Wilk-Wasick dobrze popłynęła w eliminacjach. Majerski powalczy o brąz?

Wilk-Wasick dobrze popłynęła w eliminacjach. Majerski powalczy o brąz?

Na olimpijskich basenach – z naszej perspektywy – panują coraz większe emocje. Dziś pierwszy występ na 50 metrów kraulem zaliczyła Katarzyna Wilk-Wasick. Polka zajęła piąte miejsce w eliminacjach, ze swoim drugim najlepszym czasem w karierze. Jest zatem nieźle, ale liczymy, że jeszcze szybsza będzie jutro, a także w ewentualnym wyścigu finałowym. Pozycję w najlepszej ósemce zaklepał już sobie Jakub Majerski, który był siódmy w półfinałach na 200 metrów delfinem. 

Czy zdobędziemy medal w pływaniu? Cały czas najbardziej realistyczne szanse na wielki sukces ma Kasia Wilk-Wasick. Dzisiaj Polka, która niedawno przyleciała do Tokio, pływała w eliminacjach. Startowała w ostatniej serii, choć mocno obsadzone były aż trzy. Serio, czasem mamy wrażenie, że nie ma bogatszej w kapitalne zawodniczki konkurencji niż 50 metrów kraulem.

Zanim Kasia wskoczyła do wody, Emma McKeon pobiła nawet rekord olimpijski, wynikiem 24.02. Świetnie pokazała się też obrończyni tytułu Permille Blume, która wykręciła 24.12, a także finiszująca za nią Cate Campbell (24.15). Cała trójka robiła czasy lepsze od rekordu Polski. Wiedzieliśmy zatem, że poziom jest wysoki, ale to igrzyska, trudno żeby było inaczej.

Wilk-Wasick w swoim wyścigu miała zmierzyć się z Sarah Sjostrom, czyli wracającą po kontuzji rekordzistką świata, a także Ranomi Kromowidjojo, czyli najszybszą w tym roku pływaczką globu. I wydawało się, że pokona obie. Po połowie dystansu Polka prowadziła i dopiero na finiszu, jakimś cudem, wyprzedziła ją Sjostrom. Czas naszej pływaczki? 24.31. Czyli niezły, szczególnie jak na eliminacje, ale gorszy od łącznie czterech rywalek.

Optymizmem napawa to, że w swojej serii Polka była bliska zajęcia pierwszego miejsca. A także to, że parę faworytek było od niej wolniejszych – mowa o wspomnianej Kromowidjojo (24.41), a także aktualnej mistrzyni świata, Simone Manuel (24.65). Na dodatek – to cały czas eliminacje. Rozgrzewka, która nie pokazuje wszystkiego. Jeśli McKeon, która teraz pobiła rekord igrzysk, w finale zajmie miejsce poza pierwszą trójką, wcale nie będziemy mówić o sensacji. Stawka jest niezwykle wyrównana i szeroka. Jesteśmy też pewni, że Polka najlepsze zostawiła na kolejne dwa (oby dwa!) wyścigi.

Co również ważne – Wilk-Wasick nie brakowało dobrego humoru.

– Na igrzyskach nie można kalkulować. Ćwiczymy na treningach i wykonujemy swoją pracę. Czy rekord robi na mnie wrażenie? Spodziewałam się, że padnie na igrzyskach. Ale tak, to rekord, zrobił na mnie wrażenie, nie oszukujmy się. Mam kolejny start jutro, kolejną szansę. Eliminacje były dla mnie najtrudniejsze. Bo przyleciałam niedawno do Tokio, i kiedy mają miejsce starty wieczorne, to w Stanach jest trzecia w nocy. Z drugiej strony, ja na jet-lag jestem odporna, jet-lag nie istnieje (śmiech) – mówiła nasza pływaczka w rozmowie z TVP Sport.

Kawa przegrał między innymi z dopingowiczem?

Podczas igrzysk olimpijskich w Londynie, jeszcze przed tym, jak osiągnął życiową formę, Radosław Kawęcki zajął czwarte miejsce w finale na 200 metrów stylem grzbietowym. Cztery lata później nawet nie przeszedł eliminacji. Do imprezy w Tokio podchodził już jako weteran i pływak, który nie rozdaje kart nawet na europejskiej scenie. Mimo tego “Kawa” wykonał plan minimum, dał sygnał, że wciąż drzemie w nim trochę mocy – zaszedł do finalnego wyścigu rywalizacji na swoim królewskim dystansie.

Nie mieliśmy wielkich oczekiwań co do występu Kawęckiego. Wiedzieliśmy, że kapitalnej dwójki Luke Greenbank oraz Jewgienij Ryłow raczej nie pobije. Wątpiliśmy też w pokonanie Ryana Murphy’ego, obrońcy tytułu i gościa, który pływał od Polaka o ponad sekundę szybciej w półfinałach. A to oznaczało, że w ogóle nie spodziewaliśmy się widoku Polaka na podium. Koniec końców wszystko miał jednak zweryfikować basen. Dlatego kiedy zobaczyliśmy przygotowującego się do startu Kawęckiego, nasze serca zabiły mocniej.

I co z tego wyszło? Cóż, cudów nie było. Trójka faworytów od początku narzuciła tempo, którego reszta stawki nie była w stanie utrzymać. “Kawa” dobił do ściany basenu jako szósty, ale ani przez moment nie wydawało nam się, że może zagrozić Murphy’emu, Greenbankowi oraz Ryłowowi. Złoto zdobył ten ostatni, który do triumfu na mistrzostwach świata w 2019 roku i Europy z 2020 roku, dołożył bycie najlepszym na igrzyskach. A Polak? Gdyby popłynął na miarę swojej życiówki, zdobyłby medal. Ale niestety – czas nie stoi w miejscu i nasz zawodnik nie jest już tak szybki jak w 2013 roku.

Zostając jeszcze przy Ryłowie – Rosjanin pobił rekord olimpijski (1:53.27). Drugiego Amerykanina wyprzedził o prawie sekundę. Był naprawdę szybki. Jego rywale uznali nawet, że za szybki. – Wyścig prawdopodobnie nie był czysty – sugerował w rozmowie z dziennikarzami srebrny medalista Murphy. Cóż, trudno się teraz do tego odnieść. Ryłow nigdy na dopingu przyłapany nie został. Ale może z jakiegoś powodu jego “koledzy” z basenu go podejrzewają.

Bez niespodzianek

Jakub Majerski zrobił to, co miał zrobić, czyli awansował do finału olimpijskiego. W półfinałowej rywalizacji najlepszych zawodników na dystansie 100 metrów delfinem nie był już jednak tak szybki jak w eliminacjach. Czas 51.24 był dopiero siódmym najlepszym w stawce. Na domiar złego – Szwajcar Noe Ponti osiągnął wynik, który jeśli powtórzy w ostatnim wyścigu, trudno będzie strącić go z podium. 50.74 to po prostu fenomenalny czas. A przypomnijmy – rekord Polski Majerskiego wynosi 50.97.

Aby myśleć o medalu, polski pływak będzie musiał znowu pokazać się ze znakomitej strony. Ba, będzie musiał przejść samego siebie. Złoto oraz srebro nie są w jego zasięgu, bo Kristof Milak i Caeleb Dressel pływają na fenomenalnym poziomie (pierwszy pobił rekord olimpijski, który utrzymał się… do startu drugiego). Walka o trzecie miejsce – taki cel musi założyć sobie Majerski.  Choć nie ma co ukrywać – będzie mu piekielnie ciężko.

W półfinałach startowała też Laura Bernat. Piętnastolatka w eliminacjach zanotowała trzynasty czas i powiedzmy sobie szczerze – to już samo w sobie było sukcesem. Bo przecież nie oczekujemy od tak młodej dziewczyny wygrywania z trzy razy bardziej doświadczonymi i utytułowanymi rywalkami. Dzisiaj w sesji porannej Bernat wykręciła czas 2:12.86 – gorszy od swojej życiówki, która pozwoliła jej awansować na igrzyska. Ale raz jeszcze – nie wynik się tu liczył.

Wynik liczył się natomiast dla Pawła Juraszka, który startował już w sesji wieczornej (a u nas popołudniowej). Polak ledwo, bo ledwo, ale awansował do półfinałów. Choć sam przyznał w wywiadzie z TVP Sport, że 21.97 na igrzyskach miejsca w najlepszej szesnastce dać nie powinno. Co prawda mówił, że jest w miarę zadowolony, ale z drugiej strony – w tym sezonie pływał szybciej, życiówkę też ma znacznie bardziej okazałą. Na pewno w półfinałach będzie stać go na lepszy występ.

Nie możemy też nie wspomnieć o polskiej sztafecie 4×100 stylem zmiennym. Co prawda nie awansowała do olimpijskiego finału, ale pobiła rekord Polski o dwie setne – czyli zanotowała lepszy wynik niż podczas mistrzostw Europy (wtedy skończyło się na 4. miejscu w finale). A progres zawsze się ceni.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez