W hali jesteśmy mistrzami, na plaży… jesteśmy na dobrej drodze

W hali jesteśmy mistrzami, na plaży… jesteśmy na dobrej drodze

To jeden z tych sportów, o których w mediach głośno jest głównie wtedy, gdy Polacy odnoszą sukcesy. A te w ostatnich latach pojawiają się regularnie. Nasze najlepsze pary stają na podium najważniejszych zawodów z cyklu World Tour i walczą o medale w trakcie imprez mistrzowskich. Na ostatnich igrzyskach olimpijskich siatkarzy plażowych traktowaliśmy już jako nadzieję medalową i śmiało możemy założyć, że w Tokio będzie identycznie. Stąd warto o plażówce napisać.

Słuchajcie, przed nami krótka lekcja historii. Nie chcemy specjalnie przynudzać, postaramy się więc przebrnąć przez nią bezboleśnie.

Gotowi?

Młoda czy stara?

No to lecimy: jeśli chodzi o początki siatkówki plażowej, podaje się zazwyczaj dwie daty. Rok 1915, gdy na Hawajach grupka przyjaciół miała wyznaczyć sobie granice boiska, ustawić siatkę i zacząć mecz, oraz 1920. Ten drugi jest pewniejszy, potwierdza go też więcej źródeł. To wtedy, w kalifornijskiej Santa Monica, w tę odmianę siatkówki, zaczęło grać sporo osób.

Wówczas była to jednak wyłącznie rozrywka, sport dobry do tego, by spotkać się ze znajomymi i czymś zająć, popijając piwko czy jakiekolwiek inne napoje. Zresztą grano różnie: po sześć, pięć czy trzy osoby – nieważne. Ważny był właśnie aspekt rekreacji, stąd dyscyplina zyskała na popularności, szybko przenosząc się też do Europy, gdzie podbiła nawet kraje, które dostępu do morza nie mają (z tego miejsca pozdrawiamy serdecznie Czechów).

Trochę czasu minęło nim w plażówkę zaczęto grać na poważnie. Pierwsze turnieje rozgrywano pod koniec lat 40., a na początku kolejnej dekady rozpoczęto budowę obiektów przeznaczonych konkretnie pod ten sport. I w tym miejscu musimy zrobić skok o kilkadziesiąt lat – bo tak naprawdę momentem, który nas interesuje, jest rok 1987, gdy zorganizowano pierwsze zawody z cyklu World Series, przemianowanego później na World Tour (istnieje do dziś). To wtedy ten sport wszedł już na całego w okres profesjonalizmu i zaczął podbijać świat.

Na tyle skutecznie, że włączono go do programu igrzysk. W 1992 grano jeszcze pokazowo, cztery lata później – w Atlancie – walka toczyła się już o medale. Minął kolejny rok i po raz pierwszy na celowniku najlepszych par znalazł się tytuł mistrzów świata (mistrzostwa Europy istnieją za to od 1993 roku). Oficjalny, uznawany przez FIVB, bo i w poprzednich latach można było zostać „najlepszymi na świecie”. Tyle tylko, że światowa federacja tamtych tytułów nie wlicza do historycznych bilansów. Sorry, takie mamy regulaminy.

Jak więc sami widzicie – plażówka swoje lata ma (odnosząc się do pewniejszej daty – setne urodziny stukną jej w przyszłym roku), ale z drugiej strony jako dyscyplina profesjonalna, a tym bardziej olimpijska, jest po prostu młoda. Stąd pytanie z początku tej części artykułu. Pytanie, na które brak odpowiedzi. Choć w przypadku Polski możemy jej udzielić: młoda.

Bo i u nas grano wcześniej, ale niemal wyłącznie w celach rekreacyjnych. Potencjał w tej dyscyplinie zauważono dopiero, gdy została wprowadzona do programu igrzysk. Zresztą zareagowano szybko – pierwsze mistrzostwa Polski to rok 1994. „Właściwe”, bo już w latach 60. rozgrywano takie turnieje, tyle że… trójkami. Ten sprzed 25 lat miał za to inne problemy: zawodników grających na plaży po prostu nie dało się u nas znaleźć, trzeba było wyciągać ich z hali. A kluby nie chciały posyłać swoich graczy na – ich zdaniem – nic nie znaczący turniej. W tej sytuacji PZPS stwierdził, że tak być nie może i wystosował nakaz, zgodnie z którym każda ekipa musiała wystawić co najmniej jedną parę do nowo powstałych mistrzostw. Problem się rozwiązał.

W gruncie rzeczy jednak plażówka na sukcesy i popularność musiała u nas nieco poczekać (szczególnie wśród kobiet), co widać było w kolejnych latach, gdy staraliśmy się nadrabiać stracony czas i dystans do innych krajów, które dostrzegły w niej potencjał. Przełomowym momentem stało się pojawienie pary, która pokazała nam, że na arenie międzynarodowej możemy rywalizować z największymi potęgami. Ale o niej za chwilę. A teraz właśnie o potęgach.

Najlepsi

Generalnie sprawa jest prosta. Jeśli dany sport ma w nazwie słowo „plaża”, możecie być niemal pewni, że zawładną nim Brazylijczycy. Tak jest z beach soccerem, gdzie na 19 turniejów mistrzostw świata 14 razy triumfowała właśnie Brazylia; tak też prezentuje się sytuacja w plażowej piłce ręcznej. Bo choć szczypiorniaka z Krajem Kawy nie kojarzymy, wystarczyło dodać piasek, by tamtejsi sportowcy mogli pokazać, na co ich stać. Siatkówka nie jest tu wyjątkiem.

Stąd też w przewodnikach po Brazylii znajdziecie wykaz plaż, gdzie można odbijać piłkę. Choć w gruncie rzeczy wystarczy zapamiętać, że da się to robić na Copacabanie. To mekka tego sportu, święte miejsce. Grają tam wszyscy, niezależnie od wieku czy płci, w tym też najlepsi brazylijscy zawodnicy. Tam również rozgrywano mecze turnieju olimpijskiego w trakcie igrzysk w Rio.

Futbol jest tu religią, ale siatkówka plażowa też przyciąga Brazylijczyków. Niektórzy powiedzieliby, że to dominujący sport, generujący większe zainteresowanie. Niezależnie od tego, czy tak jest, najlepsi zawodnicy to supergwiazdy. Bilety na siatkówkę plażową wyprzedały się dawno temu, podczas gdy na mecze piłki nożnej są wciąż dostępne. Tak naprawdę tę na siatkówkę wyprzedały się szybciej, niż na którykolwiek inny sport

– pisał Matt Gatward na stronie The Independent niedługo przed rozpoczęciem igrzysk.

I Brazylia wygrywa właśnie tą masowością. Tym, że gra każdy i talenty tworzą się niejako naturalnie, a dopiero potem się je szlifuje – zupełnie jak w piłce nożnej. Bo mimo że do tego, by mieć parę na złoto wystarczy dwóch zawodników lub dwie zawodniczki, to im ich więcej, tym lepiej. Brazylijczycy mają bowiem swój system – często wymieniają graczy, mieszają parami. Rozdzielają nawet wielkich mistrzów, nie boją się nowych kombinacji, jeśli widzą, że potrzebna jest zmiana. Zaledwie w zeszłym roku rozbito w ten sposób parę Alison/Bruno – mistrzów olimpijskich z Rio. Pierwszego połączono z Andre (mistrz świata z roku 2017 w parze z Evandro), drugiego z Pedro, jego byłym partnerem. A w zanadrzu Brazylijczycy mieli jeszcze kilka innych kombinacji. Ot, „kłopot” bogactwa.

Za plecami Brazylii czai się USA, kolebka tego sportu i druga ze światowych potęg, a przy okazji najbardziej utytułowany kraj poprzedniego sezonu w World Tourze. Wśród kobiet i mężczyzn reprezentanci Stanów zdobyli łącznie 24 medale, z czego 12 było złotych, trzy srebrne i dziewięć brązowych (Brazylia miała ich 26, ale tylko dziewięć z nich złotego koloru). Oczywiście, podkreślić musimy tu, że medal medalowi nierówny, bo w World Tourze – jak np. w tenisie – zawody dzielą się na pięć różnych kategorii, określanych gwiazdkami. Te z jedną to najmniejsze imprezy, te z pięcioma – największe. Do tego dochodzą turnieje finałowe, bez gwiazdek, organizowane dla najlepszych par.

Stany Zjednoczone to tak naprawdę jedyny kraj, który potrafi się przeciwstawić Brazylii. Reszta tkwi daleko z tyłu. Choć na mistrzostwach świata trudno to zrobić, tam to siatkarze i siatkarki z Ameryki Południowej rządzą od samego początku. Zupełnie inaczej jest jednak na igrzyskach, gdzie Brazylijczyków dopada niemoc. No, przynajmniej jak na ich możliwości, bo my za taką niemoc wiele byśmy oddali. Łącznie na plaży zdobyli trzynaście medali – 3 złote, 7 srebrnych i 3 brązowe. USA ma tylko 10, ale aż sześć z nich wykonanych jest z najcenniejszego kruszcu.

I to od jednego z nich – zdobytego w Atenach przez Misty May-Treanor i Kerri Walsh-Jennings (wtedy obie występowały jeszcze wyłącznie pod panieńskimi nazwiskami) rozpoczął się skok popularności plażówki w Stanach. A gdy obie obroniły złoto najpierw w Pekinie, a potem w Londynie, wszystko eksplodowało.

To, co one zrobiły dla siatkówki plażowej, prawdopodobnie nigdy się nie powtórzy. Dzięki nim mamy całą generację dziewczynek, które dorastały i dorastają, oglądając plażówkę na igrzyskach, jako bardzo popularny sport, grany na bardzo wysokim poziomie

mówiła Kathy DeBoer z Amerykańskiego  Stowarzyszenia Trenerów Siatkówki portalowi wbur.org.

Ten skok popularności Amerykanie zdołali przekuć na swą korzyść. Znaleźli nowe talenty, zaczęli je szkolić i tworzyć z nich nowych mistrzów oraz mistrzynie. Pomiędzy 2007 a 2013 rokiem plażówce w Stanach przybyło ponad milion chętnych do gry osób. W pewnym momencie sport ten stał się popularniejszy niż tamtejszy futbol – ten grany w kaskach i ochraniaczach.

Brazylia i Stany mają plaże, ludzi, talenty i infrastrukturę, którym dorównać może co najwyżej kilka krajów na świecie. Ale nawet te najmniejsze państwa mogą osiągać swoje sukcesy na plaży. Wystarczy, że w odpowiednim czasie i miejscu znajdą się co najmniej dwie utalentowane zawodniczki. Lub dwóch utalentowanych zawodników, jak to ostatnio stało się na Łotwie, gdzie para Mārtiņš Pļaviņš i Jānis Šmēdiņš osiągała wielkie sukcesy (choć dodać trzeba, że Łotysze dobrych zawodników mają więcej, a to po prostu najlepsi z nich). Można też pójść drogą Gruzji, która otarła się medal na igrzyskach w 2008 roku, bo wystawiła w swych barwach… naturalizowaną parę z Brazylii.

Jeśli chodzi o potęgi europejskie, to jednak ani Łotwa (choć ta – jak na swoje rozmiary – radzi sobie świetnie), ani Gruzja (pomijając nawet kwestie geograficzne). Więc kto? Po pierwsze Niemcy, a po drugie Holandia. To te dwa kraje, jako jedyne z Europy, były w stanie zdobyć złota mistrzostw świata. Zresztą Laura Ludwig i Kira Walkenhorst, reprezentujące naszych sąsiadów, to aktualne obrończynie tytułu. Z kolei zwycięstwo Alexandra Brouwera i Roberta Meeuwsena z Holandii podziwiać mogli polscy fani. Swoje złoto zdobyli oni w 2013 roku w Starych Jabłonkach, wieloletniej stolicy naszej siatkówki plażowej. Coraz częściej swe mistrzowskie aspiracje zgłasza też Rosja. W ostatnim sezonie World Touru zrobiła to dobitnie – w klasyfikacji medalowej ustąpiła tylko USA i Brazylii.

Gdzie w tym miejscu plasujemy się my? Za plecami wspomnianych, a na równi czy minimalnie przed takimi krajami jak Norwegia, Austria, Hiszpania czy wspomniana Łotwa.

Mamy trzy bardzo mocne duety, do tego kilku zawodników, którzy mają potencjał, by stać się liczącymi zawodnikami. Jesteśmy w czołówce, bo na przykład Norwegowie mają najlepszy w tym momencie duet na świecie, jednak jest to tylko jedna para. Turnieje organizowane w naszym kraju, nawet te wewnątrzkrajowe, ściągają sporo ludzi. Są pasjonaci, ludzie, którym zależy, by ta dyscyplina stała się w naszym kraju jeszcze ważniejsza

– mówi nam Piotr Bąk, redaktor naczelny portalu siatkowka24.com i autor biografii Arkadiusza Gołasia. Coraz częściej zerkamy więc w stronę tych lepszych reprezentacji i myślimy: „czy stać nas na to, by znaleźć się wśród nich?”.

Nie byli pierwsi, ale przecierali szlaki

Nie moglibyśmy zadawać sobie jednak tego pytania, gdyby nie jedna konkretna para. Jesteśmy o tym przekonani. Oddajmy więc jej, co należne i napiszmy: Grzegorz Fijałek i Mariusz Prudel wprowadzili nas na seniorskie salony w całej Europie i świecie. To w dużej mierze ich zasługa, że dziś możemy pisać o tym sporcie w kontekście medalowych nadziei na największych imprezach. Obaj zresztą nadal grają i nadal walczą o najwyższe laury. Ale już w innych parach.

To prekursorzy. Bez nich, bez ich sukcesów nie byłoby aż tylu chętnych, by podążać tą drogą. Obaj zawsze służyli radą, nie tylko młodszym kolegom, ale byli także chętni pomagać w zmianach wewnątrz całej dyscypliny. Liczono się z ich zdaniem, zawsze też dodawali coś, co pchało naszą siatkówkę plażową do przodu. Jeden i drugi mają świetne podejście do młodzieży. Nie wiem, jaką drogę obejma po zakończeniu kariery, ale moim zdaniem mają potencjał na to, by wychować nam kolejne pokolenie mistrzów.

– mówi Piotr Bąk.

Jak pisaliśmy: plażówka musiała nadrabiać u nas stracony czas. Przez wiele lat zresztą nie było zawodników, którzy występowaliby tylko na piasku. Przypomina nam o tym w rozmowie Dominik Witczak, który dekadę temu zdobywał medale mistrzostw Polski, ale bardziej znany jest z występów na hali, gdzie grał w Zaksie czy Resovii. Dopiero Fijałek i Prudel stali się naszym „towarem eksportowym”, który skupił się wyłącznie na tym, by odnosić sukcesy na plaży. Hala ich nie obchodziła, choć obaj od niej zaczynali.

Zacząłem trenować w pierwszej klasie liceum. Najpierw na hali, a w wakacje trener organizował zajęcia na piachu. Zacząłem chodzić i grać, ale prawdziwa przygoda z siatkówką zaczęła się dla mnie dopiero w wieku 17, 18 lat. Szybko zacząłem grać w turniejach, w których można było zdobyć drobne nagrody rzeczowe. Sprawiało mi to dużo frajdy, więc pomyślałem, że może spróbuję grać właśnie w to

mówił Mariusz Prudel portalowi sportowoizdrowo.pl. Z kolei Grzegorz Fijałek w tym samym wywiadzie dodawał:

W 2008 roku zagrałem swój pierwszy turniej z cyklu World Tour. Było to w Pradze, jeszcze z zerowym dorobkiem punktów, bo nie graliśmy wcześniej nigdzie, jedynie Mariusz startował w eliminacjach w Starych Jabłonkach. Z ostatnim numerem startowym awansowaliśmy do turnieju głównego, gdzie pokonaliśmy ówczesną parę numer jeden na świecie. To był impuls, kopniak do tego, że można to robić i wygrywać z każdym.

Parą obaj stali się zresztą w tym samym roku, wcześniej grali z innymi partnerami. Szybko okazało się, że to połączenie idealne, bo razem wywalczyli złoto mistrzostw Europy do lat 23. Zresztą w sezonie 2008 na młodzieżowych imprezach w różnych kategoriach wiekowych Polacy zdobyli aż osiem medali. Na krążek w seniorskim World Tourze czekaliśmy kolejne dwa – wtedy to w Marsylii brąz zdobyli… oczywiście, Fijałek i Prudel. Oni też pierwsi dostali się na igrzyska olimpijskie (w Londynie) i reprezentowali tam nasz kraj. Piotr Kantor, nasz inny znakomity siatkarz plażowy, mówił cztery lata później „Dziennikowi Łódzkiemu”, że:

To był na pewno moment przełomowy. Mariusz i Grzesiek zagrali wtedy doskonały turniej, nawet ten mecz, który przegrali, zagrali bardzo dobrze. W końcówce sędzia im przeszkodził, bo zabrał im ważny punkt. Byli pionierami siatkówki plażowej i dzięki nim ten sport się wybił.

Historyczny, brązowy, krążek mistrzostw Europy z roku 2013 to też ich zasługa. Do dziś jest to jedyny medal z imprezy mistrzowskiej zdobyty przez nasze męskie pary. Jeśli tylko w historii naszej seniorskiej plażówki przetarto jakiś szlak – zapewne zrobili to oni.

Skąd więc to „nie byli pierwsi”? Stąd, że wśród juniorów pierwsze medale zdobywały inne pary. Ale to nieistotne. Najważniejsze było to, co działo się w seniorach. A tam to Fijałek i Prudel pokazywali wszystkim, że Polacy mogą rywalizować nawet z Brazylijczykami i Amerykanami. Jak w 2014 roku w Hadze, gdy po raz kolejny dopisali nowy rozdział do historii naszej plażówki i wygrali turniej z cyklu World Tour.

Na czasie [w trzecim secie] powiedzieliśmy sobie, że musimy się skoncentrować. Jak powiedzieliśmy tak zrobiliśmy. To nam pomogło! W pierwszym secie dość dobrze zagrywaliśmy, co nam bardzo pomogło. Z kolei w drugiej partii sytuacja się odwróciła i to nasi przeciwnicy, zdobyli kilka punktów dzięki serwisowi. Tie-breaka graliśmy punkt za punkt, na szczęście w końcówce okazaliśmy się lepsi. Idziemy się napić szampana przed naszym lotem do Los Angeles

– mówił po tamtym meczu Grzegorz Fijałek, cytowany przez portal olimpijski.pl.

Grać ze sobą przestali w 2016 roku, decyzją własną i trenerów. Tu warto wyjaśnić jedną rzecz – system dobierania się w pary na plaży funkcjonuje inaczej niż na przykład w tenisie. Jedna rzecz to to, że grać ze sobą można tylko w ramach reprezentacji jednego państwa. Druga – dużą rolę odgrywają trenerzy kadr. Mówi nam o tym Dominik Witczak.

Poziom sportowy to nie jedyne kryterium, które o tym decyduje. Na pewno zespół musi być dobrany dobrze pod względem charakteru. Doświadczenie też jest ważne. Młodzi zawodnicy czy zawodniczki mogą się ogrywać razem, ale rzadko się zdarza, by para przeszła razem przez wszystkie turnieje i dalej grała razem w seniorach. Często młodszego zawodnika „podpina” się do bardziej doświadczonego. Trenerzy muszą patrzeć na to też pod tym kątem, żeby zgranie było optymalne, a zawodnicy czy zawodniczki się dogadywali, bo będą spędzać ze sobą wiele godzin na wyjazdach, treningach i turniejach.

W przypadku Fijałka z Prudlem formuła po prostu się wyczerpała, tak mówili eksperci. Zresztą wynik igrzysk w Rio (odpadli tam jeszcze w grupie, a jechali z ambicjami medalowymi) to potwierdzał. Potrzebna była zmiana, a równocześnie pojawili się w Polsce zawodnicy, do których doświadczonych Grzegorza i Mariusza można było „podpiąć”. Tak więc zrobiono, rozbijając tę parę. Zasług dla polskiej siatkówki nikt jej jednak już nie odbierze.

Nasza plaża

Gdybyśmy pytali o stan faktycznych plaż, tych z piasku, leżących nad Bałtykiem, wniosek byłby pewnie taki, że widok bywa dość przygnębiający. Śmieci, parawany, sprzedawcy kukurydzy, a do tego, towarzyszący temu widokowi hałas. Chyba że – jak Rotary w swojej piosence – pojedziecie na jedną z tych dzikich, gdzie ludzie rzadziej zaglądają. Tam może być lepiej. Na szczęście nie musimy uciekać się do takich metod, gdy chodzi o naszą siatkówkę plażową. Bo w tej – mimo że para Fijałek/Prudel już od kilku lat nie gra razem – jest naprawdę dobrze.

Bo weźmy zbliżające się mistrzostwa świata, które rozpoczną się końcem czerwca w Hamburgu. Tam w walce o medal możemy liczyć na dwie pary – jedną tworzą grający ze sobą niemal od zawsze Piotr Kantor i Bartosz Łosiak, a drugą Grzegorz Fijałek i Michał Bryl.

Czy mamy szanse medalowe? Jasne, że tak. Obie pary, o których tu mowa, mogą zdobyć medal i na mistrzostwach, i w trakcie igrzysk w Tokio za rok. U panów konkurencja jest znacznie większa niż u kobiet, ale obie nasze pary skończyły poprzedni sezon w światowej czołówce. Marzy mi się wręcz mecz o złoto pomiędzy nimi. Mentalnie i jedni, i drudzy są gotowi na wielkie granie

– mówi Piotr Bąk.

Fajnie, że Grzesiek z Michałem „dotarli” się w poprzednim sezonie, bo widać, że to procentuje w tym roku wysokimi lokatami. Jeżeli obu parom odpuszczą kontuzje i chłopaki spokojnie przygotują się do całego cyklu imprez, to na pewno mogą zawalczyć o medale, choć łatwo nie będzie. Mają jednak doświadczonych trenerów, wiedzą też, jak się przygotować na taką imprezę. Mamy więc dwie pary gotowe na to, by stanąć na tym podium

– dodaje z kolei Dominik Witczak.

Sęk w tym, że kontuzje nie odpuściły. W trakcie najbliższego turnieju, rozgrywanego zresztą w Warszawie, w parze z Piotrem Kantorem wystąpi przez to Mariusz Prudel, a Bartosz Łosiak będzie w tym czasie leczył pękniętą kość stopy. Nie jest to zestawienie optymalne, ale decyzja z pewnością rozsądna, choć bolesna – Kantor i Łosiak to obrońcy tytułu, a turniej w Warszawie jest jednym z większych na świecie (ma cztery gwiazdki). Trzeba jednak pamiętać o mistrzostwach świata, a to tam Kantor i Łosiak mają powalczyć o najwyższe cele. Dwa lata temu skończyli w ćwierćfinale, teraz celem powinna być strefa medalowa. Zresztą podobnie jak dla Fijałka i Bryla, którzy aktualnie zajmują drugie miejsce w światowym rankingu.

O historyczny – bo takiego jeszcze polska siatkówka plażowa nie ma – medal mistrzostw świata raczej nie powalczą za to pary kobiece. Jeszcze kilka lat temu, gdy swoje największe sukcesy (w tym brąz mistrzostw Europy) święciła para Monika Brzostek/Kinga Kołosińska pewnie pisalibyśmy inaczej. Ale aktualnie brak nam takiej dwójki, która mogłaby regularnie walczyć z najlepszymi zawodniczkami na świecie. Zresztą wystarczy spojrzeć na medale: w ostatnich dwóch latach kobiety stawały tylko dwukrotnie na podium zawodów z cyklu World Tour: jedno- i trzygwiazdkowych. Mężczyźni trzynastokrotnie. W tym tych z pięcioma gwiazdkami i w finałach WT.

Myślę, że to trochę konsekwencja tego, że Monika Brzostek z Kingą Kołosińską grały przez wiele lat, razem jeździły na wszystkie turnieje. To była mocna, doświadczona i zgrana para, która wiedziała, jak przygotowywać się do różnych imprez. To procentowało. Teraz takiej pary nam brak. U mężczyzn jest lepiej pod tym względem, że przez te kilka lat, gdy czołową parą byli Fijałek z Prudlem, mieliśmy też kilka par, które ogrywały się wcześniej. Bo w imprezach młodzieżowych regularnie brała udział para Kacper Kujawiak/Michał Bryl, razem grali też Kantor i Łosiak. Trenerzy mieli dzięki temu większe pole manewru, bo więcej było zawodników w młodzieżówce. Dalej gra też choćby Maciej Rudol, który wcześniej z Maćkiem Kosiakiem prezentował się bardzo dobrze. U kobiet były z tym problemy, mieliśmy znacznie mniej tych zawodniczek, które ogrywałyby się na najwyższym poziomie. To była jedna, ewentualnie dwie pary. I tyle

– mówi Dominik Witczak.

Są Kinga Wojtaszek [z d. Kołosińska – przyp. red.] i Kasia Kociołek. Ta para ma spore szanse na występ na igrzyskach. Oczywiście konkurencja jest bardzo silna i jest wiele mocnych par, ale obie te dziewczyny – poza umiejętnościami – cechuje niesamowita wola walki. Jest też para Ola Wachowicz/Monika Brzostek, to nowe połączenie. Na razie wyniki nie są najlepsze, ale Monika wraca na arenę międzynarodową po kilkuletniej przerwie. A ma przecież niesamowite doświadczenie, zdobyte chociażby podczas igrzysk czy mistrzostw Europy, gdzie stała na podium. Powoli na kolejne szczeble w światowej hierarchii wspinają się też Ola Gromadowska i Jagoda Gruszczyńska

– dodaje za to Piotr Bąk.

Mamy więc nadzieję, że sytuacja wkrótce się odmieni. Bo nie ukrywamy: żal nam, że nieco się to wszystko rozpadło, bo pamiętamy, jak emocjonowaliśmy się meczami Kingi i Moniki na igrzyskach w Rio (odpadły tam w 1/8 finału) czy mistrzostwach Europy, gdy zdobywały brązowy medal. Czekamy na kolejne takie sukcesy, które – kto wie – może czekają nas już za niedługo? Bo pozostało nam zapytać: co przyniosą kolejne lata?

Przyszłość

Najkrócej rzecz ujmując: trudno powiedzieć. Nieco to rozwijając, posłużymy się słowami Piotra Bąka:

O ile warunki mamy naprawdę świetne, bo weźmy choćby obiekt w Spale [hala do gry w siatkówkę plażową, wybudowana w 2017 roku, pozwalająca trenować przez cały rok bez konieczności wyjazdu za granicę – przyp. red.], czy coraz większą liczbę miejsc, gdzie sport ten można uprawiać, o tyle przepaść pomiędzy rozgrywkami juniorskimi, a seniorskimi jest ogromna. Niby wciąż mamy sukcesy wśród juniorów, ale nie tak częste, jak wcześniej. Niestety na horyzoncie nie widać duetów, które za kilka lat mogłyby liczyć się w walce o medale największych turniejów. Trudno powiedzieć z czego to wynika. Mamy bazę, mamy trenerów, mamy od kogo się uczyć, a jednak następców dzisiejszych gwiazd nie widać. Mam jednak nadzieję, że za kilka lat będę mógł te słowa odszczekać.

Bo i faktycznie, o ile mniej więcej do 2014 roku co sezon mogliśmy się spodziewać kilku medali z największych imprez młodzieżowych, o tyle obecnie nawet jeden jest sukcesem. W poprzednim sezonie jedynym takim było srebro mistrzostw Europy do lat 20, które przywiozła nam z Turcji para Patrycja Jundziłł/Julia Gierczyńska. Oczywiście, możliwe, że właśnie teraz, choćby w spalskim (który jeszcze kilka lat temu był łódzkim) SMS-ie, gdzie znakomicie szkoli się młodzież do gry na piasku, rozwijają się talenty, o których jeszcze nie wiemy. Ale może okazać się, że za kilka lat zamiast dobijać do lepszych reprezentacji, zrobimy krok w tył. Choć Dominik Witczak pozostaje optymistą.

Myślę, że możemy podnieść się na poziom tych lepszych państw. Na pewno mamy możliwości. Widać ten rozwój. To że mamy coraz więcej par na świecie pokazuje, że działania PZPS-u idą w dobrym kierunku. Młodzieży, która trenuje przede wszystkim w Spale w SMS-ie, też jest coraz więcej. Wiec możemy optymistycznie patrzeć w przyszłość, bo coraz więcej osób uprawia plażówkę profesjonalnie. Jeszcze dekadę temu nie mieliśmy żadnej pary, która zajmowałaby się tylko tym. Na poziomie młodzieżowym też prezentujemy się zresztą dobrze, jeśli chodzi o zdobywanie medali, a to od młodzieży przecież trzeba zaczynać, a potem będzie to miało przełożenie na nowych zawodników w seniorskiej siatkówce. Choć faktycznie, ostatnio brak takiej pary, która regularnie prezentowałaby się bardzo dobrze na turniejach młodzieżowych. To może się jednak zmienić.

I mamy nadzieję, że się zmieni. Bo szkoda byłoby zmarnować rosnącą popularność tej dyscypliny i fakt, że staliśmy się w niej uznaną na świecie marką. Tę tworzą bowiem nie tylko nasi zawodnicy, ale i to, że organizujemy największe turnieje, na których spodziewać można się kompletu publiczności. Plażówka nie dorównuje oczywiście swej starszej siostrze z hali, ale w Polsce wielu ją uwielbia, a równie wielu… jeszcze nie wie, że za niedługo też będzie to robić. O ile jej rozwój się nie zatrzyma.

 

W przeddzień startu turnieju World Tour Warsaw 2019**** studio Weszło.fm odwiedziły Kinga Wojtasik i Katarzyna Kociołek – poniżej podcast.
Sponsorem turnieju jest ORLEN.

 

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez