Wagner: Opamiętajcie się, bo wszystko rozpieprzycie!

Wagner: Opamiętajcie się, bo wszystko rozpieprzycie!

Sportowa Polska od kilku dni żyje aferą w kadrze siatkarek. Chwilę po największym od dekady sukcesie (4. miejsce w mistrzostwach Europy) i chwilę przed kwalifikacjami olimpijskimi, wybuchła prawdziwa bomba. Niemal wszystkie zawodniczki otwarcie żądają zmiany trenera, z kolei prezes Związku właśnie ogłosił przedłużenie z nim umowy do 2022 roku. Konflikt robi się coraz ostrzejszy i coraz mniej znaków na niebie i ziemi wskazuje na to, że uda się go załagodzić. Grzegorz Wagner mówi wprost: opamiętajcie się, bo wszystko rozpieprzycie!

Grzegorz Wagner to były zawodnik, a dziś trener siatkarski, jest synem legendarnego Huberta Wagnera, który był twórcą potęgi polskiej siatkówki sprzed 40 lat. Pracował z mężczyznami i kobietami, dziś trenuje dzieci. Przyznaje, że w szatni widział właściwie wszystkie możliwe sytuacje, z rękoczynami włącznie. I ma wielką nadzieję, że uda się załagodzić konflikt na linii siatkarki – trener reprezentacji – prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

Jak pan ocenia całą aferę w reprezentacji siatkarek? Kto tak naprawdę jest za nią odpowiedzialny?

Po pierwsze, takie rzeczy w ogóle nie powinny wychodzić na światło dzienne. Takie sprawy należy załatwiać w szatni, ewentualnie na spotkaniu w Związku. Oczywiście, mnie tam nie było, więc nie o wszystkim wiem. Wszystkie te zarzuty i pretensje obu stron należałoby po prostu skonfrontować. Moim zdaniem jednak zabrnęło to bardzo daleko, i brnie dalej. Ja nie widzę, żeby to można było jakoś rozwiązać.

Nie ma szans już na pokojowe rozwiązanie?

Powiem tak: nie wiem, czy jest wola którejkolwiek ze stron, żeby to załagodzić i żeby sobie wyjaśnić pewne sprawy. Fajnie powiedział wczoraj Kamil Składowski w programie „7. Strefa”, że być może autorki tego listu miały co innego na myśli i po prostu zostały źle zrozumiane. Myślę, że to jest przede wszystkim właśnie kwestia komunikacji. Naprawdę może być tak, że autorki mówiły o jednym, a list został odebrany w zupełnie inny sposób. Z moich doświadczeń z dziewczynami wynika, że często właśnie tak jest: kobiety czasem mają na myśli coś innego. Cała ta sprawa jest przykra, tym bardziej, że żeńska siatkówka zaczęła wychodzić na prostą. I to nie jest kwestia przypadku, tylko sześciu lat pracy, wielu dobrych decyzji i tak dalej. Szkoda, że kiedy zaczynamy robić coś dobrze, to oczywiście musimy coś spieprzyć. To typowo polskie, taka nasza narodowa przypadłość… Mam wielką nadzieję, że strony jednak jakoś się dogadają. Szkoda by było tej ciężkiej pracy całego środowiska, zawodniczek, trenera, Związku.

Myśli pan, że w ogóle jeszcze jest jakakolwiek możliwość dogadania się? Wydaje się, że ten konflikt zaszedł już po prostu za daleko…

Być może doszedł już do momentu krytycznego. Myślę, że po prostu trzeba ze sobą rozmawiać. Wierzę, że wszystkie strony też dojdą do tego oczywistego wniosku i spróbują ten konflikt wyjaśnić. Tymczasem wydaje się, ze każda kolejna wypowiedź tylko zaognia ten spór. Apeluję do wszystkich stron, że warto by było się opamiętać, bo na tym, co jest teraz, stracą wszyscy.

Głosy kibiców są bardzo podzielone: jedni mówią, że nie może być tak, że w kadrze jest afera obyczajowa, którą trener i prezes Związku zamiatają pod dywan, inni twierdzą, że ogon nie może kręcić psem i zawodniczki nie mogą wybierać sobie trenera. Jak pan na to patrzy?

Każda ze stron ma rację. Ale przekrzykiwanie się w mediach nie jest odpowiednim sposobem na szukanie rozwiązania. Sorry, ale wy będziecie tak to formułować, żeby się kliknęło. Niestety, taka jest dzisiejsza rzeczywistość i chyba każda ze stron ma tego świadomość. Ale media nie są miejscem do załatwiania takich spraw. Ja wiem, że wy po prostu szukacie sensacji…

Sensacja to za duże słowo, my robimy swoje. Jeśli temat zatacza takie kręgi, to nie możemy go ignorować…

Oczywiście, ja to rozumiem i nie mam z tym problemu. Jestem w sporcie nie od wczoraj, wiem, że jestem osobą publiczną, podobnie, jak dziewczyny z reprezentacji. I powtarzam jeszcze raz: takie sprawy nie powinny wychodzić na światło dzienne, nie powinny opuszczać szatni.

Wydaje się jednak, że reprezentantki Polski wcale nie chciały, żeby ten konflikt został upubliczniony. One oczekiwały mediacji od prezesa i dopiero, kiedy się jej nie doczekały, postanowiły głośno powiedzieć o problemach kadry.

No, tak, tylko problem polega na tym, że każda strona mówi co innego. Ja przez ostatnie lata nauczyłem się, że niestety trzeba to wszystko skonfrontować. Internet ma to do siebie, że czasami przekręcenie jednego słowa, czy nawet postawienie przecinka nie w tym miejscu, może zmienić sens wypowiedzi. Dlatego wolałbym, żeby wszyscy zainteresowani spotkali się, usiedli i ze sobą normalnie porozmawiali. Najważniejsze jest moim zdaniem to, żeby nie zmarnować tej ciężkiej pracy, którą dziewczyny, trener i Związek zrobiły przez ostatnie lata. Szkoda by było to wszystko rozpieprzyć.

Jak pan ocenia postawę Związku, czy prezesa Jacka Kasprzyka w tej sytuacji? Mam na myśli liczne wypowiedzi medialne, które wiele osób oceniało jednoznacznie negatywnie.

Wybaczy pan, ale ja jestem pracownikiem Polskiego Związku Piłki Siatkowej, a pan prezes Jacek Kasprzyk jest moim szefem, w związku z czym nie odpowiem panu na to pytanie.

Inne pytanie w takim razie: jedną z przyczyn konfliktu jest sprawa obyczajowa. Jeden z członków sztabu szkoleniowego miał mieć romans z zawodniczką. Czy pana zdaniem tego typu sytuacja może mieć miejsce w reprezentacji, lub klubie sportowym?

Nie powinna. Koniec i kropka.

Jak w takim razie powinien zareagować trener?

Ja nie wiem, jak powinien zareagować trener Nawrocki. Wiem, jak bym ja zareagował.

Jak by pan zareagował?

Krótka piłka. Po prostu. Ja do takich sytuacji nie dopuszczam. Pracowałem z kobietami, wiem, jakie mogą być sytuacje. Ja bym zareagował od razu.

Co to oznacza w praktyce? Nie dopuściłby pan do romansu?

Nawet nie to, że bym nie dopuścił. W życiu wszystko się może zdarzyć, każdy się może zakochać. To nie o to chodzi. Sztab powinien mieć świadomość, że w reprezentacji takie sytuacje po prostu nie mogą mieć miejsca. Dla mnie rozwiązanie jest proste: nie wyobrażam sobie, że taki członek sztabu mógłby pozostać w pracy. Krótka piłka. Są pewne zasady, pewien kodeks etyki, którego trenerzy powinni przestrzegać. A czy przestrzegają, to już zupełnie inny temat.

Czy na tym etapie sporu da się ocenić kto, kiedy i co zrobił źle? Czy raczej bardziej przypomina to badanie przyczyn wypadku lotniczego i okazuje się, że zawsze jest to jakiś splot wielu różnych wydarzeń, które prowadzą do katastrofy?

W przypadku samolotu to bywa różnie, bo może trafić w niego pocisk i jest tylko jedna przyczyna. Tutaj – trudno ocenić, zwłaszcza komuś, kto tak jak ja, nie jest w środku tych wydarzeń. Nie wiem, co się tam naprawdę działo. Jakiekolwiek wyciąganie wniosków, zwłaszcza daleko idących, w sytuacji, w której nie mamy pełnych danych, jest po prostu nie na miejscu. W najlepszym razie może prowadzić do błędnych wyników, w gorszym – do zrobienia komuś krzywdy. W tym przypadku z każdej ze stron otrzymujemy różne sygnały. Życie mnie nauczyło, że w takiej sytuacji lepiej poczekać na pełen obraz i dopiero formułować wnioski.

Oczywiście, optymalne rozwiązanie jest takie, że strony siadają do stołu, rozmawiają i znajdują jakiś kompromis, pamiętając o tym, że najważniejsze są teraz zbliżające się wielkimi krokami kwalifikacje olimpijskie. Mam jednak wrażenie, że żaden z nas jakoś szczególnie mocno w takie rozwiązanie nie wierzy…

Ja uważam, że zaszło to daleko, bardzo daleko, do pewnej granicy. Myślę, że wszyscy powinni się otrzepać i spróbować się porozumieć. Jestem przekonany, że mimo wszystko porozumienie jest możliwe. Ja przeżyłem dużo w życiu i nauczyłem się, że w pewnych sytuacjach naprawdę jesteśmy w stanie się dogadać, bo są rzeczy nadrzędne. Tak, jak w polityce była kiedyś słynna gruba kreska i tak dalej. O tych nadrzędnych celach musimy też pamiętać w tej sytuacji. Każdy tam powinien się walnąć w serducho i spróbować zlokalizować, gdzie to wszystko się rozjechało. Nie może być tak, że winna jest tylko jedna strona. Myślę, że prawda leży gdzieś po środku. Tu nie trzeba czarów, potrzebna jest zwykła, normalna komunikacja, rozmowa, o której tak często się dziś zapomina. Wierzę, że da się to jeszcze jakoś odkręcić. Szkoda by było, gdyby się nie udało, bo wspólnie został wykonany przecież kawał dobrej roboty.

Oby się udało. Ale jeśli nie, to jaki scenariusz pan widzi? Bo możliwości jest ledwie kilka: odchodzi trener, odchodzi prezes, albo z kadry wylatuje większość zawodniczek. Co pan wybiera?

Tak naprawdę to już na to pytanie odpowiedziałem: każdy z tych scenariuszy jest do bani. Właśnie dlatego wszystkie strony powinny sobie na spokojnie przeanalizować, do czego ten konflikt doprowadził. Z drugiej strony: jeśli rzeczywiście było tak źle, jak mówią dziewczyny, to skąd czwarte miejsce na mistrzostwach Europy? Ta drużyna ma potencjał, potrafi grać, mimo pewnych braków komunikacyjnych. Udowodniła to. To jest właśnie to światełko w tunelu, które daje nadzieję. Dziewczyny i sztab potrafili zostawić problemy z boku i skoncentrować się na grze i na wyniku na mistrzostwach Europy. Oby teraz to samo udało się zrobić przed turniejem kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich. Bo, prawdę mówiąc, dzisiaj jest najgorszy możliwy moment na takie zamieszanie.

Dziewczyny mówią, że czują się oszukane, bo ustaliły z prezesem, że trener niedługo odejdzie, a tymczasem PZPS właśnie przedłużył z nim umowę do 2022 roku. Ciężko o porozumienie, kiedy padają tak mocne słowa…

Tego nie wiemy. To jest właśnie przykład sprzecznych informacji. Dziewczyny w oświadczeniu piszą jedno, prezes mówi coś zupełnie innego. Nie wiemy do końca, jak było naprawdę. Znów: nie powinniśmy przerzucać tego w mediach, tylko załatwić po cichu. Każda kolejna publikacja, ba, nawet każdy komentarz pod artykułem, tylko to nakręca i oddala nas od wzajemnego zrozumienia. Jest jak z zabawą w głuchy telefon: ktoś coś powiedział, inny źle zrozumiał i podał dalej. Fajnie by było usiąść i po prostu, normalnie pogadać. Bez mediów, bez głuchego telefonu. Normalnie, po ludzku.

Czy w takiej konfliktowej sytuacji można myśleć o sportowym sukcesie? Czy pan zna takie przypadki, kiedy taka wściekłość pchała zawodników od zagrania lepiej niż w normalnych warunkach?

Ja grałem w siatkówkę przez kilkadziesiąt lat. W szatni zdarzały się różne rzeczy, które jednak nigdy nie wychodziły na zewnątrz. Czasem nawet dochodziło do rękoczynów. Ale zawsze potem szliśmy na piwo i wyjaśnialiśmy sobie pewne sprawy. Oczywiście, ja wiem, że czasy się zmieniły i że mówimy o kobietach, a nie o mężczyznach, ale uważam, że z kobietami też można się dogadać. A w tym przypadku – nawet trzeba.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez