Vuelta dojechała do Madrytu. Roglic obronił tytuł

Vuelta dojechała do Madrytu. Roglic obronił tytuł

Ostatni z tegorocznych wielkich tourów dobiegł końca. Po raz pierwszy w historii Vuelta a Espana kończyła się w listopadzie. Po raz pierwszy w historii zaczynała się jeszcze w czasie trwania Giro d’Italia. Ale po raz drugi w historii wygrał ją Primoz Roglic. Słoweniec najlepszy był w zeszłym roku, a w tym obronił wywalczony wówczas tytuł. Nie przeszkodził mu w tym walczący do samego końca Richard Carapaz. 

Najlepszy?

Tak naprawdę powoli można zacząć się zastanawiać, czy w chwili obecnej Roglic nie jest aby najlepszym kolarzem, jaki jeździ w World Tourze. Jasne, są różne role. Możemy wskazać kilku wspaniałych sprinterów, genialnych klasykowców – na czele z Julianem Alaphilippem, dla którego też, do upadku na trasie Ronde van Vlaanderen, był to znakomity sezon – czy właśnie specjalistów od dłuższych wyścigów.

Wśród tych ostatnich Roglic na pewno plasuje się wysoko. W swojej karierze – która nie trwa przecież specjalnie długo, o czym możecie przeczytać w tym miejscu – stał już na podium każdego z wielkich tourów. W zeszłym roku był trzeci w Giro d’Italia, a potem wygrał Vueltę. W tym sezonie na przedostatnim etapie – trudnej czasówce z finiszem pod górę – przegrał Tour de France z Tadejem Pogacarem, swoim rodakiem. Ale był drugi, a to, mimo sporego rozczarowania, nadal znakomita lokata.

Do tego wszystkiego dołożył dzisiejszy triumf we Vuelcie, swój drugi wielkotourowy tytuł. – Na pewno byłem najlepszy na tej Vuelcie. Czy jestem najlepszy na świecie? Trudno powiedzieć. Są wyścigi, których nie wygrałem, przede mną kolejne wyzwania. Dziś po prostu cieszę się wygraną – mówił skromnie tuż po finiszu. Ale też zapowiedział jedno: że chce dominować. I naprawdę ma możliwości, by to zrobić.

Bo przecież to gość, który właściwie radzi sobie w każdym terenie. Na pagórkowatych etapach potrafi zyskać przewagę, w górach nie odstaje od najlepszych kolarzy z przypiętą etykietką górali, na czas jeździ świetnie – zresztą to dzięki temu wygrał tegoroczną Vueltę – daje sobie nawet radę w sprinterskich finiszach z rywalami pokroju Alaphilippe’a. Udowodnił to dobitnie, gdy ograł Francuza na ostatnich metrach wyścigu Liege-Bastogne Liege.

Właśnie, bo o tym nie wspomnieliśmy – Primoz radzi też sobie i w innych imprezach. Na koncie ma już wspomniane jednodniowe Liege, do tego dołożyć może też między innymi tygodniówki: Tirreno-Adriatico, UAE Tour czy Tour of Romandie. No i dodajmy, że w każdym z wielkich tourów wygrywał etapy. Tak, w liczbie mnogiej.

Czego chcieć więcej?

Mistrzowski duet

Już pierwszy etap tegorocznej Vuelty pokazał nam, że nie będzie można się w tym wyścigu lenić. Część faworytów do końcowego zwycięstwa poniosła wówczas spore straty, ale z drugiej strony inni znakomicie się pokazali. Na czele z Rogliciem. Słoweniec to niekwestionowany król tego wyścigu. Nie tylko zgarnął czerwoną koszulkę lidera i wjechał z nią do Madrytu, ale też wygrał aż cztery etapy. Ten typ już tak ma – jeśli wygrywa wyścig, to zawsze w wielkim stylu.

Jeszcze przed startem Vuelty wymienialiśmy grono kilku faworytów, ale tych największych było jednak dwóch: Primoz Roglic i Richard Carapaz. Znów rywalizować między sobą miały też dwie najmocniejsze ekipy w stawce – INEOS oraz Jumbo-Visma. Znów dwóch wspaniałych kolarzy, którzy już w przeszłości wygrywali trzytygodniowe wyścigi (Carapaz najlepszy był w Giro d’Italia 2019). W dodatku zawodnicy brytyjskiej ekipy w międzyczasie zostali uskrzydleni zwycięstwem Tao Geoghegana Harta w Giro. Zanosiło się więc na wielkie kolarstwo.

I faktycznie, dostaliśmy wspaniałą rywalizację, w którą jednak – niestety, bo tylko dodałoby jej to kolorytu – nie wmieszał się nikt inny. Tylko dwóch kolarzy nosiło w tym roku czerwoną koszulkę, a to prawdziwa rzadkość. Zaczął Roglic, przejechał tak pięć etapów, ale na kolejne cztery oddał ją Carapazowi. Sam odzyskał na dwa, a potem znów założył ją Ekwadorczyk. Ale tylko na chwilę. Bo już kolejnego dnia rywalizacji trafiła się wspomniana czasówka, a tam Słoweniec po prostu musiał odzyskać prowadzenie w wyścigu. A gdy to zrobił, to nie oddał do końca.

Paradoksalnie w ostatnim tygodniu Vuelty nie było już na tyle trudnych etapów, by Carapaz mógł powalczyć o zwycięstwo. Paradoksalnie, bo zwykle to właśnie na sam koniec rzuca się najcięższą artylerię. Ale w Hiszpanii poszli nieco inną drogą i Ekwadorczyk mógł jedynie liczyć na cud. Ten nie nadszedł, a nie pomogły nawet nadrobione wczoraj sekundy, gdy ambitnie walczył na ostatnich kilometrach i faktycznie zdołał zostawić Słoweńca za plecami. Ale nie aż tak daleko, by wygrać Vueltę. Roglic tym razem nie powtórzył sytuacji z Tour de France i nie oddał zwycięstwa w wyścigu. Słoweniec uczy się na błędach.

Przejechaliśmy dziś ostatni etap, cieszyłem się nim. Wspaniale jest tak zakończyć sezon. Zawsze mówię, że każde zwycięstwo jest wspaniałe. Która Vuelta była lepsza? Trudno porównywać zeszły rok do tego. Jestem szczęśliwy, że mogłem wygrać ten wyścig – mówił na mecie. Nie znamy jeszcze, oczywiście, jego planów startowych na kolejny rok. Ale gdybyśmy byli Słoweńcem, pewnie kusiłby nas hat-trick zwycięstw w Hiszpanii.

Z drugiej strony Primoz może mieć wyższe cele – przecież na Tour de France przeżył spore rozczarowanie. Nie zdziwimy się, jeśli w 2021 roku będzie chciał się odkuć.

Udało się

Do samego końca nie było pewne, czy kolarski sezon da się doprowadzić do szczęśliwego finiszu. W każdym z państw, które gościło największe wyścigi, regularnie na czołówki gazet przebijały się problemy związane z koronawirusem. O ile Tour de France przejechało dość gładko, o tyle na Giro d’Italia zdarzył się już wycofania całych ekip (w tym Jumbo-Visma) i niepokojące sygnały z wnętrza peletonu, dotyczące nieudolnej ochrony zawodników i poziomu organizacji wyścigu. Na Vuelcie nie powtórzono jednak tych błędów.

Cały wyścig przez Hiszpanię – mimo szalejącej po Europie drugiej fali COVID-19 – przebiegł bez większych zakłóceń. Owszem, wycofywali się kolejni kolarze, zresztą z różnych powodów (Michał Gołaś wrócił na przykład do domu ze względu na sprawy rodzinne). Wśród nich wycofywali się też faworyci, ale tego można się było spodziewać. To w końcu dziwny sezon, w którym tak naprawdę niczego nie można zakładać w ciemno. A już na pewno tego, że wszyscy najlepsi dojadą do samego końca trzytygodniowego wyścigu. Przekonywaliśmy się o tym już wielokrotnie – również wtedy, gdy z Tour de France wyjeżdżał Egan Bernal czy wtedy, kiedy Geraint Thomas musiał wycofać się z Giro d’Italia.

Na Vuelcie i tak było spokojnie. A to pokazuje, że kolarstwo może z optymizmem patrzyć w przyszłość. Podobnie zresztą jak udowadniają to wspaniałe rywalizacje z tego sezonu i nowe twarze, które wdarły się na szczyty: Tao Geoghegan Hart, Tadej Pogacar czy wspaniale jeżdżący – do momentu kontuzji – Remco Evenepoel.

Kolarstwo ma więc się dobrze. Na Vuelcie udowodniło to po raz kolejny.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez