłożyli, będzie ona spektakularna. Jeżeli chodzi o moje predyspozycje, trochę mi tam brakuje długiego podjazdu. Natomiast po to był rekonesans, żebyśmy wiedzieli dokładnie, jak do tych igrzysk trzeba się przygotowywać. Miejmy nadzieję, że drobne modyfikacje w treningu sprawią, że trasa będzie mi jak najbardziej leżała. Podoba mi się, a to jest najważniejsze. Jest bardzo dużo wręcz niebezpiecznych zjazdów, po dużych głazach, które na początku straszą. Ale z nimi też zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i wierzę, że będą mi w lipcu sprzyjały.

Czy z pani stażem i osiągnięciami, kiedy człowiek podejmuje decyzję żeby jechać na kolejne już igrzyska olimpijskie – w pani przypadku czwarte – to jest tak, że jedzie się z myślą o pudle? Adam Kszczot, z którym miałem przyjemność niedawno rozmawiać, jak jest w formie, to nie bawi się w wielką dyplomację, tylko mówi „jestem mocny, wiem że mogę sięgnąć po medal.” U pani jest podobnie, czy wygląda to inaczej?

W Rio de Janeiro sprawdziła mi się taka metoda, żeby w ogóle nie myśleć o medalu ani wyniku, tylko o tym aby dać z siebie absolutnie wszystko. Żeby przygotować siebie w najlepszy możliwy sposób i być w optymalnej dyspozycji na najważniejszy dzień. Tak naprawdę tylko na to mamy wpływ. Nie mamy wpływu na to, co robi konkurencja, jakie nowe zawodniczki się pojawiają. A tych jest bardzo dużo, stawka w przeciągu ostatnich lat niesamowicie zgęstniała, wyrównała się. Pojawiło się mnóstwo młodych dziewczyn, które zaczynały wcześniej jeździć na rowerach, więc są fenomenalne technicznie. W związku z czym ja też coraz więcej ćwiczę w terenie aby dotrzymać kroku młodzieży. Dam z siebie absolutnie wszystko i wierzę w to, że moje „wszystko” wystarczy na sięgnięcie po medal.

Natomiast pamiętam, że już na moich pierwszych igrzyskach w Atenach myślenie o medalu bardzo mnie wypaliło. Wtedy tydzień przed startem wręcz była bliska płaczu z paniki, co będzie jeżeli nie uda mi się go zdobyć. To jest niepotrzebne dokładanie sobie stresu, który może wpływać destrukcyjnie. Przynajmniej w moim przypadku. Może są sportowcy, na których to działa dobrze – tacy, jak Adam.

Chciałem przejść po pani występach na igrzyskach olimpijskich, i rozpocząć od Aten. Jedzie na nie młoda, dwudziestojednoletnia dziewczyna. I co, jest duży stres związany z tym, że to impreza czterolecia? Czy jest bardziej ekscytacja, że można się pokazać światu? Przypomnę, że Maja Włoszczowska skończyła te igrzyska na szóstej pozycji.

Najpierw była ekscytacja. Można powiedzieć, że te igrzyska dla mnie przyszły z zaskoczenia. Rok wcześniej zupełnie nie spodziewałam się, że będę mogła na nie pojechać, a co dopiero walczyć o medal. Tymczasem wówczas udało nam się zakwalifikować. Byłam tam w towarzystwie Magdy Sadłeckiej i Ani Szafraniec – naprawdę silną paką. Ekscytacja była niesamowicie duża, tylko i wyłącznie optymizm. Do momentu, kiedy kilka tygodni przed igrzyskami zdobyłam srebrny medal mistrzostw Europy. Ten krążek strasznie rozbudził oczekiwania w stosunku do mojej osoby. Oczekiwania, na które wtedy zupełnie nie byłam przygotowana. Ponieważ tak naprawdę medal mistrzostw Europy był moim pierwszym, dużym osiągnięciem w kategorii elity. Owszem, wcześniej w kategoriach juniorskich sięgałam po medale. Ale to było zupełnie co innego. A na Pucharach Świata blisko podium regularnie się nie kręciłam, więc oczekiwania medalowe były wówczas dość na wyrost. Tymczasem media porównywały mnie do legendarnej Norweżki Gunn-Rity Dahle, o której już wspominaliśmy. Wówczas ona była numerem jeden i tłukła całą resztę stawki o dobre kilka minut na dwugodzinnym wyścigu, bo te wyścigi były trochę dłuższe. I to mnie trochę spaliło.

Na szczęście już przed samym startem udało mi się rozluźnić. W dużej mierze za sprawą ekipy, która ze mną była. Sam wyścig wspominam bardzo dobrze, choć był piekielnie ciężki. Najważniejsze, że po zawodach nie miałam żadnych wyrzutów, że można było zrobić więcej. Byłam zadowolona z szóstego miejsca. I cieszę się, że media bynajmniej nie były rozczarowane brakiem medalu. Doceniły szóste miejsce jako start młodej zawodniczki.

Cztery lata później ciągle młoda – ale już dużo bardziej otrzaskana na wysokim poziomie – zawodniczka jedzie do Pekinu. Pekinu, który może się kojarzyć polskim sportowcom i kibicom różnie. Z jednej strony, z olbrzymią klęską sportów zespołowych. Był jeden straszny dzień, kiedy odpadli piłkarze ręczni i siatkarze. Ale w Chinach udawało się sięgnąć po medale w sportach indywidualnych. Jednym z nich był medal srebrny. 

Z perspektywy nas – sportowców – Pekin kojarzy się z nagłym wysypem ichniejszych zawodników. U nas też dwie Chinki pojawiły się w kolarstwie górskim rok przed igrzyskami i były na niesamowicie wysokim poziomie. My się baliśmy, że to one zawładną podium. Natomiast jednak igrzyska rządzą się swoimi prawami. Okazało się że owszem, one próbowały, ale nie były w stanie powalczyć o trójkę. Tymczasem ja walczyłam z moimi długoletnimi rywalkami – Sabiną Spitz, Iriną Kalentjewą i Catharine Pendrel.

Pamiętam, że na tych igrzyskach byłam naprawdę bardzo skupiona. Wówczas w ogóle nie myślałam o tym, że jadę na igrzyska, jest wspaniała wioska olimpijska, możliwość poznania fantastycznych sportowców. Byłam wtedy absolutnie skoncentrowana na swoim zadaniu. Chodziłam wszędzie własną ścieżką, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje dookoła. Pamiętam, że wtedy troszkę też media mnie stresowały. Jak przyleciałam do Pekinu w drugiej połowie igrzysk, zostałam przywitana pytaniem, czy przerwę wreszcie złą passę polskich sportowców, bo mamy same czwarte miejsca. Jak usłyszałam, że czwarte miejsce na igrzyskach jest złą passą i porażką, to troszkę mnie to przeraziło. Ale na szczęście tylko troszkę. Jak dotarłam z wioski olimpijskiej, to akurat Leszek Blanik zdobył złoty medal. Wszyscy na świetlicy odśpiewaliśmy razem hymn narodowy, i to dodało mi dużego kopa na starcie. Mieszkałam na piętrze z Szymkiem Kołeckim, który też był bardzo mocno zmotywowany. Duże wsparcie miałam też ze strony towarzyszących mi Marka Galińskiego i Oli Dawidowicz – zawodników, którzy też startowali w Pekinie.

Taka ciekawostka – Pekin, to jeden z dwóch wyścigów w mojej karierze, który został przesunięty o dzień. To było dla nas niespotykanym zdarzeniem, takie rzeczy się nie dzieją. Tymczasem spadł deszcz. Okazało się, że część tras jest nieprzejezdna z powodu dużego błota i organizatorzy zdecydowali się na przesunięcie startu. Na początku myślałam, że to prima aprilis. Zazwyczaj takie informacje nas wybijają z rytmu, powodują panikę ponieważ nasz program przygotowań jest podporządkowany pod jeden, konkretny dzień. A tu dzień i godzina startu zostały zmienione. Na szczęście moje nastawienie nie zostało zmienione i zakończyło się to srebrnym medalem. Potem byłam mocno oszołomiona. Przyznam, że długo nie zdawałam sobie sprawy z czym ten medal się wiąże. Dopiero po wielu dniach, tygodniach, zaczęło do mnie docierać jak duży wpływ to ma na całe moje życie.

Potem był nieszczęsny Londyn. Mówię nieszczęsny, ponieważ wydawało się, że Maja Włoszczowska jest w znakomitej formie. Każdy liczył, że to będzie prime jej kariery. I że uda się pobić wynik z Pekinu. Niestety, przyszło najgorsze co mogło, czyli kontuzja. Podczas zgrupowania we włoskim Livigno, Maja Włoszczowska uszkodziła sobie staw skokowy i złamała kość śródstopia. Przytoczę pani cytat z tamtych czasów: – Niestety, złamanie a złamanie to różnica. Moje przyjemne nie było. Staw skokowy miałam w stanie tragicznym. Dwie kości złamane, wszystkie więzadła pozrywane.

Brzmi to strasznie z dwóch perspektyw. Z pierwszej, bo dla psychiki człowieka, który się przygotowuje kilka lat do najważniejszej imprezy – i ona zostaje mu odebrana. A z drugiej, bo powrót po czymś takim to są pewnie żmudne setki godzin rehabilitacji.

Powrót nie był łatwy. Na przykład po złamaniu obojczyka już tydzień później kolarze mogą wsiąść na rower i spokojnie sobie kręcić. Staw skokowy jest dużo trudniejszy do wyleczenia. Najpierw sześć tygodni w gipsie. Później stopniowe rozruszanie stopy, bo ona się kompletnie nie ruszała po ściągnięciu gipsu. Wtedy o tym zupełnie nie myślałam, bo nie żyłam tym, co będzie w następnym sezonie. Żyłam tym, co miało być raptem za tydzień. Bo upadek podczas treningu miał miejsce dokładnie tydzień przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich, a trzy tygodnie przed moim startem.

Największy ból był taki, że faktycznie byłam wtedy w fenomenalnej, wręcz życiowej formie. Londyn mógł być tymi igrzyskami, na których powalczyłabym o złoto. A wówczas miałam ze sobą fantastyczną ekipę, która pomagała mi na każdym kroku. Mam tu na myśli świętej pamięci trenera Marka Galińskiego, Mariusza Rajzera – fizjoterapeutę, który wiele lat ze mną pracował – i Huberta Grzebinoga, mechanika. Oni pracowali na ten medal tak samo ciężko jak ja, a tymczasem do Londynu nie mogłam pojechać. To było dla mnie bardzo trudne psychicznie.

Trzeba było to przepracować z psychologiem sportu, czy nie korzystała Pani z niego?

Nie. Przyznam, że rzadko kiedy współpracowałam z psychologami. Jakiś drobny incydent owszem, miałam. Natomiast dla mnie zawsze największym wsparciem jest najbliższa ekipa, która ze mną podróżuje i bardzo dobrze mnie zna. Oraz moja mama i mój partner, Przemek Zawada. To są osoby bardzo trzeźwo stąpające po ziemi, dla których czarne jest czarne, a białe jest białe. Potrafią różne rzeczy dobrze przetłumaczyć i przede wszystkim wspierać w trudnym momencie.

O mamie znalazłem Pani ładny cytat: – Mama wpłynęła nie tylko na moją karierę, ale na całe moje jestestwo. Na to, kim jestem, jakie mam wartości. Jest osobą, która wysoko stawia sobie poprzeczkę i innym. I chyba to po niej odziedziczyłam. Gdy pojawia się problem, nie siada, nie płacze, nie rozczula się, tylko natychmiast szuka rozwiązania.

Dokładnie taka jest. Mam nadzieję, że wszystkie dobre cechy po niej odziedziczyłam, ale chyba aż tak dobrze to nie jest. (śmiech) Staram się w swoje życie wplatać ich jak najwięcej. Tak samo było po Londynie. Stało się, jak się stało. Oczywiście, swoje odpłakałam – nie mówię, że nie. Ale stosunkowo szybko stanęłam na nogi w tym bardziej przenośnym znaczeniu, psychicznym. Bo na te prawdziwe nogi – trochę dłużej. Natomiast szybko wróciłam do siebie, zabrałam się za rehabilitację. Proces był bardzo żmudny, długi. Jednak ta ciężka praca dała efekty, ponieważ następny sezon był jednym z moich najlepszych w całej karierze.

Ale tak jak mówię – to przede wszystkim wsparcie ekipy. Wówczas mojego sponsora, właściciela firmy CCC, pana Dariusza Miłka, Polskiego Związku Kolarskiego – te wszystkie osoby dookoła mnie bardzo dużo mi dały. Nikt nie podkreślał tego, jak szkoda że mnie nie ma w Londynie, tylko dawali mi pełne wsparcie i trzymali kciuki żebym jak najszybciej wróciła do dyspozycji.

Cztery lata później, w Rio de Jaineiro, udało się powtórzyć sukces z Pekinu – znowu sięgnąć po srebrny medal. Też bym poprosił o przypomnienie tego wyścigu. I taką analizę, czy patrząc na oba starty z perspektywy lat – mówię o Brazylii i Chinach – to bardziej ma pani poczucie, że wygrała srebra, czy przegrała złota?

Uważam, że w przypadku igrzysk olimpijskich możemy mówić tylko o wygranych. To jest jednak wyścig trochę loteryjny – jeden na cztery lata. W przypadku kolarstwa górskiego mamy jeszcze mnóstwo czynników losowych, które mają na to wpływ. Czyli jakieś spięcie z innymi zawodnikami na starcie, defekt roweru, upadek na trasie. Jest taka masa rzeczy, które się mogą wydarzyć, że jeżeli w tym jednym wyścigu czterolecia dojeżdżamy na pozycji medalowej, to jest wielki sukces. W Rio zupełnie nie miałam poczucia, że przegrałam. Przede wszystkim to, o czym mówiłam wcześniej – stając na starcie myślałam, żeby po prostu pojechać jak najlepszy wyścig.  I taki pojechałam, więcej nie byłam w stanie zrobić. Szwedka Jenny Rissveds była tego dnia mocniejsza ode mnie i musiałam to zaakceptować. Natomiast ja pojechałam absolutnie bezbłędnie, byłam w znakomitej formie.

Wówczas przygotowania bardzo fajnie się nam ułożyły. Ja byłam w Kolumbii, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Znów miałam ze sobą fantastyczny zespół. Niestety, nie było już z nami Marka Galińskiego, który zginął w wypadku samochodowym dwa lata wcześniej. Ale byłam pod opieką jego przyjaciela, Michała Krawczyka, który był moim trenerem. Miałam ze sobą wspaniałego mechanika, Huberta. Madzię Zamolską jako fizjoterapeutkę, która trenowała razem ze mną i chyba była w lepszej formie, niż kiedy sama się ścigała – to też było niesamowite. Doktor Piotrek Kosielski, który zaliczył sprint życia tuż przed startem, kiedy stwierdziłam że jednak muszę zmienić szybki w okularach i pobiegł żebym zdążyła je wymienić. Było dużo drobnych akcji, które zasiadają gdzieś w pamięci.

Przede wszystkim na te igrzyska wspominam bardzo pozytywnie, optymistycznie pod względem atmosfery w całej drużynie. Jak zdobyłam srebrny medal, to czuliśmy wszyscy jest on wspólnie zdobyty i cała ekipa fruwała. Jeszcze zapomniałam dodać o Arku Perinie, który też ze mną był w Rio i mi pomagał w aspekcie technicznym – to jest mój trener od techniki – ale też w psychicznym, aby się do startu odpowiednio zmotywować, ale i rozluźnić. I wszystko zagrało. To był wielki sukces. Dla mnie, najważniejszy wynik w całej mojej karierze.

Karierze, w której naprawdę nie brakowało spektakularnych startów. Prosiłbym, żeby opowiedziała pani trochę więcej o wyścigu Cape Epic. Akurat mój dobry znajomy – triathlonista, który startuje w Polsce na różnych dystansach, włącznie z Iron Manem – miał okazję tam wystąpić. Ja już o tym wyścigu sporo wiem. Natomiast nie każdy musi ten wyścig znać i wiedzieć, że wzięła pani udział w czymś naprawdę legendarnym.

To jest ciekawe, że Cape Epic jest wielkim, słynnym wyścigiem na całym świecie, a w Polsce mało kto o nim wie. W kolarstwie górskim to jest takie Tour de France. Co prawda nie trwa trzy tygodnie, tylko osiem dni. Ale to jest ściganie dzień w dzień, około pięciu-sześciu godzin każdego etapu. I to jest jazda w terenie, która jednak różni się od jazdy szosowej. Tam nie da się schować w peletonie, tylko jedzie się cały czas na maksimum swoich możliwości. Na zjazdach też tego odpoczynku nie ma, ponieważ są technicznie wymagające. To na pewno test wytrzymałości organizmu.

Co istotne, jeździ się tam parami. To jest w pewnym sensie niesamowite przeżycie, ponieważ każdy gdzieś ma kryzysy w trakcie zawodów. Bardzo ważne jest to, żeby w parze się nawzajem wspierać. A druga rzecz – jest bardzo ograniczone wsparcie ekip technicznych. W przypadku defektu, najczęściej trzeba po prostu ten defekt samemu naprawić. To taki trochę survival. Co też istotne, starty są od siódmej rano, często gdy dopiero wschodzi słońce. Więc trzeba wstać około czwartej trzydzieści tak, aby zdążyć się przygotować, zjeść śniadanie, rozgrzać przed startem. Jest to na pewno survival, ale taki, który daje niesamowite przeżycia.

Ja jechałam w 2019 roku w parze z Ariane Luethi. Z mojej drużyny – Kross Racing Team – jechała też para chłopaków Ondrej Cink – Sergio Mantecon. Bardzo dużo się działo. Myślę, że audycji by nam zabrakło na opowiedzenie wszystkich przygód z wyścigu. Wróciłam z niego oczywiście wyczerpana. Po drodze złapało mnie przeziębienie, a mimo tego udało mi się ukończyć wyścig. Natomiast byłam bardzo naładowana pozytywnymi emocjami. I co najważniejsze, z Ariane – mimo wielu przygód, o których mówiłam, różnych defektów – skończyłyśmy cały wyścig na podium. Był to wyczyn. I mam wiele wspomnień. Przyznam, że chodzi mi po głowie, żeby do RPA jeszcze wrócić. Choć w miniony weekend startowałam w takiej króciutkiej, lekkiej, czterodniowej etapówce. Ścigaliśmy się po dwie-trzy godziny dziennie, czyli raptem ćwiartka tego, co na Cape Epic. I zaczęłam się zastanawiać czy na pewno chcę to przeżywać jeszcze raz. (śmiech)

Nie dziwię się.

Tak, bo to jednak jest sporo cierpienia, przepotężny wysiłek. Natomiast atmosfera jest niesamowita. Ludzie w RPA są fantastyczni. W wioskach dzieciaki fantastycznie kibicują. W ogóle organizacja jest fenomenalna. Z transmisją na żywo, z helikopterami, kamerami na rowerach, absolutnie wszystko na najwyższym poziomie. Było to przeżycie, móc ten wyścig przejechać i – co najważniejsze – go ukończyć z takim dobrym wynikiem.

W 2003 roku Maja Włoszczowska w Lugano została mistrzynią świata w maratonie. Teraz jej ostatni sukces, jaki osiągnęła, to wicemistrzostwo świata – właśnie w maratonie, w poprzednim roku. Jakby pani nam wyjaśniła na czym polega różnica pomiędzy startem w maratonie, a w mistrzostwach świata w kolarstwie górskim czy też  igrzyskach olimpijskich.

Kolarstwo górskie ma kilka konkurencji. Ta olimpijska konkurencja nazywa się cross-country. Ona polega na tym, że ścigamy się na rundach. Przede wszystkim wyścig jest dużo krótszy, trwa niecałe półtorej godziny. Tymczasem maraton to wyścig na jednej, najczęściej dużej pętli, o dystansie około osiemdziesięciu-stu kilometrów w terenie. Co przeważnie zajmuje około czterech-pięciu godzin. Więc jest to zupełnie inny rodzaj wysiłku. Do cross-country trzeba być silnym, dynamicznym. W maratonie dużo większe znaczenie ma wytrzymałość. Ale rowery są dokładnie takie same. Może na cross-country mamy trochę trudniejsze trasy w sensie technicznym – więcej głazów, skał, korzeni. Ale też mamy więcej czasu, żeby się zaznajomić z trasą.

Natomiast ja mam duże predyspozycje wytrzymałościowe. I Cape Epic to taki maraton w wydaniu razy osiem, czyli codziennie przez osiem dni. Ale bardzo często są zawodnicy, którzy świetnie sobie radzą w obu konkurencjach. O maratonie słychać troszeczkę mniej z racji tego, że nie jest on konkurencją olimpijską. Dlatego nie przykuwa tak bardzo uwagi mediów i sponsorów.  A wysiłek też jest przepotężny. I daje to dużą satysfakcję, jak się ma całą trasę za sobą, a jeszcze ukończy się wyścig z dobrym wynikiem.

Patrząc na Justynę Kowalczyk, to jest taka dziewczyna, która parę lat po zakończeniu kariery została bardzo aktywna. Ciągle może pochwalić się – jak widać na jej mediach społecznościowych – tarką na brzuchu, uprawia sport. Trochę musi, bo wy – zawodowi sportowcy – nie możecie nagle przestać się ruszać, wasz krwioobieg miałby z tym duże problemy. Tak się zastanawiam czy pani – myśląc o końcu kariery – też widzi siebie jako aktywną dziewczynę, która dalej będzie jeździć na rowerze? I druga rzecz, czy widzi się pani podobnie jak na przykład Justyna, w strukturach zarządzających? Czyli jako osoba będącą dyrektorem, trenerem, kimś kto szkoli swoich następców.

Jeżeli chodzi o aktywność, to tutaj zdecydowanie tak. Nie wyobrażam sobie życia bez ruchu. Jak wcześniej mówiłam – na rowerze będę jeździć zawsze. Myśląc o końcu kariery cieszy mnie to, że będę mogła spróbować także innych sportów. Ponieważ tak naprawdę, będąc zawodowym sportowcem, z wielu sportów musimy rezygnować. Albo nie ma na nie miejsca w programie treningowym, albo są zbyt narażające na kontuzje. Liczę na to, że właśnie to po zakończeniu kariery zawodowej – oprócz roweru – będę mogła wpleść do swojego życia wiele innych dyscyplin sportowych.

Jeżeli chodzi o struktury sportowe, to tutaj przyznam że bardzo podziwiam Justynę Kowalczyk. Bardzo ją szanuję za to, że dzieli się swoją wiedzą z młodzieżą. Obejmując stanowisko dyrektora sportowego Polskiego Związku Biathlonu to można powiedzieć, że to wręcz stanowisko polityczne, do którego trzeba mieć porządny charakter. I jestem przekonana, że Justyna taki ma. Ja chyba byłabym trochę za miękka na takie stanowisko, więc siebie w tym nie widzę. Aczkolwiek życie pokaże jak ułoży się moja kariera pozasportowa. Raczej do struktur związkowych nie planuję trafić, ale jak mówię – nigdy nie wiadomo.

Moi drodzy, jeżeli słuchacie Mai Włoszczowskiej w radiu, to zdajecie sobie sprawę z tego, że mówi ładnym językiem polskim. Że mówi płynnie, dynamicznie, że tutaj nie ma przestojów. Rodzi się pytanie, czy jakaś kariera dziennikarska chodzi po głowie. Przypomnę, że Maja Włoszczowska ma na swoim koncie książkę – autobiografię. Fajnie o niej pisała: Wieczorami, pomiędzy treningami… pomiędzy zupą a drugim daniem, pomiędzy kolacją a śniadaniem… Na lotnisku, w samolocie, w hotelu, w samochodzie. Na czterech kontynentach. Wszędzie, gdzie się dało, kiedy się dało i jak się dało. Ostatnie sześć miesięcy…. Pisałam.

Tak było. Muszę podziękować Julianowi Obrockiemu, który mnie namówił na napisanie pierwszej biografii. On pisał ją razem ze mną. Myślę, że mogę spokojnie powiedzieć, że pięćdziesiąt procent to jest moje pióro. Natomiast bez niego po pierwsze bym się tego wyzwania nie podjęła, a po drugie – pewnie bym go nie zakończyła. Później powstała jeszcze druga książka – Rowerem na szczyt – którą współtworzyłam z Karoliną Oponowicz. To już bardziej taki poradnik rowerowy dla zaczynających przygodę z rowerem górskim i nie tylko. Obie fantastyczne, bardzo się cieszę że powstały. Jestem z nich dumna.

Czy kariera dziennikarska przede mną? Może taka pełna w stu procentach nie, natomiast bardzo chętnie bym zaliczyła jakąś przygodę w tym zawodzie. Przede wszystkim uważam, że jest tak dużo do pokazania jeżeli chodzi o rower i to, co on nam daje. Że to nie jest wyłącznie przedmiot do uprawiania sportu, na którym się trzeba bardzo męczyć. To jest fantastyczny środek transportu, to jest fantastyczny sposób na zwiedzanie świata, który sprawił że ja dotarłam w wiele zakątków, o których nie miałam pojęcia. Które były albo nieosiągalne samochodem, albo za dalekie żeby dojść na piechotę. I to na pewno bym chciała pokazać. Jeżeli będzie możliwość stworzenia programu w którejś ze stacji, to będę do tego pierwsza chętna.

I dziękuję za miłe słowa na temat mojego wypowiadania się. Ja zawsze jednak mam wrażenie, że mówię za szybko, za piskliwie. Z pewnością matematyka była bardziej moim konikiem, niż polonistyka. Na pewno wiele bym musiała pracować i uczyć się od kolegów. Daleko mi do prawidłowego fachu. Natomiast tak jak mówię – przygodę chętnie bym zaliczyła. Ale bardziej widzę siebie w biznesie okołorowerowym, okołosportowym, w promowaniu jazdy na rowerze, pokazywaniu wspaniałych zakątków, jakie mamy i w Polsce i na świecie.

To ja widzę tu potencjał na połączenie Moniki Pyrek – która świetnie odnalazła się w mediach po zakończeniu kariery – z Martyną Wojciechowską. I tego życzę pani Maju, dziękuję za rozmowę.

Dzięki wielkie.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Paulo77
Paulo77
1 miesiąc temu

Mam nadzieje , ze zdobedzie zloto . Piekne podsumowanie kariery .

Kuna
Kuna
1 miesiąc temu

Pamiętam jak przed Rio media pluły na nią, że jest stara i nie powinna tam w ogóle jechać, szkoda że nie poruszono tego wątku bo sporo szamba się wtedy wylało. Ciekawe co by powiedzieli teraz ci wszyscy specjaliści.

Aktualności

Kalendarz imprez