Wielki comeback Djokovicia. Serb mistrzem French Open!

Wielki comeback Djokovicia. Serb mistrzem French Open!

Stefanos Tsitsipas debiutował dziś w wielkoszlemowym finale. I przez dwa sety prezentował się doskonale. Potem? Okazało się, że wygrać taki mecz to nie jest jednak łatwa sprawa. On zaczął grać znacznie gorzej, Novak Djoković wszedł na swój typowy, doskonały poziom. I został pierwszym od 2004 roku zawodnikiem, który w finale turnieju wielkoszlemowego wygrał mecz, w którym przegrywał już 0:2 w setach. Przy tym na wiele sposobów, po raz kolejny, przeszedł do historii. 

Dla Tsitsipasa dzisiejszy mecz był szczególny. Wiadomo, pierwszy finał wielkoszlemowy jest niezapomnianym przeżyciem. Jednak od niemal siedmiu lat żaden z finałowych debiutantów nie wygrał takiego spotkania. Stefanos miał więc przed sobą wielkie zadanie. Tym większe, że po drugiej stronie siatki stał Novak Djokovic, który w półfinale w fenomenalny sposób odprawił Rafę Nadala, sprawiając swego rodzaju sensację.

Serb walczył o kilka istotnych rzeczy – przedłużenie nadziei na Kalendarzowego Wielkiego Szlema (ostatnim i jedynym singlistą, który tego dokonał, jest Rod Laver w… 1969 roku), a może nawet Złotego (ze złotym medalem igrzysk, tylko Steffi Graf osiągnęła coś takiego) Wielkiego Szlema. Do tego jego wygrana oznaczałaby, że stałby się pierwszym w historii ery Open tenisistą, który wygrał każdy z turniejów wielkoszlemowych co najmniej dwa razy. No i, być może najważniejsze dla niego – byłby już tylko o jeden triumf w imprezie tej rangi od Nadala i Rogera Federera.

***

Najbardziej zacięty był pierwszy set. Obaj grali na świetnym poziomie, bombardując się znakomitymi zagraniami. Obaj tracili serwisy i je odzyskiwali. Losy seta przechodziły w końcówce właściwie z rąk do rąk. Djoković prowadził 6:5 z przełamaniem, ale Tsitsipas łatwo po chwili stratę breaka odzyskał. Potem wyszedł na wysokie prowadzenie w tie-breaku, ale je roztrwonił. Serb miał nawet piłkę setową, tej jednak nie wykorzystał. Swoją szansę na pierwszą partię zamienił za to chwilę później Tsitsipas. I to już było coś niespodziewanego. Tym bardziej, że Grek grał naprawdę dobrze – to nie tak, że Djoković seta mu podarował. Wręcz przeciwnie. Serb robił wszystko, by nie dopuścić do straty tej partii. Nie udało się.

Kiedy w drugim secie dał się przełamać i poziom jego gry spadł, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to aby nie konsekwencja wycieńczającego – choć tylko czterosetowego – spotkania z Rafaelem Nadalem z piątku. Serb z Hiszpanem grali wówczas na wyniszczenie i tę wojnę wygrał Novak. W finale jednak brakowało mu energii. Nawet nie był w stanie się motywować. Jak na niego pozostawał wyjątkowo cichy, jakby zniechęcony. Nie emocjonował się, nawet pięść zaciskał z rzadka. Tsitsipas w tamtym momencie naprawdę wydawał się zmierzać do zwycięstwa.

Gdyby tam dotarł, byłaby to wygrana symboliczna – wreszcie można by mówić o przełamaniu monopolu Wielkiej Trójki przez kogoś, kto w finale pokonał jednego z tych gości.

***

Każda dobra historia ma jednak swoje zwroty akcji. Po drugim secie Novak zszedł do szatni, zmienił koszulkę i wrócił kompletnie odmieniony. Tsitsipas za to nagle opadł z sił, jakby pojawili się kosmici i wyssali jego talent. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale w tamtym momencie właściwie zakończyła się większość emocji w meczu. Stefanos nie był w stanie nawiązać już do poziomu, który prezentował w pierwszych dwóch setach. Tymczasem Djoković rósł z każdym kolejnym gemem. Nagle był niemal bezbłędny. Karcił Greka wieloma drop shotami. Dużo lepiej serwował. Znakomicie spisywał się na returnie. Niemal nie oddawał piłek za darmo, a Stefanos zaczął to robić coraz częściej. Choć w trzecim secie i tak nie było z tym jeszcze najgorzej. Wtedy Grek nadal grał całkiem nieźle. Serb po prostu był dużo lepszy.

Czwarta partia nie miała już właściwie żadnej historii. Od pewnego momentu – gdy po raz drugi stracił serwis – Tsitsipas właściwie oszczędzał już siły na piątego, decydującego seta. To się czegoś napił, to coś przegryzł, ogółem pilnował jedynie swoich podań, by ostatniego seta zaczynać od własnego serwisu. To ważne, bo presja pod koniec meczu jest wtedy mniejsza. O ile, oczywiście, uda ci się utrzymać to podanie. A w to można było wątpić – bo Stefanos z każdym kolejnym punktem wyglądał gorzej. Biegał cięższym krokiem. Poruszał się wolniej. Nie nadążał do piłek, które w poprzednich partiach jeszcze by złapał. Djoković to widział i sycił się słabością rywala. Sam sił, jak się okazało, miał jeszcze mnóstwo.

***

W ostatnim secie najwięcej emocji dostarczyła nam… słaba postawa Stefanosa. Bo regularnie musiał się bronić przed przełamaniem. Udawało mu się w każdym gemie serwisowym poza jednym. I to ten jeden zadecydował o losach meczu. Grek niby miał jeszcze po drodze kilka małych partii, w których mógł próbować przełamać Djokovicia, ale właściwie ani razu nie załapał się na grę. Dopiero przy 4:5 z jego perspektywy, gdy Novak serwował na mecz, mógł liczyć, że się uda. Serb mu jednak na to nie pozwolił. Grek w fantastycznym stylu obronił jedynie pierwszą piłkę meczową. Przy drugiej był już absolutnie bezradny.

Gem, set i mecz. Novak Djoković. Po raz kolejny okazało się, że dojść po raz pierwszy do finału wielkoszlemowego, a go wygrać to dwie zupełnie różne rzeczy.

***

Nole, jak już pisaliśmy, przeszedł tym samym do historii. Nikt wcześniej w erze Open – trwającej od 1968 roku – nie wygrał każdego turnieju wielkoszlemowego co najmniej dwa razy. Federer jednokrotnie triumfował na Roland Garros, Nadal raz wygrywał w Australii. Djokovic od dziś co najmniej dwukrotnie koronowany był i w Melbourne, i w Paryżu, i na kortach Wimbledonu, i w Nowym Jorku. Trzeba mu też oddać, że tym razem zrobił to w najlepszym możliwym stylu – najpierw pokonał króla tych kortów w osobie Rafy, a potem odprawił głównego faworyta z drugiej strony drabinki. W dodatku wygrał od stanu 0:2. Ostatnio w finale French Open zrobił to Gaston Gaudio. Był to 2004 rok.

Tsitsipas zapłacił frycowe. Do finału wielkoszlemowego pewnie jeszcze wróci i to prędzej niż później. Wie już, z czym to się je i wie, jak wiele trzeba z siebie dać by wygrać. Kto wie, może jeszcze w tym sezonie znów powalczy o tytuł – na Wimbledonie albo US Open. Wielkim pytaniem pozostaje to z początku tekstu – czy Novak Djoković zdoła wygrać oba te turnieje (a może i igrzyska). Gdyby zrobił i to, chyba trzeba by zakończyć dyskusję na temat tego, kto jest najlepszym tenisistą w historii. Bo nie dość, że osiągnąłby niemal nieosiągalne, to wyprzedziłby Nadala i Federera w liczbie tytułów wielkoszlemowych.

Po dzisiejszym triumfie ma ich bowiem 19. Oni – po 20. Wyścig trwa, a Novak zdaje się włączać jeszcze wyższy bieg.

Novak Djoković 6:7 (6:8), 2:6, 6:3, 6:2, 6:4 Stefanos Tsitsipas

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez