Wielka ucieczka i… co dalej? „Złoty chłopiec” na deskach

Wielka ucieczka i… co dalej? „Złoty chłopiec” na deskach

Takiego scenariusza nie spodziewał się nikt. Robeisy Ramirez to mistrz olimpijski z Londynu i Rio de Janeiro, a przy okazji jeden z najbardziej udanych produktów kubańskiej szkoły boksu ostatnich dekad. Kiedy postanowił zbiec z ojczyzny i rozpocząć karierę w gronie zawodowców, wielu automatycznie zaczęło go postrzegać jako poważnego kandydata do mistrzowskich tytułów. Tymczasem 25-latek nieoczekiwanie przegrał debiutancki pojedynek z zawodnikiem, który nie jest nawet pięściarzem na pełen etat! Jak to możliwe?

Kubańscy wirtuozi szermierki na pięści od lat pozostają wyrzutem sumienia współczesnego boksu. Co cztery lata świat emocjonuje się ich kunsztem podczas igrzysk, jednak mało którzy z nich próbują potem sił w gronie zawodowców. Nie jest to dla nich łatwa decyzja. W ojczyźnie są zazwyczaj pupilkami władzy i nie mogą na nic narzekać. Trudno tęsknić za czymś, czego w ogóle się nie miało, a perspektywa podjęcia kariery zawodowej (zabronionej przez władze) i zarobienia w konsekwencji milionów dolarów może się im wydawać równie abstrakcyjna co lot na Księżyc.

W złotej epoce wagi ciężkiej taką niespełnioną nadzieją był Teofilo Stevenson. Jego droga na szczyt rozpoczęła się w 1972 roku w Monachium. Niestety – od walki z Polakiem. Nikt nie wiedział wówczas, co ten niepozorny Kubańczyk tak naprawdę potrafi. Ludwik Denderys po latach wspominał, że ogromne wrażenie zrobiła na nim siła rywala, który już pierwszymi ciosami złamał mu nos i zmiażdżył łuk brwiowy.

Dla Stevensona to był dopiero początek niesamowitej przygody. W kolejnym starciu brutalnie znokautował Duane’a Bobicka – amerykańskiego faworyta do złota. Półfinałowa walka też nie potrwała pełnego dystansu, a walkę o najcenniejszą stawkę Rumun Ion Alexe oddał walkowerem. Złoty 20-latek szybko stał się ulubieńcem reżimu – po dwóch latach był posiadaczem dwóch wielkich domów. Jeden był tak duży, że pięściarz patrząc na plany budowy początkowo myślał, że to bunkier.

Po czymś takim łatwo było osiąść na laurach, ale Stevenson po prostu kochał boks i w ringu czuł się jak ryba w wodzie. W 1974 roku został mistrzem świata, a dwa lata później obronił olimpijskie złoto. O kubańskim fenomenie zaczęła szumieć także Ameryka. Muhammad Ali w tym okresie był na szczycie – dwa razy pokonał Joego Fraziera, a do tego znokautował George’a Foremana, w którym wielu ekspertów widziało długoletniego dominatora królewskiej kategorii. Nagle okazało się, że dla “Największego” nie ma już naprawdę wielkich wyzwań.

Wtedy pojawił się pomysł jego walki ze Stevensonem. Amerykańscy promotorzy oferowali Kubańczykowi nawet pięć milionów dolarów, by już w pierwszym zawodowym występie zmierzył się z Alim o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej.

Czymże jest pięć milionów dolarów przy miłości ośmiu milionów Kubańczyków?

– odpowiedział pięściarz i niedługo potem temat upadł na zawsze.

Ostatecznie Stevenson – na własne życzenie – zapisał się w historii jako wybitny mistrz ringów amatorskich, który jako drugi w historii zdobył trzy olimpijskie złote medale. Pewnie zdobyłby ich więcej gdyby nie polityka – to ona sprawiła, że w 1984 i 1988 roku reprezentacja Kuby bojkotowała kolejne igrzyska.

Motorówką do wolności

Dylemat, przed którym stanął pięściarz, powracał w historii w przeróżnych formach. Jose Napoles – jeden z najwybitniejszych mistrzów świata w historii kategorii półśredniej – na początku lat sześćdziesiątych ratował się emigracją i przyjęciem meksykańskiego obywatelstwa. Po kubańskiej rewolucji zawodowy boks – podobnie jak wiele innych dyscyplin – został zakazany. Luis Rodriguez – inny wielki zawodnik z tamtego okresu – w obliczu takich działań przyleciał na walkę do USA i już nigdy nie wrócił.

W ostatnich latach uciekali między innymi Guillermo Rigondeaux (dwukrotny złoty medalista olimpijski) i Erislandy Lara (złoty medalista mistrzostw świata). W 2007 roku obaj oddalili się ze zgrupowania reprezentacji podczas igrzysk panamerykańskich. Po kilku miesiącach zostali złapani przez brazylijskie służby i zawróceni do kraju. Tam usłyszeli, że są dożywotnio zdyskwalifikowani jako pięściarze, więc niedługo potem… uciekli ponownie.

Lara uciekł motorówką do Meksyku z ponad trzydziestoma innymi uchodźcami. Udało im się pokonać ponad 200 kilometrów. – Pamiętam, że cały czas padało. Woda była lodowata i pojawiała się z każdej strony. Najgorsza była niepewność, czy w ogóle uda nam się przeżyć. Całe 14 godzin podróży upłynęło mi z tą myślą w głowie – wspominał po latach pięściarz, na którego w Niemczech czekał profesjonalny kontrakt i zupełnie inne perspektywy

Robeisy Ramirez wybrał podobną drogę, a kulisy jego ucieczki przedstawił w artykule dla “Sports Illustrated” Greg Bishop. W 2018 roku pięściarz oddalił się ze zgrupowania kadry, która również przebywała w Meksyku. Wcześniej sam wykonał pierwszy krok –przemyślał swoją sytuację i postanowił odezwać się do Jo Hastings, która ma długą historię pomagania kubańskim sportowcom. Kobieta miała swoje zasady –nie bawiła się w podrabianie paszportów i tego typu nielegalne działania. Wszystko musiało być zrobione przejrzyście i zgodnie z prawem.

Tylko jak zgodnie z prawem zbiec z kraju? Nie da się ukryć, że w tym wszystkim jest mnóstwo papierkowej roboty do wykonania. Wiza, nowy paszport… W przypadku Yoana Moncady takie działania trwały ponad 20 miesięcy i kosztowały prawie milion dolarów! Inwestycja była tego warta, bo gdy kubański baseballista podpisał kontrakt z Red Sox, z miejsca zaczął zarabiać dziesiątki milionów dolarów. Jego wyzwoliciele mieli zagwarantowany konkretny procent od tych kwot i choć robią to wszystko dla idei, raczej nie mogli narzekać także na biznesową stronę całego przedsięwzięcia.

Ramirez w trakcie dnia po prostu wyszedł z hotelowego pokoju z małym plecakiem i nigdy nie wrócił. Nie miał przy sobie paszportu ani wizy, bo wszystkie dokumenty kubańskich sportowców podczas zagranicznych podróży przetrzymują działacze, którzy zresztą dość szybko zorientowali się, że zaginął im czołowy reprezentant. Rozpoczęły się poszukiwania, ale pięściarz przefarbował włosy i kompletnie zmienił fryzurę. W wielomilionowej stolicy Meksyku próbował po prostu wtopić się w otoczenie, w czym cały czas pomagał mu mąż Jo.

List do polityka

Sama kobieta w USA aktywnie działała w kwestiach papierkowych. Sprawy długo toczyły się powoli i niewiele wskazywało na szczęśliwe zakończenie. Najpierw trzeba było znaleźć meksykańskiego prawnika, który pomógłby w wyrobieniu nowego paszportu. Paszport był z kolei podstawą do ubiegania się o zalegalizowanie prawa pobytu, co z kolei było krokiem prowadzącym do wizy, która dałaby Ramirezowi przepustkę do wymarzonej Ameryki.

Po drodze tygodnie zamieniły się w miesiące. Pięściarz trenował na własną rękę w siłowni, a w wolnych chwilach… grał na Playstation. Przez cały czas w żaden sposób nie mógł się skontaktować z rodziną. Narastała w nim frustracja, a na pewnym etapie stało się jasne, że bez dobrej woli ze strony polityków i urzędników sprawa może zakończyć się fiaskiem. W desperacji Jo Hastings skontaktowała się z biurem senatora Marco Rubio, byłego kandydata w prezydenckim wyścigu.

Kiedy współpracownicy polityka zapoznali się ze sprawą, nieoczekiwanie wyrazili chęć pomocy. Rubio napisał list do Departamentu Stanu, w którym podkreślał osiągnięcia pięściarza i rysował przed nim perspektywy, które byłyby podstawą do uzyskania wizy jaką dostają profesjonalni sportowcy. Nie wiadomo, na ile to pomogło, ale według Hastings bez takiego wsparcia Ramirez nigdy nie dostałby wymarzonego kwitu. Gdy w końcu z urzędu przyszło zielone światło, sprawy potoczyły się już błyskawicznie. Pięściarz po raz pierwszy postawił stopę na amerykańskiej ziemi 19 grudnia – pół roku po tym, jak zbiegł ze zgrupowania reprezentacji.

Mogło się wydawać, że dalej wszystko potoczy się jak w bajce. Zawodnik szybko podpisał kontrakt z grupą Top Rank, które promuje między innymi Wasyla Łomaczenkę, Terence’a Crawforda i Tysona Fury’ego. Sam Ramirez w czasach amatorskich pokonywał Shakura Stevensona (12-0, 7 KO), Michaela Conlana (12-0, 7 KO), Tugstsogta Nyambayara (11-0, 9 KO), Nordine’a Oubaalego (16-0, 12 KO) i Andrew Moloneya (20-0, 13 KO) – absolutną czołówkę niższych kategorii wagowych na zawodowych ringach.

Pierwszy występ Ramireza w nowej roli doczekał się szerokiej uwagi mediów i przyniósł potężne zaskoczenie. Wybitny Kubańczyk już w pierwszej rundzie wylądował na deskach. W kolejnych trzech zadawał więcej celnych ciosów, ale sędziowie ostatecznie niejednogłośnie przyznali zwycięstwo jego rywalowi. Adan Gonzales (5-2-2, 2 KO) nie jest nawet pięściarzem na pełen etat –po 12 godzin dziennie pracuje… przycinając ogródki.

Czuję, że wygrałem tę walkę. Może zadawał więcej ciosów, ale to ja biłem celniej. To drobna wpadka, ale uwierzcie mi – nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa

– przekonywał zaskoczony Kubańczyk. Słowa Ramireza potwierdzają statystyki – pokonany doprowadził do celu 51 ze 161 ciosów (31,7%), jego rywal 43 z 262 (16,4%).

Trzej sędziowie punktowi widzieli ten pojedynek kompletnie inaczej. Rose M. Lacend punktowała 40:35 na korzyść zwycięzcy – przyznając mu każdą rundę. Alan Rubenstein widział to podobnie – 39:36, czyli zapisał trzy rundy na korzyść Gonzalesa. Jednak Dave Braslow punktował za to 38:37 na korzyść Ramireza, widząc jego dominację w trzech rundach.

Być może kontrowersji udałoby się uniknąć, gdyby walka odbyła się na dłuższym dystansie. Pierwotnie mieli stoczyć walkę sześciorundową, jednak ograniczenia telewizyjne sprawiły, że skończyło „tylko” na czterech. Porażka w zawodowym debiucie to jednak nie koniec świata – wielu wybitnych mistrzów tego doświadczało. Bernard Hopkins, Juan Manuel Marquez i Henry Armstrong to tylko wybrane przypadki. Z czasów współczesnych taki los spotkał Tevina Farmera, który dziś jest mistrzem świata i szykuje się do największych walk w karierze.

Sensacyjna porażka sprawiła jednak, że historia Ramireza zeszła na dalszy plan. Zamiast tego boks żyje losem kolejnego Kopciuszka. Adan Gonzales jako nastolatek przez wiele lat był bezdomny, a w ostatnich latach łączył treningi z codzienną pracą.

Pokazałem całemu światu, kim naprawdę jestem. Od dziś chcę być znany jako Don – jestem szefem w tej grze

– mówił po wszystkim.

Jak wykorzysta swoje pięć minut? Z pewnością posypią się ciekawe propozycje, a gdzieś po drodze może pojawić się opcja rewanżu. Ramirez ma mimo wszystko zbyt duży talent, by odpaść na tym poziomie. Kolejne miesiące będą ważne nie tylko dla niego, ale także dla wielu jego rodaków, którzy w obliczu niepowodzeń „złotego chłopca” mogą zniechęcić się do uciekania z Kuby.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez