Waldemar Legień: Za granicą jestem szanowany. W Polsce bywa z tym różnie

Waldemar Legień: Za granicą jestem szanowany. W Polsce bywa z tym różnie

To mój idol, zresztą jak wszystkich w Czarnych Bytom – wprost przyznaje Robert Krawczyk, kiedy pytam go o Waldemara Legienia. Bez cienia zawahania. Ikona, legenda polskiego i światowego judo. Waldemar Legień to dwukrotny mistrz olimpijski: z Seulu 1988 i Barcelony 1992. Zdobył sześć medali mistrzostw świata i Europy. Co ciekawe, zdobywając tytuł mistrza olimpijskiego po czterech latach wcale nie obronił złota. Jak to? A tak to, że w międzyczasie zmienił kategorię wagową z 78 na 86 kg.

DARIUSZ URBANOWICZ: Kiedy zaświtało panu w głowie, że judo mogłoby pana doprowadzić do igrzysk? Kiedy zaczął pan marzyć o złocie olimpijskim?

WALDEMAR LEGIEŃ: Kiedy zaczyna się uprawiać jakąkolwiek dyscyplinę, kiedy zaczyna się karierę, nie myśli się o igrzyskach, czy złotych medalach. Droga do medalu jest bardzo długa i naprawdę niełatwo jest pozostać przy swojej dyscyplinie sportu. Pierwszym przełomem w myśleniu o większej karierze i nie mówię tu nawet o olimpiadzie,  kiedy zdobyłem mistrzostwo Europy juniorów. Pojawiła się we mnie ogromna motywacja do dalszej pracy. Dostałem sygnał, że coś z tego może być. Jednak od wieku juniora do seniora jeszcze daleko, szczególnie, że przejście do seniorów jest znacznie trudniejsze niż choćby u kobiet. Oczywiście nie u każdego jest tak samo, dochodzi kwestia kategorii wagowej i innych rzeczy. Na rok przed igrzyskami w Seulu powiedziałem oficjalnie, że mogę zdobyć medal olimpijski. To było po mistrzostwach świata, podczas których wywalczyłem brąz. Byłem po kontuzji, długo nie startowałem – miałem osiem miesięcy przerwy. Te mistrzostwa świata wyszły mi bardzo dobrze. Po powrocie do kraju wypowiedziałem w jakiejś telewizji, że stać mnie na zdobycie złota w Seulu. Nie miałem już wyjścia. A dziennikarze dosłownie prali mnie i trzymali za słowo, nie pozwolono mi na wykonanie uniku i zostałem zmuszony by iść do przodu.

Japończyk Okada uchodził za pańskiego rywala numer 1. Z czego to wynika, że w judo, a zapewne i w innych sportach walki, zdarzają się przeciwnicy, z którymi nie sposób sobie poradzić i człowiek się od nich odbija jak od ściany?

Nie do końca tak jest. Tu chodzi o pewien styl walki. U nas to jest wzrost, waga, określony zakres technik, którymi włada rywal. Tak analizując po czasie mogłem szukać innych rozwiązań do walki z Okadą, ale u nas zupełnie nie było właściwych trendów treningowych. Przekonałem się o tym dopiero tutaj we Francji, że mogłem próbować czegoś innego. A potem okazuje się na macie, że ten rywal po prostu nie pasuje, mimo że dużo trenowałem ze sparingpartnerami, którzy starali się być tacy jak on. Nie wyszło. Biłem się z nim cztery razy, cztery razy przegrałem. Raz byłem bliski zwycięstwa, jednak w końcówce walki spadłem na plecy. Mówiono o takim „trójkącie bermudzkim” – ja, Okada i Tayot. Ja wygrywałem zawsze z Tayotem, Tayot wygrywał zawsze z Okadą, a ja przegrywałem z Okadą. Na igrzyskach w Barcelonie dużo nie brakowało a spotkałbym się z Okadą w półfinale. Wygrałem za to z Koreańczykiem. To kwestia dyspozycji i i po czasie trudno wszystko dokładnie ocenić. Nie ma tu żadnej reguły. Czasem jednak ktoś się wydaje betonowym blokiem nie do ruszenia.

A może była to kwestia jego pochodzenia? Wiadomo, że Japończycy to potęga w judo, to ich sport. Oni stanowią wykładnię jak trenować, jak się bić, jak do judo w ogóle podchodzić.

Szkoły były różne. Tu również nie można się zgodzić, bo wielu zawodników trenowało z Japończykami. Rafał Kubacki czy Paweł Nastula, którzy byli mistrzami świata, Nastek był mistrzem olimpijskim i oni wygrywali niejednokrotnie z Japończykami. Ja też wiele razy z nimi wygrywałem, choć akurat na Okadę sposobu faktycznie nigdy nie znalazłem. Kiedy ja zaczynałem, zwycięstwo z Japończykiem traktowano jako wielki sukces. Wola walki i zwycięstwa w pojedynku z reprezentantem Japonii zdecydowanie była wyższa. Polska szkoła judo, i nie mówię tu szkole techniki tylko psychiki, była bardzo zła! My mieliśmy wpojone, że jedziemy na zawody po miejsca punktowane, a nie po zwycięstwa i być może tak jest do dziś. To wciąż ciąży na polskim szkoleniu. Nie jeździmy na zawody by wygrywać. Są oczywiście zawodnicy, którzy sobie z tym radzą, ale oni radzą sobie z tym indywidualnie. Ja miałem jednego trenera, który wierzył w zwycięstwo i podchodził do sprawy w ten sposób, że pierwszy jest pierwszy, a drugi to pierwszy przegrany. W ten sposób właśnie mnie prowadzono w pewnym momencie. Nie będę tutaj podawał nazwisk, bo nie o to chodzi, ale wielokrotnie słyszałem, aby nie przegrać przed czasem z Japończykiem, czy mistrzem świata. Jak młody zaczyna i stawia pierwsze kroki i słyszy taką “motywację”, to musi naprawdę znaleźć zewnętrzną wolę walki, bo to odbierało wiarę w zwycięstwo i to ciążyło na pewno. Mimo wszystko potrafiliśmy zwyciężać.

Jakie to były igrzyska w Seulu ‘88? 

To była moja pierwsza olimpiada i odczuwałem to jako zupełnie inną uroczystość niż podczas mistrzostw świata czy Europy. Tam startują wszystkie państwa świata, wszystkie dyscypliny. Widzi się sławy pokroju Bena Johnsona czy Carla Lewisa. Spotkanie tak wielkich sportowców w wiosce olimpijskiej robiło wielkie wrażenie. Do Seulu przyjechałem dziesięć dni przed rozpoczęciem turnieju judo. Byliśmy tam bardzo długo ze względu na aklimatyzację. Potem sprawy zrzucenia wagi, musieliśmy wciąż trenować. Zawodników było mnóstwo, a sal treningowych mało. Maty kładziono na betonie, a jak się na taką matę spadnie to jest po prostu szok. Na szczęście mieliśmy trenera, który fajnie te nasze sprawy prowadził. Jednego dnia więc ćwiczyliśmy na betonie, kolejnego zaś na normalnej macie. Treningi były odpowiednio modyfikowane w zależności, gdzie mieliśmy zajęcia i dało to, jak się później okazało dobre wyniki.

Czy walka finałowa była najważniejszą walką pańskiego turnieju?

Nie można tego tak określić. Aby zostać mistrzem olimpijskim, każdą walkę trzeba wygrać. W pierwszej rundzie miałem wolny los i musiałem czekać na zwycięzcę. System obowiązywał inny niż obecnie. W półfinale miałem ciężką walkę z Rosjaninem Baszirem Warajewem – to była najcięższa walka. Wcześniejszy pojedynek z Kanadyjczykiem też był bardzo wyczerpujący. Każdy etap turnieju jest trudny i wymaga zaangażowania. Między ćwierćfinałem a półfinałem miałem pięć minut przerwy. Dziś zawodnicy mają minimum dziesięć minut na odpoczynek, a faktycznie między ćwiartką i półfinałem dziś te przerwy trwają jeszcze dłużej, bo w czasie turnieju toczą się jeszcze inne walki. Te wcześniejsze fazy turnieju nawet nie pchano do telewizji, aby wszystko się sprawnie odbywało. Trzeba było mieć naprawdę dobrą kondycję, bo zmęczenie się przecież kumuluje. Na początku były długie przerwy, a potem następowało przyspieszenie i nie było jak odpocząć. Między trudnym półfinałem a finałem miałem pół godziny przerwy i nie uważam, że to dużo. Judo wiąże się z ogromny wysiłkiem, walczyliśmy w innej strefie czasowej i klimatycznej. Organizm był bardzo obciążony.

Podkreślam jednak, że jedna i druga strona miała takie warunki. Frank Wieneke z Niemiec znalazł się w tej samej sytuacji co ja. Zdawałem sobie sprawę, że gdzieś tam się zakotłowałem w parterze i że aktualny mistrz olimpijski, a Wieneke bronił tytułu, miałby większe szanse, gdyby miało się skończyć remisem i wskazaniem zwycięzcy przez sędziów. A walka zmierzała w stronę remisu, taki wynik widniał na tablicy. Nikt nie zdobył punktów, ani kar. To był człowiek z Zachodu, miał złoto z Los Angeles. Zdecydowanie mógł liczyć na preferencyjne zwycięstwo przez decyzję sędziów. Po tej akcji w parterze musiałem zdobyć przewagę na punkty. Uzyskałem dodatkową motywację. Sytuacja na rzut się zdarzyła i ją wykorzystałem. Oglądałem tę walkę wielokrotnie. Decyzja na atak… jest bo jest, ale nie byłem w najlepszej pozycji, wręcz określiłbym to jako fenomen. Jak człowiek to później oglądał, zastanawiałem się, choć wygrałem przed czasem, jak w ogóle udało mi się rzucić. To był rzut, który powinien mi dać małe punkty – w tamtych czasach obowiązywała jeszcze punktacja i mogła być koka – za jeden punkt. To dałoby mi przewagę i ostatecznie zwycięstwo. Co ciekawe, rozmawialiśmy z Frankiem kilka lat temu. Obaj prowadziliśmy zgrupowanie dla trenerów niemieckiej federacji. Mieliśmy okazję omówić ten pojedynek i okazało się, że on był już pewny zwycięstwa. Nastąpiło u niego rozluźnienie, wynikające też pewnie ze zmęczenia. Ułamek sekundy i los się zmienił.

To był atak rozpaczy czy wynikający z automatyzmu?

Zdecydowanie automatyzm. Kiedy robiłem analizę tej akcji, widać elementy, nad którymi pracowaliśmy w trakcie przygotowań. Wszedłem i czułem, że on leci. Dla mnie najważniejsze by on spadł na plecy, by zdobyć choć ten najmniejszy punkt. Wiadomo, że rzucając chcesz to zrobić jak najlepiej, że idzie się za akcją do samego końca. Gdyby ktoś mi pokazał początek tej akcji, pewnie mało kto by uznał, że z niej może w ogóle coś wyjść.  A wyszedł ippon. Ciało się potem poukładało, bo umiejętnie się dopasowałem. Jak się ogląda to powoli, można wyróżnić sekwencje. Jednak jak to się dzieje w czasie rzeczywistym, widać wytrącenie z równowagi co spowodowało, że udało mi się rzucić go na ippon i to bardzo mądrze.

1988 Seoul Waldemar Legień

🏅 #100LatPKOl | #Seoul1988 🇰🇷Na zakończonych 31 lat temu Igrzyskach XXIV Olimpiady w Seulu Polska zdobyła w sumie 16 olimpijskich medali, w tym 2 złote.Jednym z naszych mistrzów został Waldemar Legień, który jako pierwszy polski judoka w historii wywalczył olimpijskie złoto.🎙 Bogdan Chruścicki, Polskie Radio_____________________#WieleDrógJedenCel 🇵🇱

Gepostet von Polski Komitet Olimpijski am Montag, 30. September 2019

Pamiętam, że pojedynek ten komentował w telewizji Bogdan Chruścicki. To był wspaniały moment polskiego sportu.

Na trybunach kibicował mi Aleksander Kwaśniewski jako ówczesny szef PKOl. Kwaśniewski był bardzo dobrze zorientowany w sporcie. Kiedy żegnano nas przed wylotem zapytał mnie, czy będzie medal, powiedziałem że oczywiście. Podziwiałem go wtedy za to, że on naprawdę znał nas wszystkich. On postanowił, że przyjedzie na każde mistrzostwa Polski w sportach olimpijskich i tak zrobił. Pamiętał nazwiska, interesował się. Ogarniał naprawdę dużo dyscyplin sportowych. Kwaśniewski zszedł do nas na dół, gratulował. Janek Pawłowski zdobył srebro, Bogusia Olechnowicz wywalczyła brąz. Judo miało świetny czas wtedy w Seulu. Kiedy Janek pokonał tego Japończyka w półfinale, to była dla nas ogromna motywacja do zwycięstwa. Bogusia wywalczyła ten brąz chwilę wcześniej, a potem ja złoto. Jak by nie było, to pierwsze złoto dla polskiego judo. Mieliśmy wiele medali, ale nie mieliśmy wtedy jeszcze złota z igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Ekipę judo w Seulu stanowiło siedmiu zawodników, zdobyliśmy trzy medale. To był wielki sukces. Z jednej strony to niespodzianka, z drugiej sam zapowiedziałem to złoto rok wcześniej. Ale sport nie daje żadnej pewności i często dochodzi do sytuacji, że murowani faworyci przegrywają.

W judo można wygrać i przegrać z każdym…

W judo nie ma możliwości odrobienia strat. Jeśli spadnie się na plecy to przegrywasz. W piłce nożnej można stracić jedną czy drugą bramkę, zawsze można samemu w końcu strzelić i wygrać. Masz szasnę rewanżu w kosza, w siatkówce, w wielu sportach, czy strzelectwie, czy w bieganiu – mały błąd może doprowadzić do konsekwencji w postaci niemożliwości nadrobienia. Choć jak przypomnimy sobie finał biegu na 3000 m z przeszkodami z Moskwy 1980 z udziałem Bronisława Malinowskiego, stracił początkowo bardzo dużo i to odpracował. Musiał mieć niesamowitą wolę walki, ale na pewnym poziomie wyczynu każdy musi już mieć taką determinację. Do dziś pamiętam mecz polskich siatkarzy z Montrealu 1976. Miałem jedenaście lat i oglądałem ten finał w nocy. Przecież to byli bohaterowie. Nie dość, że wygrali ze Związkiem Radzieckim to po pięknym, ciężkim meczu. Nawet niedawno oglądałem w telewizji powtórkę tego spotkania. Z przyjemnością wsłuchiwałem się we współczesna analizę, jak to widzieli, co czuli, ożywają wspomnienia i patrzę się wstecz i dotkliwie przekonuję jak szybko czas ucieka.

A wracając do pytania, u nas walkę można przegrać od razu, przy pierwszym chwycie; dać się zaskoczyć sekundę przed końcem, mimo prowadzenia i największa determinacja nie na wiele się zda. Chwila zawahania i po wszystkim. W boksie też nie dostajesz drugiej szansy, jeśli zdarzy się nokaut. Kiedyś w judo obowiązywał system walk grupowych, z których dopiero się wychodziło do rozstawienia w tabeli. Po spotkaniu w grupie mogło dojść do rewanżu w finale i zdarzało się, że dochodziło do zwycięstwa w drugą stronę.

Zapewne szybko też przeleciał panu czas między Seulem a Barceloną, choć jak patrzę na pańskie dokonania między tymi igrzyskami, dużo się działo! Zdobył pan kolejne tytuły i medale mistrzostw świata i Europy. 

Trzeba pamiętać, że w połowie olimpiady zmieniłem kategorię wagową.

Z czego to wynikało?

Bijąc się w kategorii -78 kg zbijałem wagę, a dla mnie było to duże wyzwanie. Dla niektórych zbicie czterech, czy pięciu kilogramów to niedużo. Mnie to bardzo obciążało. Do tego dochodziły kłopoty z nerkami i nie wskazane było, by tak radykalnie się odwadniać. Wiele osób odradzało mi, ale ja postawiłem na swoim. W Seulu ważyłem 82 kg. Decyzję podjąłem po mistrzostwach świata w 1989 roku. Jak zobaczyłem wyniki i jak wyglądają walki cięższych kolegów, stwierdziłem, że byłem w stanie zrobić to samo w wyższej kategorii i się nie pomyliłem. W 1990 roku wygrałem wszystkie turnieje z mistrzostwami Europy. Wtedy też startowało się znacznie mniej niż teraz, inna polityka. Nie pozwalano startować w mistrzostwach Europy w roku kiedy odbywały się mistrzostwa świata. Ja tylko cztery razy startowałem w czempionacie Starego Kontynentu, a przecież było ich znacznie więcej. Nie żałuję jednak, bo byłem takim zawodnikiem i to się sprawdzało, że jeśli gdzieś wyjeżdżałem to robiłem zaraz wyniki. A w sporcie czas leci szybko. Zdarzy się jakaś kontuzja i potem trzeba wracać. W 1990 roku urodził mi się syn, co mnie trochę przygwoździło w domu i straciłem zapał do wyjazdów. Trwały długo, co stawało się coraz bardziej męczące. Miałem potrzebę by w końcu osiąść, a judo to sport niby indywidualny, ale bez kontaktu z rywalami się nie da. Trzeba się na bieżąco, cały czas się sprawdzać. Dobrą miałem karierę, choć nigdy nie wygrałem mistrzostw świata. Zdobywałem brązowe medale, a na igrzyskach złote. To ciekawe. Lecz igrzyska są najważniejsze.

 

Turniej w Barcelonie z kolei i tam w finale spotkał się pan z wspomnianym wcześniej Francuzjem Pascalem Tayotem. Stoczyliście niezwykle zacięty bój. Fakt, zdobył pan szybko punkty po rzutach na yuko i kokę. Pascal Tayot jednak nie próżnował, pan otrzymał karę za pasywność. Do końca sprawa zwycięstwa była otwarta.  

Wróćmy jeszcze do trzeciej walki. Biłem się z Koreańczykiem. Przegrywałem na początku i musiałem odrabiać straty. Kiedy zszedłem z tatami, powiedziałem do trenera, że koniec głupot i idę „po minimalizacji”. Można powiedzieć, że z Francuzem w finale kontrolowałem jego przebieg. Po akcji wycenionej na yuko zrobiło się jednak gorąco, bo dostałem karę i gdybym miał jeszcze jedną karę, punkty by się zrównały z tym, co wypracowałem za techniki. Musiałem uważać. Dziś z Pascalem jesteśmy przyjaciółmi.

Zastanawiam się, jak ja mogłem z tak wielkim człowiekiem wygrać? On jest znacznie większy ode mnie, ma dłuższy zasięg ramion. Do dziś współpracuję z trenerem kadry Francji z tamtych czasów. On prowadził Pascala w Barcelonie. Kiedyś doszło do wymiany zdań, ktoś nas pociągnął za języki na temat strategii walki. Serge to wybitny strateg, cały dzień mnie wtedy obserwowali i widzieli, że nie robię rzutu uchi-mata w prawo. Robiłem techniki w lewą stronę, a tu nagle z wyjścia poszedłem w prawą stronę. Ja też pamiętam, rozmawiałem z Pawłem Nastulą, z którym się rozgrzewałem i wiedziałem, że jak pójdę w lewo, to go nie zaskoczę. Swoją drogą spróbowałem jednego ataku w lewo i faktycznie Pascal był przygotowany na to. Obaj mieliśmy dobrą kondycję. Kontrolowałem tę walkę, też nie dążyłem do zwycięstwa przed czasem. Moim celem była wygrana, szedłem po minimum. Francuz często zwyciężał w parterze. Podczas mistrzostw Europy w roku olimpijskim, wszystkie walki, mimo prowadzenia rywali, wygrał w parterze. I tutaj właśnie czułem się zagrożony, w stójce wydawało mi się, że jestem bezpieczniejszy. Moim majstersztykiem było wytrącenie mu jego broni właśnie w parterze. On mnie ani razu nie zaatakował. Przejmowałem inicjatywę, lecz nie pchałem się do ataku. Wiedząc o jego atutach parterowych zaangażowanie w atak na sto procent, mogło oznaczać zapłacenie wysokiej ceny później w stójce. Moja taktyka polegała na tym, by go porozbijać i do tego doprowadziłem. To nie jest może piękna walka, ale pod względem taktycznym i zneutralizowania silnych elementów przeciwnika, to było naprawdę dobre widowisko.

Ogląda się jednak ten pojedynek z dużą przyjemnością, widać że trafiło na siebie dwóch równorzędnych rywali. Zacięta walka i otwarte do końca pytanie kto kogo przechytrzy. Czy przygotowywał się pan jakoś szczególnie pod tego przeciwnika? Sam pan powiedział, że Francuzi przyglądali się pańskiej postawie we wcześniejszych fazach turnieju… Czy nasi trenerzy również wypełniali takie zadania, miał pan kogoś, kto zbierał dla pana informacje?

Wtedy to wyglądało w ten sposób, że robiłem to sam, we własnym zakresie. W tamtych czasach nie istniał jeszcze internet, nie było dostępu na życzenie do wszystkich walk. Na mistrzostwach Europy sam pokręciłem trochę kamerą Pascala i innych rywali. Nie było nikogo w kadrze, kto mógłby mnie przygotować taktycznie do walki. To spadało na moje barki. Miałem trenera klubowego, który mnie tego nauczył. Dochodziło do tego, że musiałem mówić przed walką kolegom, co dokładnie mają mi podpowiadać, na co zwracać mi uwagę. Zatem sam kręciłem tym interesem. Znałem sam siebie, wiedziałem na co mnie stać. Musiałem pod siebie analizować rywali, a to wymaga pracy indywidualnej. Często zawodnikom wydaje się, że trener jest w stanie im wszystko podać na tacy, a to tak wcale nie jest. Zawodnik też musi mieć własną ocenę, czy dana akcja przejdzie, czy nie przejdzie. Niektóre sytuacje wychodzą już w trakcie walki i trzeba się automatycznie do nich adaptować. Ja akurat w moich założeniach się nie pomyliłem, miałem Tayota rozpracowanego, miałem na niego pomysły. Jednak nie da się wszystkiego założyć przed walką, bo przecież on też miał swoją strategię i chciał mnie pokonać. Następuje zderzenie dwóch koncepcji i któraś musi wygrać.

No właśnie, ile pozostaje miejsca na improwizację? Na ile daje się zrealizować założenia sprzed walki?

Każda walka jest inna, czy założenia są skuteczne, czy przeciwnik nie wymyślił czegoś innego. Przecież rywale też kombinują i starają się zaskoczyć, przygotować coś zupełnie inaczej. Widziałem zawodniczkę, która będąc prawostronną, wyszła na matę jako lewostronna, czym kompletnie zdezorientowała przeciwniczkę. Przecież musiała nad tym pracować, tylko miała to schowane i wyciągnęła jak asa z rękawa. Koreańczycy w Seulu nas prowokowali. Kiedy Janek Pawłowski miał się bić właśnie z reprezentantem Korei w finale, oni specjalnie afiszowali się znajomością jego repertuaru technik. To wszystko jest elementem gry, pewnego oszustwa w celu zwycięstwa. Oszustwa w rozumieniu przechytrzenia. Kiedyś, już jako trener, ustawiłem swojego zawodnika do finału pod określonego przeciwnika. Pchałem go w konkretne ustawienia, a rywal zaprezentował się zupełnie inaczej i musieliśmy na bieżąco wszystko modyfikować. To często subtelne różnice, ale jednak coś trzeba było zmienić. Jednak to zawodnik musi zareagować, wdrożyć uwagi, bo to on jest autorem walki. Trzeba umieć momentalnie się dostosowywać do sytuacji, bo czasem mały błąd wystarczy do postawienia całej strategii na głowie. Wszystko się zmienia jak się prowadzi walkę, kontroluje i broni wyniku, inaczej jak się straciło punkty, trzeba atakować i się otworzyć. Prowadzenie i obrona wyniku też jest sztuką.

Po igrzyskach w Atenach 2004 pisałem reportaż o Robercie Krawczyku i odwiedziłem klub Czarni Bytom. Na wejściu znajdował się pański portret. 

Z tym portretem była fajna historia. Ja już mieszkałem we Francji, a mam brata, który jak był szczupły to byliśmy naprawdę do siebie podobni. W klubie trenował Japończyk, który żył w przekonaniu, że mój brat to ja. Później spotkałem tego Japończyka w Osace w 2003 roku. On mi się kłania, a ja go na oczy w życiu nie widziałem. Poprosiłem kolegę, który mówi po francusku i japońsku, aby się go zapytał o co chodzi. Mówi, że zna mnie z Czarnych Bytom, a faktycznie kojarzył mojego brata. Wtedy dopiero się zorientował, że nas jest dwóch. Śmieszna historia. A Robert stoczył pamiętny pojedynek w półfinale w Atenach 2004, który przegrał prowadząc jeszcze kilka sekund przed końcem. Tłumaczę go jednak w ten sposób, że taka jest specyfika judo. Jak wrócimy pamięcią do Atlanty ’96 gdzie również na kilka sekund przed końcem medal zapewniła sobie Aneta Szczepańska. Taka sama sytuacja jak z Ukraińcem i Robertem. Ja w Seulu też wygrałem 13 sekund przed końcem. Nawet najwybitniejsi, bardzo doświadczeni przegrywali walki na sekundy dzielące ich od zwycięstwa. Dla jednych to szczęście, dla innych tragedia. Jedni się cieszą, drudzy płaczą.

Wspomniał pan Anetę Szczepańską, a wcześniej Pawła Nastulę, a z tymi nazwiskami kojarzą się jednoznacznie igrzyska w Atlancie 1996. Tokio 2020 ma odbyć się za rok, a wtedy upłynie ćwierćwiecze oczekiwania na polski medal olimpijski. Dlaczego to tak długo trwa? Stać naszych judoków na medal w Tokio?

Dla młodszych zawodników to odroczenie to nie jakoś bardzo długo, oni się szybko rozwijają. Zobaczymy kto wystartuje, będziemy mieli pewnie niezbyt dużą ekipę. Pewną kwalifikację ma Julka Kowalczyk, dzięki punktom za brąz mistrzostw świata. Według mnie zmieniło się tyle, że w moich czasach jak jechaliśmy na poważne zawody, mieliśmy kilku kandydatów do medali. Teraz tych kandydatów brakuje i myśli się kategoriami miejsc punktowanych. Julka zrobiła wszystkim niespodziankę i na igrzyskach czasem zdarzają się niespodzianki. Im więcej osób się zakwalifikuje do Tokio, tym więcej szans. Samo zdobycie kwalifikacji w judo jest skrajnie trudne, a potem trzeba zbudować najwyższą formę życia, nie popełnić błędów i wygrać wszystkie walki. Judo to sport urazowy, wcale nie jest łatwo uniknąć kontuzji. A cały świat się zbroi na ten jeden turniej. Dla starszych zawodników przesunięcie olimpiady to niedobra informacja. Trzeba często przeciągnąć zaangażowanie o rok. Wyczynowcy będą przygotowani, ale jest to trudne. Młodsi sobie z tym poradzą.

Prawie 25 lat czekamy na medal, mamy na igrzyskach piąte, siódme miejsca. A podium to zaklęte rewiry. Dlaczego? 

Od drugiej połowy lat 90. do Londynu jeszcze była fala uderzeniowa, zbliżaliśmy się do medali. A dziś? To jest polityka, brak pieniędzy. Na mistrzostwach świata też nie jest różowa sytuacja, nie tylko na igrzyskach. Teraz mieliśmy Julkę Kowalczyk, wcześniej Agatę Ozdobę-Błach. Każdy medal to lepsze finansowanie dla związku. Sytuacja w Polskim Związku Judo nie jest ciekawa, są długi, zaległości, dużo małostkowości. Władzy trzymają się starsi działacze, pilnują swoich interesów. Nie rozwijamy się. Za mało młodych ludzi doszło do góry, blokuje się ich inicjatywy. Nam kiedyś zależało bardzo aby się wybić i dużo w tę stronę robiliśmy. Dzisiaj ten sport niestety został przytłumiony. Wielu zawodników prowadzi działalności gospodarcze, tworzą klubiki w przedszkolach, w szkołach. Uprawiają judo amatorskie, dla przyjemności. To dopiero może dać podwaliny pod wyczyn. Za ileś lat może przyniesie sukcesy. Coś się dzieje, ale na owoce tej działalności trzeba poczekać. Tymczasem nie, polskie judo nie jest pewniakiem do medalu olimpijskiego – nie da się tego zaplanować. Za mało mamy realnych kandydatów. Wśród młodych zawodników mamy sporo talentów, jak się obserwuje ich wyniki, można być optymistą. Do juniora nie wygląda to źle, gdzieś wyjeżdżają, gdzieś się pokazują. W tym roku prowadziłem obóz w Elblągu. To już dziewiąta edycja. Przyjechało bardzo dużo ludzi z Polski, dużo młodzieży. Widać chęci. Wielu trenerów naprawdę ma fajne podejście, dążą do celu, mają większe ambicje. Każdy sport wymaga precyzji, a mistrzem i tak nie każdy zostanie.

Ze względu na pandemię dezaktualizuje się wiele mitów. Jeden z takich mitów obowiązujących w Polsce mówi, że we Francji judo to sport niemal narodowy, że pełne hale, tłumy trenujących… Jak to faktycznie tam wygląda?

Jeśli chodzi o zaangażowanie, zainteresowanie to faktycznie jest bardzo duże. 500-600 tysięcy licencji, a mówi się, że drugie tyle trenuje bez licencji, tak dla siebie. Ale to nie jest wyczyn, ćwiczą dla przyjemności, raz-dwa razy w tygodniu, zamiast biegania czy siłowni. Dużo więcej startuje jednak i tu możemy mówić o popularności. Mamy dwie ligi w kadetach, dwie w juniorach, trzy ligi w seniorach! Na drużynowych mistrzostwach Francji wystawianych jest 50 zespołów. Jeśli chodzi o publikę, to bywa różnie. Zależy gdzie odbywają się zawody, jakie i kiedy. Zależy od momentu, regionu. Turniej paryski to zawsze są tłumy, jeszcze w trakcie wakacji będzie gwarancja pełnych trybun w Hali Bercy. Do tego publika potrafi sędziować, rozumieją co się dzieje na macie. W normalnym życiu ciągle spotykam się z reakcjami, ktoś wychwyci, że mam na plecaku emblemat IJF i do razu jest pretekst do rozmowy. Często w życiorysach do pracy piszą, że trenują judo. Kiedyś przyniesiono mi CV faceta o podwójnym, francusko-amerykańskim obywatelstwie. W tym CV miał napisane, że trenował, ma pierwszy dan, a jego trenem był Waldemar Legień. Okazuje się, że w ten sposób można próbować również budowania swojej pozycji przez judo.

Czuje się pan doceniany u nas w kraju?

Ostatnio bardzo niemiło mnie zaskoczył mnie mój własny klub. A jeśli własny klub nie docenia mistrza olimpijskiego, to coś jest nie tak. W lutym zostałem wyrzucony z zarządu Czarnych Bytom z hukiem. To bardzo niemiłe. Byłem bardzo krótko w tym zarządzie, wszedłem i wyszedłem. Jeśli większość członków klubu nie chce w zarządzie Waldemara Legienia, to trzeba przemyśleć pytanie, które mi pan zadał. W takich sytuacjach zastanawiam się nad wartościami i przekazem jakie niesie za sobą judo. Może dlatego żyję na emigracji. Ciężko to omówić po krótce. Smutna sprawa. Jednak poza tą sytuacją z Czarnymi, wszystko jest w porządku. Za granicą jestem bardzo szanowany i doceniany. W Polsce część mnie szanuje, część nie. Niedawno zostałem uhonorowany mianem najlepszego zawodnika igrzysk w Barcelonie, na specjalnej uroczystości podczas mistrzostw świata w Tokio. Były nominacje, występy, oficjalne prezentacje. Gdziekolwiek się pojawię, na jakimkolwiek turnieju, jestem rozpoznawalny. W Japonii mistrzowie olimpijscy to prawdziwi mistrzowie, okazują mnóstwo szacunku. W Polsce, środowiskowo, w kręgach judo też tak jest. Ta bytomska sytuacja to jest kropla w morzu, którą nie można się przejmować. W Elblągu na tym zgrupowaniu dzieciaki są w siódmym niebie. Tam odczuwam popularność. Nie jestem piłkarzem, ale w świecie judo jestem znany, powszechnie znacznie mniej. Ale mijają lata, przecież ja medale zdobywałem trzydzieści lat temu.

Rozmawiał
DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Newspix.pl

 


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez