Weterani na medal. Jak Lucyna Kornobys i Piotr Kosewicz dochodzili do sukcesu

Weterani na medal. Jak Lucyna Kornobys i Piotr Kosewicz dochodzili do sukcesu

Oboje rywalizują na wózkach. Oboje zaliczyli wypadki w nastoletnim wieku i to za ich sprawą stali się osobami z niepełnosprawnościami. Oboje uprawiają konkurencje rzutowe. Oboje są też po czterdziestce. Piotra Kosewicza i Lucynę Kornobys łączy naprawdę wiele. Od wczoraj doszła do tego jeszcze jedna rzecz – oboje zdobyli medal na paraigrzyskach w Tokio.

Od Nagano po… zakład fotograficzny

Kariera Piotra Kosewicza przebiegała naprawdę niecodziennymi torami. Zaczęła się dawno temu, jeszcze w latach 90., choć cofnąć właściwie należałoby się aż do 1988 roku. Kosewicz miał wtedy 14 lat, wyszedł gdzieś z kolegami. Wygłupiali się, rzucali sobie wyzwania, sam po latach przyznawał, że był nieco szalonym dzieciakiem. W pewnym momencie ktoś wpadł na pomysł, żeby wejść na słup wysokiego napięcia. Zrobili to, Piotrek też. Nie wszystko wyszło jednak tak, jak sobie założył.

Spadł ze słupa. Z fatalnym skutkiem.

Upadek skończył się złamaniem kręgosłupa i paraliżem czterokończynowym. Młody Piotr trafił na wózek. W tym wszystkim miał nieco szczęścia – trafił na świetnego lekarza, profesora Śliwińskiego. – Najgorsze co możesz zrobić to siąść na tyłku i płakać nad swoim losem. To najłatwiejsze, ugrzęznąć na  kanapie do końca życia. Weź się w garść i znajdź sobie jakiś sport – usłyszał od niego. Przez sport miał wzmocnić obręcz barkową, to miało z kolei pozwolić mu w miarę sprawnie funkcjonować.

Kosewicz miał całkiem niedaleko do Jeleniej Góry, gdzie funkcjonował klub Start. A w nim trenować można było biathlon i biegi narciarskie, bo z klubu często wyjeżdżano do Jakuszyc, gdzie te sporty uprawia się od lat. Piotrek postanowił spróbować, zaczął trenować. Opłaciło się – już w 1998 roku, dziesięć lat po wypadku, pojechał na igrzyska paraolimpijskie w Nagano, do Japonii. Od razu zachwycił się tym, jak były urządzone, w Tokio mówił nawet, że te letnie igrzyska bardzo przypominają mu pod kątem organizacji właśnie Nagano.

Wyniki? Całkiem niezłe. Piąte miejsce w sztafecie 3×2,5 kilometra i ósme indywidualnie w biegu na pięć kilometrów. Dobry debiut, który dawał nadzieję na przyszłość – choćby pod kątem igrzysk w Salt Lake City. Na nich dwukrotnie zajął piąte miejsce. Dobre, ale sam nie był przesadnie zadowolony. – Bawiłem się w narciarstwo biegowe. W moim przypadku nie były to wielkie wyniki, bo mam dość wysokie uszkodzenie rdzenia kręgowego. Nie robiłem praktycznie żadnych wyników, ale wzmacniałem obręcz barkową, mogłem się dobrze przygotować wydolnościowo – tak opisywał tamte lata w rozmowie z TVP Sport.

Z czasem poczuł zmęczenie sportem. W 2006 roku – kolejnym olimpijskim sezonie w sportach zimowych – postanowił, że rywalizacji już mu wystarczy. Ogłosił przejście na emeryturę. W rodzinnym Zawidowie otworzył własne studio fotograficzne, w którym pracuje do dziś (i cieszy się zresztą opinią naprawdę znakomitego fotografa). Robił zdjęcia na ślubach, do dokumentów, ale zdarzały się i ambitniejsze projekty. Nie tęsknił za sportem, pasja do fotografowania mu wystarczała.

Tak żył przez kolejną dekadę.

Kiedy nogi zawodzą

Lucyna Kornobys nie miała łatwego życia. Jej rodzice zmarli, gdy była jeszcze małą dziewczynką, część życia spędziła w „bidulu”. Rodzinę stanowiła dla niej piątka rodzeństwa, w tym siostra bliźniaczka. Od małego lubiła sport, kiedy była jeszcze w pełni sprawna najbardziej podobały jej się biegi i narciarstwo zjazdowe. Wtedy był to jednak tylko dodatek, nie planowała wiązać ze sportem przyszłości. Kiedy doznała wypadku, prawdopodobnie nie pomyślałaby, że kiedyś stanie się znana z tego, że to właśnie sport uprawia.

A jak to było z tym wypadkiem? Miała wtedy 15 lat, pojechała na narty. Tam z impetem wjechał w nią nieznany mężczyzna. Wypadek zbagatelizowała, choć czuła pewien ból w kolanie. To jednak dzień wcześniej sobie zwichnęła, nie sądziła więc, by mogło to być coś poważniejszego. Z czasem okazało się, że jest.

– Było pierwsze skręcone kolano, pierwsza atroskopia, później druga i kolejna. Nie posłuchałam lekarza i grałam w koszykówkę, bo miałam żyłkę do sportu już od najmłodszych lat. Mój stan zdrowia wcale się nie poprawiał i przy czwartej operacji na tyle się pogorszył, że coraz ciężej było mi chodzić o kulach. Pojawił się brak czucia w jednej nodze, potem w drugiej i, niestety, w 2003 roku wsiadłam na wózek, na którym jeżdżę do dziś – mówiła w rozmowie z Polskim Radiem.

Kiedy pierwszy raz usłyszała od rehabilitanta, że prawdopodobnie czeka ją wózek, powiedziała mu, że choćby miała się czołgać, to na wózek nie wsiądzie. Zdanie zmieniła po pewnym szczególnym wydarzeniu – idąc o kulach w 2003 roku przewróciła się na przejeździe kolejowym w Jeleniej Górze. Po prostu zabrakło jej siły w rękach. W głowie kotłowała jej nawet myśl, że gdyby teraz nadjechał pociąg, to byłoby po kłopocie. Wstać pomógł jej na szczęście przechodzień.

Dopiero po tym zdecydowała się na wózek. Pożyczyła jeden od znajomego, sama uczyła się na nim jeździć. Bywało trudno – przy pierwszej wyprawie do sklepu nie potrafiła na przykład wjechać na chodnik. Musiała zejść na ziemię, siedząc na niej wypchać wózek na krawężnik, a potem na tenże wózek wrócić. Wspierało ją rodzeństwo, zwłaszcza jedna z sióstr, która starała się regularnie wpadać do mieszkania Lucyny i jej pomagać. Jakoś udało się sprawić, że to wszystko działało.

Inną sprawą było, oczywiście, poukładanie sobie wszystkiego w głowie – z tym miała problem. Początkowo nie potrafiła poprosić nikogo o pomoc, czuła, że powinna sama sobie ze wszystkim poradzić. Bezradność w jakiejkolwiek kwestii oznaczała spadek poczucia własnej wartości, sporo czasu zajęło jej przepracowanie sytuacji, w jakiej się znalazła i przewartościowanie pewnych wpojonych jej rzeczy.

Sport w tym pomógł. Na powrót trafiła do niego w 2008 roku. Była już wtedy po ukończeniu studiów, pracowała na stanowisku samodzielnego referenta w Zespole Szkół Specjalnych w uzdrowisku, potem zresztą prowadziła tam też sekretariat. W Jeleniej Górze w tamtym czasie zorganizowano piknik dla osób z niepełnosprawnościami, prezentowano na nim różne dyscypliny sportu.

– Wtedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jako sport dla osób z niepełnosprawnościami. W 2009 roku pojechałam na swoje pierwsze Mistrzostwa Polski w Kozienicach i zdobyłam złoty medal w pchnięciu kulą oraz brązowe medale w rzucie oszczepem i dyskiem. Jeszcze w tym samym roku zostałam zaproszona na pierwszy obóz treningowy do Ośrodka Przygotowań Paraolimpijskich w Wiśle. I tak to się zaczęło – wspominała na stronie Sunrise Medical.

Początkowo uprawiała siatkówkę na siedząco, do niej ściągnął ją trener Wiktor Żuryński. Szybko jednak oboje uznali, że Kornobys lepiej sprawdzi się w lekkiej atletyce. Jak się okazało – to był strzał w dziesiątkę. Na wspomniane mistrzostwa Polski pojechała właściwie bez przygotowania. Trzy medale były dowodem na tkwiący w niej ogromny potencjał.

Szybko poszły za nimi kolejne.

Najlepsza na świecie

Na koncie ma już mnóstwo sukcesów. W pewnym momencie trzymała równocześnie w garści trzy rekordy świata – w pchnięciu kulą i rzutach: oszczepem oraz dyskiem. Od dawna jest w światowej czołówce tych konkurencji, choć jej koronną pozostaje pierwsza z nich. Chciała udowodnić to już na igrzyskach w Londynie, ale tam pojechać nie mogła, bo wyeliminowała ją kontuzja. A szkoda, bo już rok wcześniej zdobyła srebro mistrzostw świata – wtedy w rzucie oszczepem. Do dziś zresztą to jeden z medali, które ceni sobie najbardziej.

Brak wyjazdu do Wielkiej Brytanii odbiła sobie w Rio, cztery lata później. Tam stanęła na drugim stopniu podium. Emocje, jakie czuła, były ogromne. Na tyle, że do dziś… nie pamięta ceremonii medalowej. – Oglądałam ją kilka razy w Internecie, bo w głowie pozostała mi po niej czarna dziura. Pamiętam sam dojazd do platformy, ale wręczania krążka już nie. To pokazuje, jak wielkie emocje przeżywa każdy sportowiec sięgający po medal olimpijski. To uhonorowanie czterech lat ciężkiej pracy. Nie tylko mojej, ale także mojego trenera czy bliskich. Bez wszystkich darczyńców i moich rehabilitantów nie byłoby to możliwe – mówiła w trakcie Dolnośląskiej Gali Sportu w 2017 roku.

Już wtedy jej nazwisko często przewijało się w zestawieniach popularnych sportowców. Kolejne lata przyniosły jednak nagły skok tej popularności. Najpierw w 2018 roku, gdy miała doskonały sezon i z powodzeniem łączyła trzy konkurencje. A potem rok później, po mistrzostwach świata w Dubaju, gdzie mimo wielu kłopotów zdobyła złoty medal. Została najlepszą kulomiotką świata w swojej kategorii.

– To był ostatni dzień startów. Dla sportowca chyba nie ma gorszego wariantu. Po godz. 18 rozpoczął się konkurs i trwał bardzo długo, ponad 2,5 godziny. Rywalizowało 11 zawodniczek, a ja byłam szósta w kolejce. Ważne, że wcześniej startowała Rosjanka, którą typowano jako główną faworytkę do tego, żeby mnie pokonać. Ona najdalej pchnęła na 7,23 m. Wiedziałam, że jestem w stanie wygrać z nią. Troszeczkę się uspokoiłam, chociaż jak tylko siadam na siedzisko, momentalnie emocje się podnoszą – opowiadała potem portalowi Nasze Sprawy.

 – Dwa lata wcześniej przegrałam z Chinką o centymetr. Bardzo zależało mi, aby pokazać, że kula to mój konik. Jestem bardzo zadowolona. Jako jedna z trzech Polek wysłuchałam Mazurka Dąbrowskiego. To duża sprawa. Cieszę, że wykonałam to, co sobie z trenerem założyliśmy – dodawała. A to że wygra, wcale nie było oczywiste. Ba, momentami mogła się nawet obawiać o podium. Wcześniej doznała bowiem kontuzji łokcia, męczył ją przez kilka miesięcy, utrudniał treningi, a nawet codzienne funkcjonowanie – miała choćby taki okres, gdy problem sprawiało jej podniesienie… kubka z kawą.

Mimo tego na imprezie docelowej nie dała szans rywalkom, dokładając do tego też niespodziewany brązowy medal w rzucie oszczepem. Niespodziewany, bo w teorii jej odległość (16.99 m) nie powinna wystarczyć na podium. Tymczasem przeciwniczki rzucały słabiej, niż się tego spodziewano. I Kornobys stanęła na podium również w tej konkurencji. Jak się okazało – sukces pociągnął sukces i na gali „Przeglądu Sportowego” wręczono jej po tamtym sezonie statuetkę „Sportowca Bez Barier”, dla najlepszego parasportowca w Polsce. W dodatku otrzymała ją z rąk Tomasza Majewskiego, który przez wiele lat był dla niej, jak sama to ujęła, bożyszczem.

– Jestem „mega” szczęśliwa, nie umiem nawet określić, jak duża jest radość w moim sercu. Cieszę się, bo to pokazuje, że ciężka praca popłaca. Wokół siebie mam bardzo dużo ludzi, którzy mnie wspierają. Dzięki nim łatwiej iść przez życie, łatwiej mi jest walczyć z trudnościami, łatwiej pokonywać każdą barierę, łatwiej zdobywać medale, bo wiem, że robię to dla siebie oraz innych. Cała Polska zobaczyła moje wyniki, moją ciężką pracę i bardziej zadowolonym z siebie i dumnym już być nie można – mówiła potem.

Zapowiadała też, że w Tokio będzie chciała powalczyć o złoto. W tym okresie sport był już dla niej jedyną ścieżką kariery. Wcześniej przez wiele lat łączyła go z pracą zawodową, w końcu postawiła tylko na niego. Sama podkreślała, że jeszcze jakiś czas temu nie byłoby to możliwe, ale parasportowcy od pewnego okresu dostają potrzebne im wsparcie. „Gazecie Wrocławskiej” opowiadała też, jak bardzo denerwuje ją niewłaściwe postrzeganie sportu osób z niepełnosprawnościami.

– Dostaję białej gorączki, kiedy słyszę, że sport jest dla nas tylko formą rehabilitacji. Być może jedynie dla osoby, która nigdy wcześniej nie miała kontaktu ze sportem. Jeśli zaczyna się treningi z myślą o startowaniu na arenie międzynarodowej, nie można robić dwóch treningów tygodniowo. To nie przyniesie żadnego rezultatu. Zobaczycie państwo, że w Tokio padnie zapewne mnóstwo rekordów Europy, świata czy krajowych – mówiła.

Jej przewidywania zresztą się sprawdziły. A i ona regularnie udowadnia, że to już nie tylko rehabilitacja, a wręcz przeciwnie – to zawód, do którego wielu podchodzi z pełnym profesjonalizmem.

Złoty powrót

To był 2016 rok, Piotr Kosewicz oglądał w telewizji igrzyska paraolimpijskie. Zobaczył na żywo, jak Robert Jachimowicz zdobył srebrny medal w rzucie dyskiem. Co jednak ważniejsze – usłyszał, że obaj mają podobne uszkodzenie rdzenia kręgowego. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła mu się wtedy myśl, że może warto by spróbować wrócić do sportu. Całą dekadę po tym, jak go zostawił. Taki plan mógł wydawać się szaleństwem.

A przecież jeszcze nie wspomnieliśmy, że gdy wybrał dysk – w dużej mierze ze względu na to, że chciał mieć możliwość trenowania w okolicy domu, dając możliwość pogodzenia życia zawodowego, rodzinnego i właśnie treningów – to nie miał trenera. Zastanawiając się, kto mógłby nauczyć go nowej dyscypliny, przypomniał sobie o nauczycielce z podstawówki w Zawidowie, Małgorzacie Niedźwiedzkiej, która nigdy w takiej roli nie pracowała.

– Nie zgodziła się od razu. Najpierw przez dwa tygodnie zgłębiała fachową literaturę, której przecież za wiele nie ma. Więc zaczęła przekopywać Google’a i oglądać filmy na Youtubie. Na początku była przerażona, ale jest tak spostrzegawcza, że doskonale wszystko ogarnęła. Nauczyła mnie perfekcyjnej techniki – opowiadał Kosewicz portalowi paralympic.org.pl.

Oboje wzięli się do pracy. Niedźwiedzka poszerzała swoją wiedzę, zrobiła kursy opieki nad osobami niepełnosprawnymi i starała się nieustannie rozwijać. Kosewicz słuchał tego, co mu mówiła i trenował zgodnie z jej zaleceniami, a że już kiedyś był sportowcem, to miał zakodowane potrzebę regularności, pewną dyscyplinę. To sprawę ułatwiło, a postępy, jakie czynili, szybko stały się widoczne.

– Kiedy pierwszy raz Gosia z Piotrem przyjechali na zgrupowanie, od razu wiedziałem że to duet idealny. Mieli dokładnie ustalone co chcą wykonać i to wykonywali. Pełen profesjonalizm. Tu ani przez chwile nie było wątpliwości, że gdzie jakaś nauczycielka WF bierze się za trenowanie. Poza tym rzucają tylko tyle ile trzeba, nie przetrenowują się, mają wszystko dokładnie obliczone. Przez co Kosewicz niemal nie miewa kontuzji, a to w tej grupie niepełnosprawności jest prawdziwym ewenementem mówił Michał Mosoń, trener koordynator lekkoatletyki w kadrze Polski.

Kosewicz do kadry Polski trafił w 2018 roku i jeszcze w tym samym sezonie został mistrzem Europy. Rok później, na mistrzostwach świata w Dubaju – tych samych, na których Kronobys została złotą medalistką – zdobył srebrny medal. Na podium stał zresztą z tym, którego występ zainspirował go do powrotu do sportu – Robertem Jachimowiczem, który był trzeci. Po konkursie Kosewicz mówił, że największe problemy sprawił mu klimat – po prostu trudno mu się oddychało.

To było jednak dobre przetarcie przed Tokio, bo i tam przecież miało być gorąco i duszno. I faktycznie było, na tyle, że nawet dysk nie latał tak, jak powinien. Kosewicz osiągnął 20,02 m i to dało mu złoto, czym… był zaskoczony. – Ten wynik w normalnych warunkach – na przykład w Europie – nie dałby złota. Powietrze tu nie ma noszenia, jest totalny zaduch i dysk po prostu nie leciał. Miałem trzy spalone próby. W jednej dysk poleciał daleko, na pewno dalej, niż w najdłuższej uznanej. Podobno poderwałem jednak pupę z krzesła i dlatego próby tej mi nie uznano – mówił po konkursie na łamach portalu zgorzelec.info.

Swoją drogą złotem z Tokio przebił człowieka, którego uznaje za jednego z idoli – Piotra Małachowskiego. Ten bowiem może i ma dwa medale z igrzysk, ale oba srebrne. Kosewicz jest już mistrzem. Choć „już” to może złe słowo, bo trochę na to poczekał – na karku ma przecież 47 lat! Inna sprawa, że igrzyska w Tokio były jego debiutem latem. Niewykluczone więc, że powalczy i o te paryskie. Wtedy rywalizowałby już jako pięćdziesięciolatek.

Szans na medal – co udowodnił w Japonii – nie można by mu jednak zdecydowanie odbierać.

Drugie srebro

Kiedy startuje, przeżywa wielki stres. Skupia się na oddechu, próbuje się zrelaksować, przypomina sobie wszystko, co wypracowała w pracy z psychologiem sportu. Powtarza pod nosem wypracowane formułki, czasem lubi sobie przekląć. Poleci jedno czy drugie słowo na „K”, ale wszystko po to, by potem na szyi zawisł medal. Tak wyrzuca z siebie złą energię, ma zostać tylko ta dobra.

W Tokio wyszło to znakomicie.

Owszem, mówiła, że chciałaby i marzy o złocie. Tego nie zdobyła, skończyła ze srebrem. Drugim w swojej karierze. Przegrała tam tylko z Chinką Zou Lijuan, która od dawna jest jedną z najlepszych zawodniczek na świecie, a w tym konkretnym konkursie pchała absolutnie poza zasięgiem reszty stawki, wynikiem 9,19 m ustanawiając rekord świata. Srebro Lucyna Kornobys potraktowała więc jak złoto, tym bardziej, że – jak przy okazji ostatnich mistrzostw świata – znów miała problemy ze zdrowiem.

– Obawiam się jedynie o swój bark. Od kilku miesięcy z powodu jego kontuzji zawiesiłam trenowanie rzutu oszczepem. Z tego też względu w Tokio wystąpię tylko w pchnięciu kulą. Oszczep byłby dla mnie mniejszą szansą medalową, a dodatkowo mogłabym sobie zrobić krzywdę. […] Ból jest obecny w nocy, nie pozwala spać. Wybudza mnie, ręka drętwieje… To taki mocno “piekący” ból, zwłaszcza kiedy jestem po treningu na siłowni czy samym pchaniu kuli. Muszę uważać, żeby nie przemęczyć barku. Za jego sprawą boli cała ręka, często bywa tak, że trzeba odpuścić zupełnie popołudniowe zajęcia. Inaczej szansa jakiegokolwiek zmrużenia oka graniczy z cudem. A tak nie da się odpowiednio zregenerować przed ważnym startem – mówiła kilka dni przed konkursem portalowi Na Temat.

Na szczęście z bólem wygrała. A potem pchnęła wystarczająco daleko, by zgarnąć srebrny medal. Teraz czeka ją operacja i okres rehabilitacji, który poświęci na naprawę barku. A co potem? Tego nie wie. Nie ukrywa, że swoje lata już ma, choć nie zapowie z góry, że wybiera się na emeryturę. Na razie planuje zobaczyć, jak będzie czuć się po rehabilitacji i na co wtedy będzie ją stać.

Nawet gdyby jednak zakończyła zawodniczą karierę, to w sporcie pewnie zostanie. Ma ukończone kursy instruktora parasportu, chciałaby poszerzać wiedzę o sporcie osób z niepełnosprawnościami i w ogóle o niepełnosprawnościach wśród ogółu społeczeństwa, a same takie osoby zachęcać do ćwiczeń. Od lat prowadzi prelekcje w szkołach, opowiada o swojej sytuacji, startach, przygodach i szacunku do osób z niepełnosprawnościami. Sprawia jej to radość, jest w tym dobra.

Kto wie, może po latach okaże się, że odniesie w tym wszystkim nawet większe sukcesy niż na paraolimpijskich arenach? Na razie jednak wciąż jest czynną zawodniczką. I dwukrotną wicemistrzynią paraolimpijską. A to brzmi dumnie.

SEBASTIAN WARZECHA


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez