Włosi mają kolejny finał. Hurkacz przegrał z Berrettinim

Włosi mają kolejny finał. Hurkacz przegrał z Berrettinim

Oczywistym było przed tym meczem, że jego zwycięzca napisze historię tenisa w swoim kraju – Hubert Hurkacz w przypadku wygranej zostałby pierwszym singlistą z Polski, który zagrałby w finale turnieju wielkoszlemowego. Matteo Berrettini z kolei mógłby być pierwszym Włochem w finale Wimbledonu. Paradoksalnie, choć Hubert po drodze pokonał już wicelidera rankingu ATP, Daniiła Miedwiediewa, oraz króla trawy, Rogera Federera, to dziś czekało na niego jeszcze trudniejsze zadanie. Jak się okazało – zbyt trudne. 

Od początku w trybie ataku 

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Berrettini ma w arsenale dwa wielkie działa, którymi potrafi naruszyć każdego rywala na świecie – serwis, dochodzący i do 230 kilometrów na godzinę, oraz forehand, być może najmocniejszy i najszybszy w tourze, przynajmniej pod nieobecność Juana Martina del Potro. Jeśli chce się z Włochem wygrać, trzeba albo liczyć na jego gorszą dyspozycję przy serwisie, albo samemu doskonale returnować. A potem dodatkowo w wymianach utrudniać mu, jak tylko się da, grę forehandem, bo jeśli się tego nie zrobi, to ten gość szybko skorzysta z każdej sposobności do wyprowadzenia kończącego akcję uderzenia.

Bo Berrettini uwielbia atakować. Owszem, umie też się bronić, gdy trzeba to zrobić, ale to w grze do przodu czuje się najlepiej. Trawa, jako najszybsza nawierzchnia, bardzo mu więc sprzyja. Włoch w tym sezonie już to zresztą pokazał. Od porażki z Novakiem Djokoviciem na Roland Garros – gdzie zresztą sprawił, że Serb musiał się wznieść na wysoki poziom – już nie przegrywa. Najpierw pojechał na turniej w Queen’s i zgarnął najważniejsze trofeum w swojej karierze. Potem zrobił sobie tydzień przerwy, pojawił się na Wimbledonie i tu w pięciu meczach też nikt nie był w stanie go ograć. W ćwierćfinale przez jakiś czas potrafił powalczyć z nim Felix Auger-Aliassime, ale gdy Matteo wskoczył na najwyższe obroty, Kanadyjczyk mógł tylko pokiwać głową z uznaniem.

Problem Huberta w dzisiejszym meczu polegał przede wszystkim na tym, że Berrettiniemu wszystko wchodziło od samego początku. I to nie tylko wtedy, gdy on serwował i podaniem ustawiał sobie wymiany (lub punkty po prostu zdobywał, posłał dziś naprawdę sporo asów, nie wspominając o wygrywających serwisach), ale też w gemach Hurkacza. Choć zwykle nie jest to jego największą zaletą, to dziś doskonale odnajdywał się przy returnie, a Hubert – świetnie serwujący w poprzednich rundach – nie imponował z kolei skutecznością w tym elemencie.

Na początku pierwszego seta obaj musieli bronić break pointów. I obu się udało. Ale już w połowie partii to Włoch dostał kolejną szansę i tym razem ją wykorzystał. Zresztą nie dość, że on grał świetnie, to wyraźnie swojego rytmu nie potrafił dziś odnaleźć sam Hubert. Męczył się, wielokrotnie grał nieczysto, wyrzucał piłki, odgrywał zbyt krótko. Generalnie – to nie była jego gra. I nikogo nie mogło dziwić, że nacierający, atakujący Berrettini, któremu właściwie wszystko wpadało idealnie w kort, pierwszego seta wygrał.

A potem się zaczęło.

Hubertów dwóch: rozbity i waleczny

Drugi set przebiegł zupełnie bez historii. Hurkacz nie miał tak naprawdę nic do powiedzenia. I skończyło się tak, że Berrettini – którego idolem jest Roger Federer – nieco Szwajcara pomścił. Bo tak jak Hubert (też zresztą uważający Rogera za jednego z idoli) wygrał z Federerem seta do zera, tak z Matteo w ten sposób przegrał. Drugi set skończył się właśnie wynikiem 0:6. Berrettini wjechał w nim na najwyższe obroty, imponując zwłaszcza na returnie. Niemal też nie popełniał niewymuszonych błędów. Na przestrzeni dwóch pierwszych setów – ledwie osiem. Hubert miał ich w tym momencie już trzynaście. Niby też nie tak wiele, ale sęk w tym, że do tego doliczyć trzeba przewagę Włocha w piłkach wygrywanych i sporo punktów, w których zmuszał Polaka do popełnienia błędu.

Jednym zdaniem: Matteo był zdecydowanie lepszym tenisistą.

Uwierzcie, trudno się po czymś takim podnieść. Kiedy przegrywasz seta do zera, naprawdę możesz pomyśleć sobie, że nie masz w tym meczu absolutnie nic do roboty. Zwłaszcza, że nie była to pierwsza partia, a Hubert przegrywał już w meczu 0:2. Ale jednak nie z Polakiem takie numery. Jeśli już gra się o finał Wimbledonu, to walczyć trzeba do ostatniej piłki – uznał Hurkacz. I walczył. W następnym secie wreszcie poprawił serwis. Przy swoich gemach grał skuteczniej i pewniej. Choć nadal niepokoić mogła niska liczba pierwszych podań trafionych w karo, to jednak ostatecznie Hubert ani razu nie dał się przełamać.

Co ważne – nie pękł w najważniejszych momentach. Bo Berrettini był w pewnym momencie o dwie piłki od wygrania meczu, gdy przy podaniu Polaka doprowadził do stanu 40:40. Hubert dorzucił wtedy asa – w tamtym momencie dopiero drugiego(!) w tym spotkaniu – a potem zamknął gema. A że Berrettini też serwował znakomicie, jak zresztą przez całe spotkanie, to doszło do tie-breaka. Te w tym sezonie Hubertowi wychodzą świetnie i dzisiejszy nie był wyjątkiem. Sam zagrał kilka piłek na najwyższym poziomie, doczekał się błędu Włocha i ostatecznie wygrał całego seta. Waleczności odmówić Hurkaczowi się nie dało, a głową z uznaniem kiwał momentami sam David Beckham, oglądający mecz z trybun.

Szkoda, że tej lepszej gry wystarczyło tylko na jednego seta. W następnym Hubert dał się przełamać już w pierwszym gemie i choć potem serwisu nie stracił, to nie udało mu się też strat odrobić. Bo Berrettini znów grał doskonale. Zresztą trzeba Włochowi oddać, że stracony set nie wywarł na nim absolutnie żadnego wrażenia. W przerwie między partiami poszedł do toalety, a gdy wrócił, ponownie imponował na korcie. Z tak grającym Matteo naprawdę niewielu gości miałoby szansę.

I może Hurkacz ze środy by powalczył. Dziś jednak miał niestety gorszy dzień. Więc wystarczyło na jednego seta. Włosi za to cieszą się podwójnie – w niedzielę w Londynie będą mogli oglądać dwa finały ze swoimi zawodnikami. Najpierw ten wimbledoński, a potem piłkarskiego Euro.

Sukces pozostaje sukcesem

Wypada tu jednak podkreślić coś ważnego – ten wynik Huberta to ogromny sukces. Jest przecież dopiero czwartą osobą z Polski w erze open, która doszła do wielkoszlemowego półfinału w singlu! Agnieszka Radwańska grała w takim pięciokrotnie, raz awansowała do finału – na Wimbledonie 2012. Jerzy Janowicz rok później rozegrał swój jedyny wielkoszlemowy półfinał, też na londyńskiej trawie (zresztą “Isia” również była wtedy w tej fazie turnieju), a Iga Świątek, wiadomo, rok temu była w półfinale Roland Garros, weszła do finału, a potem ten finał wygrała.

Na standardy naszego tenisa Hurkacz osiągnął coś wielkiego. Jasne, nie doszedł do meczu o tytuł, ale patrząc na cały turniej – i oczekiwania przed nim – rozegrał zawody, jakich sobie nie wyobrażaliśmy, notując po drodze dwa wielkie zwycięstwa: z wiceliderem rankingu w osobie Daniiła Miedwiediewa oraz z Rogerem Federerem. A wygrać ze Szwajcarem, nawet po urazach i tuż przed czterdziestką, to zawsze coś.

Dlatego wypada napisać jedynie: Hubert, dziękujemy za te emocje. Było super. Wierzymy, że to nie ostatni raz.

Hubert Hurkacz – Matteo Berrettini 3:6, 0:6, 7:6 (7:3), 4:6

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Janson
Janson
22 dni temu

Hurkacz zaliczył dziś klasyczny wpierdol.

Krzysztof
Krzysztof
22 dni temu
Odpowiedz  Janson

bo jest drewnem jak lewandowski

Łaminos
Łaminos
20 dni temu

Powtarzam po raz kolejny; gorszy od kibica sukcesu jest tylko kibic porażki. Brawo HuHu!

Aktualności

Kalendarz imprez