Wioślarska wicemistrzyni Europy, która okazała się… świetną biegaczką. Wywiad z Joanną Dorociak

Wioślarska wicemistrzyni Europy, która okazała się… świetną biegaczką. Wywiad z Joanną Dorociak

W debiucie na królewskim dystansie, podczas Maratonu Warszawskiego 2019, złamała nieosiągalną dla wielu granicę trzech godzin. Przy okazji okazała się najlepszą Polką na trasie imprezy. W Biegu Niepodległości wykonała kolejny progres – była najszybszą kobietą. Bieganiem zajęła się… z nudów, żeby wypełnić jakoś czas bez łódki. Bo Joanna Dorociak to przede wszystkim wioślarka, triumfatorka zawodów Pucharu Świata i wicemistrzyni Europy. Przez neurologiczne problemy niedawno zakończyła jednak obiecującą karierę na wodzie. Będzie ją kontynuować na lądzie, gdzie spróbuje błyszczeć na trasie kolejnych biegów.

KAMIL GAPIŃSKI: Jak wygląda życie na sportowej emeryturze przed trzydziestką ?

JOANNA DOROCIAK: Jak widzisz, nie najgorzej. Piję dobrą kawkę, przed chwilą zjadłam smacznego burgera, siedzę i udzielam wywiadu, jest spoko (śmiech).

Zwolniłam tempo. Odpoczywam od wiecznych reżimów, jakie miałam podczas trenowania. Cały czas musiałam być w najwyższej formie, maksymalnie dbać o dietę i suplementację. Teraz mam luźniejszy czas. Z jednej strony to fajne, z drugiej z wioślarstwem byłam związana przez 16 lat, ten sport układał mi każdy dzień, teraz pojawiła się w grafiku pustka.

Przypomnij proszę, dlaczego tak wcześnie zakończyłaś karierę.

Od jakiegoś czasu borykałam się z problemem na tle neurologicznym. Chodziłam od lekarza do lekarza, próbowałam coś z tym zrobić, ale nie udało się.

Na czym polegał ten kłopot?

Ruch wioślarski składa się z wielu elementów. U mnie „zaburzył” się jego początek. Na olimpijskim poziomie, gdzie liczy się każda setna sekundy, było to coś absolutnie nie do przyjęcia.

Wszystko zaczęło się zimą 2018 roku, na ergometrze. Wtedy zaczęło mi się dziwnie wiosłować. Zauważyłam, że coś się dzieje, choć do końca nie umiałam zdefiniować co dokładnie. Ciało powinno mieć pamięć mięśniową, przecież wykonałam setki tysięcy takich ruchów. A jednak z jakiegoś powodu wówczas nie mogłam go w stu procentach powtórzyć. Nie panowałam nad tym i to było przykre.

Skąd to się wzięło?

Żaden lekarz nie potrafił mi wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. Nie jestem natomiast jedyną wioślarką, która ma ten problem. Znam dwóch zawodników, Polaków, którzy też musieli się z nim zmagać. Koleżanka z Nowej Zelandii, olimpijska z Londynu, także miała ten przyruch, w efekcie zakończyła karierę.

Na pewnym etapie myślałam, że udało mi się to opanować. Nawet gdy zimą byłam u was w radiu, to mówiłam, że wszystko jest już w porządku. Niestety, gdy wiosną doszło do intensywniejszych treningów, przygotowujących do olimpijskich kwalifikacji, znowu zaczęło się robić kiepsko.

Po zajęciach, gdy schodziłam z wody, płakałam z bezsilności. Nie byłam w stanie kontrolować tego przyruchu, to strasznie mnie wkurzało. Owszem, były lepsze momenty, ale zdarzały się rzadko. W tej sytuacji uznałam, że kontynuowanie kariery nie ma sensu. Przełożenie igrzysk pomogło mi w podjęciu tej decyzji. Niektórzy namawiali mnie, żebym jeszcze się z nią wstrzymała. Ale to był przemyślany ruch, nie wykonałam go z dnia na dzień. Naprawdę zrobiłam wiele, żeby wyzdrowieć. Nie tylko się badałam, ale też chodziłam na treningi motoryki ruchu, jogi, do osteopatów, na masaże powięziowe, no full zestaw. Niestety, nic nie pomogło.

Wcześniej miałaś jeszcze poważniejsze problemy ze zdrowiem.

Tuż przed igrzyskami w Rio de Janeiro okazało się, że mam zakrzepicę. To był dla mnie szok. Jednego dnia robiłam ciężkie treningi na najwyższym poziomie, a drugiego zaczęła mi puchnąć ręka. Miałam wtedy duże szczęście, że lekarze w szpitalu w Poznaniu szybko zainterweniowali. Gdyby tego nie zrobili, pewnie dziś byśmy nie rozmawiali. Potem pomogła mi też Magda Kaczmarek, koleżanka z wioseł, która jest psychologiem sportowym. Przyjeżdżała do mnie do szpitala i robiła sesje, by wyciągnąć z dołka. Mam farta, że akurat mieszka w mieście, w którym doszło do całej tej sytuacji.

Co uważasz za swój największy sukces na wodzie?

Na pewno zdobycie kwalifikacji olimpijskiej w 2015 roku, to było spełnienie marzeń. A w 2018 dwa razy wygrywałam zawody Pucharu Świata, sięgnęłam też po srebro mistrzostw Europy. Czułam wtedy, że mogę przenosić góry, że jestem w stanie walczyć z każdym. Przed startami nie myślałam, że może będę piąta czy szósta, interesowało mnie tylko zwycięstwo. To zakrzepica sprawiła, że stałam się mocna psychicznie. Myślałam tak: skoro przeżyłam coś takiego, to nic nie jest w stanie mnie złamać. Wcześniej byłam taką grzeczną dziewczynką, speszoną, zagubioną, nie do końca znającą swoją wartość.

Gdzie najbardziej lubiłaś startować?

W Lucernie. To nieduże miasto, bardzo urokliwe. Z reguły tory wioślarskie są usytuowane na obrzeżach, w mało ciekawych dzielnicach, przemysłowych. Tak bywa chociażby w Niemczech i Czechach. W Lucernie natomiast są w centrum miasta. To sprawia, że mamy fajny kontakt z kibicami i zwykłymi mieszkańcami. Cały świat lubi tam startować i niecierpliwie czeka na te zawody. Nawet powstały memy pokazujące, że to kolebka wioślarstwa.

Po zakończeniu kariery zamierzasz nadal mieć kontakt z wodą?

Tak, prowadzę treningi personalne, przyruch mi w tym nie przeszkadza, bo są to zajęcia na niskiej intensywności. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła totalnie odciąć się od wioślarstwa, za dużo czasu poświęciłam temu sportowi. Uwielbiam go i mam nadzieję, że zarażę tą pasją jak najwięcej ludzi. Łódka to jest super sprawa. Weźmy taką Warszawę: wsiadasz do łódki, trenujesz, a jednocześnie widzisz miasto z zupełnie innej perspektywy niż zazwyczaj. Naprawdę warto tego spróbować. W przypadku bycia początkującym proszę się nie obawiać ewentualnej wywrotki na Wiśle czy w innym miejscu. Trzeba mieć naprawdę dużo „talentu”, żeby to zrobić, takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko.

Drugim bardzo ważnym sportem w twoim życiu jest bieganie. Odkryłaś go nieco przypadkowo, latem zeszłego roku, gdy ze względu na wspomniane problemy odpoczywałaś od wioseł. Od razu okazało się, że jesteś dużym talentem. W maratońskim debiucie, w Warszawie, złamałaś trzy godziny, a tym samym zostałaś najszybszą Polką imprezy. Potem w Biegu Niepodległości byłaś już numerem jeden pośród wszystkich zawodniczek.

Od zawsze miałam w sobie głód rywalizacji, lubię ją. Bieganie świetnie go zaspokaja. Dlatego nie zamierzam traktować tego sportu jako rekreacji dla funu czy poprawy samopoczucia. Nie, ja chcę się ścigać.

Przed wspomnianymi przez ciebie imprezami nie spodziewałam się, że pójdzie mi aż tak dobrze. Chociaż wiedziałam, że mam potencjał do biegania. Gdy z innymi wioślarkami robiłyśmy testy na 3 kilometry, zawsze je wygrywałam i to z miażdżącą przewagą, wynoszącą około czterdzieści sekund nad drugą dziewczyną. Z kolei jako dziecko wygrywałam w Warszawie i w okolicach imprezy przełajowe.

W Biegu Niepodległości startowało około 16 tysięcy osób. Zakładam, że na trasie panowało spore zamieszanie. W którym momencie zorientowałaś się, że jesteś pierwszą kobietą?

Gdzieś koło piątego kilometra minęłam jedną dziewczynę, która strasznie sapała. Ja czułam się dobrze, cały czas biegłam swoim tempem. Chwilę później ludzie zaczęli mi krzyczeć, że prowadzę. W ogóle nie czułam wówczas stresu tylko podniecenie, że jestem taka szybka.

Biegłam wtedy na czuja, bez żadnej taktyki. W trakcie startu miałam zielonego pojęcia, jaki mogę mieć czas. Przed nim zresztą też nie, nawet zrobiłam na swoim fejsbuku konkurs, w którym poprosiłam ludzi, żeby typowali mój wynik.

No nie wierzę, że nie zastanawiałaś się przed biegiem nad potencjalnym rezultatem.

Może przez chwilę po głowie chodził mi czas w okolicach 37 minut, ale skończyło się dużo lepiej – 35:57. Po raz kolejny udowodniłam sobie, że jestem zwierzęciem startowym. Podobnie jak we wioślarstwie, tak i w bieganiu radzę sobie lepiej na zawodach niż na treningach. Potrafię się na nich maksymalnie skupić, nawet jeśli otoczka mi nie pomaga.

Tak właśnie było przed Biegiem Niepodległości. Spóźniłam się na rozgrzewkę z ludźmi z Adidas Runners, z którymi wtedy trenowałam. Potem nie mogłam znaleźć linii startu. W tym tłoku czułam się nieźle zakręcona, jak małe dziecko w wielkim świecie. Gdy w końcu się ogarnęłam, uznałam, że nie będę ruszać z pierwszej linii, bo na pewno wiele osób jest ode mnie szybszych. Ustawiłam się gdzieś tyłu, to oczywiście nie było optymalne rozwiązanie. Zanim dobiegłam do tych najlepszych dziewczyn, minęło sporo czasu. Kto wie, może gdybym od razu pobiegła z nimi, miałabym lepszy rezultat? Nieważne, zmierzam do czego innego – że mimo tych wszystkich przeciwności, wszystko wyszło dobrze, ponieważ w odpowiednim momencie wyłączyłam się zupełnie z otoczenia i skupiłam na robocie.

Czyli praca z psychologiem sportu pomogła.

Jasne, dla mnie to podstawa. Dzięki takiej relacji zrozumiałam, że zawody to nagroda za tygodnie ciężkiej pracy. Trzeba się nimi cieszyć, a nie stresować w negatywny sposób, co doprowadza do zablokowania i paraliżu ciała i głowy. Takie podejście mają chociażby w Nowej Zelandii, mekce wioślarstwa. Najważniejsze imprezy odbywają się tam pod wymownym hasłem „Rowing Celebration”.

Świetnie wycisza mnie też joga. Wkręciłem się w nią bardzo, praktykuję właściwie codziennie przed snem.

Wróćmy do biegu – jak wspominasz debiutancki występ?

To był Półmaraton Praski. Biegłam będąc na antybiotyku, więc w trakcie imprezy czułam się strasznie, szczególnie, że było baaaardzo gorąco, mimo tego, iż to nocna “połówka”, zaczynająca się po 20. Spociłam się już w oczekiwaniu na start, potem było tylko gorzej (śmiech).

Mimo niesprzyjających warunków, mimo tego, że czułam się totalnie wypruta, poszło mi nieźle. Zajęłam szóste miejsce wśród pań z czasem 1:26:04.

Skąd pomysł, by miesiąc później przebiec maraton?

Narodził się w… pociągu. Jechałam do Zakopanego z moją koleżanką Zuzią. Było wcześnie rano, koło szóstej. Nie mogłam spać, wzięłam telefon i wyświetliła mi się akurat informacja o Maratonie Warszawskim. Weszłam na stronę biegu, zobaczyłam, że są jeszcze miejsca. Od razu się zapisałam, dostałam numer i już, poczułam się od razu jak uczestniczka pełną gębą! Po chwili przyszedł moment zastanowienia i pytanie, jak się do niego przygotować? Odezwałam się do Julity Koteckiej z Adidas Runners, zgodziła się rozpisać mi plan przygotowań. Stwierdziła, że może uda mi się złamać 3 h, ale nie będzie to łatwe.

Przed biegiem byłam optymistką. Wiedziałam, że mam dobre przygotowanie wydolnościowe z wioseł, wysokie VO2max. Wiedziałam, że mam silne barki i ramiona, to efekt tysięcy godzin pracy w siłowni. Trochę bałam się tylko, czy nogi wytrzymają, czy nie dopadną mnie skurcze.

Odpowiednio się też zrelaksowałam. Przez kilka dni nic nie biegałam, zrobiłam carboloading i rano poszłam na grzyby.

W dniu startu?!

Nie no, dzień wcześniej. Ale czułam, że będzie dobrze, bo zebrałam ich naprawdę sporo!

W niedzielę stanęłam na starcie z grupą na 3 godziny. Totalnie nic wtedy nie ogarniałam, więc zdziwiłam się, czemu dwóch gości biegnie z balonikami z napisem „3:00”.

Chcieli się pochwalić światu jacy są szybcy!

(śmiech) Teraz już wiem, że to pacemakerzy, którzy nadają tempo, więc muszą być widoczni w tłumie. Jednego z nich trzymałam się jak rzepa, robiłam wszystko, żeby mi nie odjechał.

Biegło mi się dobrze, inaczej niż facetom wokół. Z czasem coraz więcej z nich zaczęło odpadać od grupy. Najlepszy moment był pod koniec. Obok biegł gość, który wyglądał naprawdę kiepsko. Złapałam go z czułością za ramię i powiedziałam „spokojnie, zostało tylko pięć kilometrów”. Chciałam pocieszyć człowieka, ale niestety nieźle się tą informacją przeraził.

Ja nie doświadczyłam takich kryzysów. Po wszystkim miałam wrażenie, że mogłam pobiec szybciej. Ale wiadomo, że to tylko spekulacje. Nie mam pojęcia, czy wytrzymałabym wtedy np. tempo na 2:55.

Kiedy dowiedziałaś się, że jesteś pierwszą Polką?

Już na mecie. Podbiegł do mnie wolontariusz i o tym poinformował. Poinstruował też, jak dostać się na podium, a za chwilę podeszli dziennikarze i prosili o wywiady. Totalnie nie spodziewałam się tego zamieszania. Ja chciałam po prostu pobiec poniżej trzech godzin, o niczym więcej nie myślałam. Fajnie, że się udało, mam nadzieję, że z czasem będę się mocno rozwijać i to był dopiero początek moich sukcesów w nowym sporcie.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. FotoPyk


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Artur Żeliszczak
Artur Żeliszczak
1 rok temu

Życzę powodzenia i coraz lepszych wyników. Aby liczyć się w Polsce, trzeba biegać gdzieś w okolicy 1.14HM i 2.35 maraton. Droga daleka, ale potencjał jest a szlak już został przetarty przez zawodniczkę z Białegostoku od niezłej amatorki do wyników na zawodowym poziomie w PL.

Aktualności

Kalendarz imprez