US Open szans i marzeń. Komu uda się je zrealizować?

US Open szans i marzeń. Komu uda się je zrealizować?

Wiemy już, że na US Open zabraknie wielu najlepszych tenisistek, a w męskiej stawce nie wystąpią m.in. Roger Federer (kontuzja) i Rafael Nadal (zdecydował się nie przyjeżdżać do USA). W dodatku turniej rozgrywany będzie bez kibiców i na stosunkowo szybkiej jak na Nowy Jork nawierzchni. To wszystko nie oznacza jednak, że od poniedziałku nie czekają nas emocje. Wręcz przeciwnie. W Stanach skrzyżują się bowiem cele i marzenia wielu osób. I dla wielu może już nie być lepszej szansy na to, by je zrealizować.

Pustki

Nie było jeszcze prawdopodobnie aż tak opustoszałego turnieju wielkoszlemowego. Raz że – do czego jeszcze wrócimy – na trybunach nie usiądą kibice, a dwa, że wiele czołowych postaci świata tenisa do Nowego Jorku nie przyjedzie. Paradoksalnie, bardziej zwracano uwagę na męską część drabinki, mimo że tam większość tenisistów z czołówki na US Open się jednak pojawi. Zabraknie za to aż dwóch z trzech najlepszych w historii zawodników.

Na kortach w Stanach Zjednoczonych nie zjawią się ani Roger Federer, ani Rafael Nadal. Jeden wciąż dochodzi do siebie po urazie i zabiegach, jakie przeszedł, a drugi po prostu zrezygnował z wylotu do Stanów, za cel obierając sobie rozgrywane później French Open, na którym od dawna króluje. W konsekwencji tegoroczne US Open będzie pierwszym od 1999 (!) roku turniejem wielkoszlemowym, na którym zabraknie równocześnie i Federera, i Nadala. Kawał czasu.

U kobiet za to drabinka przeżyła prawdziwe spustoszenie. Z rywalizacji wycofały się między innymi Ash Barty (numer 1 światowego rankingu), Simona Halep (2), Elina Switolina (5), Bianca Andreescu (6, obrończyni tytułu), Kiki Bertens (7) i Belinda Bencic (8). – Zawsze mówiłam, że kwestie zdrowotne będą dla mnie najważniejsze przy podejmowaniu decyzji. Dlatego postanowiłam pozostać w Europie i trenować – komentowała swoją decyzję Halep. – Wciąż istnieje ryzyko związane z COVID-19, a ja nie czuję się komfortowo stawiając swój zespół i siebie samą w takiej sytuacji – mówiła z kolei Barty, która ze startu w USA zrezygnowała już pod koniec lipca.

Powodzenia zawodniczkom życzyła Stacey Allaster, dyrektorka turnieju, która mówiła, że szanuje każdą z takich decyzji. Choć oczywiste jest, że żadna z nich jej zapewne nie ucieszyła. Bo, jakby nie było, spada przez to prestiż turnieju. Z czołowej dziesiątki rankingu zostały przecież tylko cztery zawodniczki. Na szczęście dla US Open są to tenisistki, które potrafią przyciągnąć tłumy: Serena Williams, Sofia Kenin (triumfatorka tegorocznego Australian Open), Naomi Osaka (mistrzyni US Open sprzed dwóch lat) i Karolina Pliskova. Trudno jednak nie dostrzec pewnej zależności – dwie pierwsze to Amerykanki, trzecia z USA związana jest od dziecka. A Pliskova od dawna mówiła, że w Nowym Jorku wystąpi. Niespodzianek więc nie było. Te mogą się pojawić, gdy mowa o formie zawodniczek. Trudno bowiem stwierdzić, w jakiej są dyspozycji.

– Jesteśmy po ponad pięciu miesiącach przerwy. Trwa właśnie co prawda pierwszy większy turniej, więc widać już mniej więcej, w jakiej kto jest formie. Na pewno może to być przełomowy wielki szlem, tym bardziej, że przecież jest sporo nieobecnych, zwłaszcza wśród kobiet. Ale to wciąż jest turniej wielkoszlemowy i jeżeli jest rozgrywany, to trzeba go traktować “pełnoprawnie”. A jeśli ktoś nie zdecydował się w nim zagrać, to już jest jego problem. Zobaczymy, jak to wyjdzie – mówi Dawid Olejniczak, były tenisista, dziś komentator telewizyjny.

Paradoksalnie jednak, tak niepewna sytuacja, może sprawić, że niektórzy będą mieć większe szanse na zrealizowanie swoich celów. Zacznijmy od tych najbardziej znanych postaci.

W pogoni za rekordami

20-19-17. Tak prezentuje się dorobek wielkoszlemowy Wielkiej Trójki męskiego tenisa. Prowadzi Roger Federer, tuż za jego plecami znajduje się Rafa Nadal, a trzecie miejsce okupuje Novak Djoković. Nie jest tajemnicą, że Serb za sprawą US Open chce się zbliżyć do wyprzedzających go Szwajcara i Hiszpana. To jego cel i marzenie na ten turniej. Dlatego 13 sierpnia napisał na Instagramie: – Z przyjemnością potwierdzam, że w tym roku wezmę udział w Western & Southern Open i US Open. Nie była to łatwa decyzja, biorąc pod uwagę wszystkie przeszkody i wyzwania z wielu stron, ale perspektywa ponownej rywalizacji bardzo mnie ekscytuje. Do zobaczenia wkrótce w Nowym Jorku.

Djoković nie ma jednak lekko. Od czasu Adria Tour, gdy cykl organizowanych przez niego turniejów charytatywnych zakończył się wraz z wykryciem zakażenia koronawirusem u kilku tenisistów… w tym samego Novaka. Ten jednak zbyt wiele sobie z tego nie zrobił, a gdy już wyzdrowiał, znów paradował bez maseczki i nie przestrzegał zasad izolacji. Zresztą wielu tenisistów z dalszych miejsc rankingu, m.in. Nick Kyrgios, zarzucało mu, że jako przewodniczący Rady Zawodników ATP zachował się kompletnie nieodpowiedzialnie. Co tylko pogorszyły własne słowa Novaka o tym, dlaczego zdecydował się przylecieć do Nowego Jorku.

– Nie mogę powiedzieć, że pogoń za rekordem Rogera jest głównym powodem, dla którego zdecydowałem się lecieć do Nowego Jorku, ale przyznaję, że jest jednym z wielu. Muszę coraz częściej myśleć o sobie, swoim zdrowiu, kondycji fizycznej i oczywiście, czy mój team nie ma nic przeciwko, żeby przyjechać razem ze mną. Uznałem, że to jest ważne dla naszej dyscypliny sportu, żebym jednak zagrał w tym turnieju – mówił.

Takie wyznanie tylko spotęgowało falę krytyki. Nie zmienia to jednak faktu, że Novak w dobrej dyspozycji faktycznie dostanie w Nowym Jorku sporą szansę na wykonanie ogromnego kroku w kierunku rekordu Federera. A na razie – patrząc na jego występy w trwającym Western & Southern Open – wydaje się, że tej dobrej dyspozycji jest. Stosunkowo łatwo radzi sobie bowiem z kolejnymi rywalami, choć trzeba napisać, że nie miał jeszcze żadnego naprawdę poważnego testu. A ten nadejść może dopiero na US Open.

W podobnej sytuacji do Novaka jest też Serena Williams. I ona ugania się za rekordem. W tym przypadku chodzi o osiągnięcie Margaret Court, zdobywającej trofea i przed, i w trakcie tenisowej ery open. Wielka australijska tenisistka wygrała w swoim życiu 24 turnieje wielkoszlemowe. Amerykanka ma o zaledwie jeden mniej. Patrick Mouratoglou, jej trener, często kpi z rekordów Court. Fakt jest jednak taki, że Serena od triumfu w Australian Open 2017 i późniejszej przerwy spowodowanej ciążą oraz narodzinami dziecka, aż czterokrotnie była w finale turnieju wielkoszlemowego i miała szansę ten rekord wyrównać. Nie udało się ani razu.

Dwukrotnie zdarzyło się to na US Open. W 2018 roku lepsza okazała się Naomi Osaka. Rok później Bianca Andreescu. W obu przypadkach były to sensacyjne rozstrzygnięcia. W obu Williams mogła tylko uznać wyższość rywalek. Okazało się, że stało się to, co prognozowano od dawna – młodsze dziewczyny wreszcie przestały bać się wielkiej mistrzyni, czasy respektu i porażek ponoszonych  w głowie jeszcze przed wyjściem na kort już się skończyły. Zresztą widać to było nawet na Western & Southern Open – Williams po dwóch zaciętych setach z Marią Sakkari, kompletnie opadła z sił w trzecim. I przegrała mecz.

– Pytanie czy Williams grała na maksa, czy też po prostu nie zdecydowała się zagrać dwóch-trzech meczów, żeby wejść w rytm i skupić się na US Open. Ten turniej kobiet zapowiada się z jednej strony pasjonująco, z drugiej może być trochę niespodzianek. Jak spojrzymy na listę zawodniczek, które dostały się do głównej drabinki, to niektóre są tenisistkami kompletnie anonimowy dla szerszego grona kibiców. Z jednej strony Williams wciąż jest znakomita, ale z drugiej żeby wygrać szlema, trzeba wygrać siedem meczów. Pytanie czy ona jest na to gotowa, biorąc pod uwagę jej wiek i problemy zdrowotne – mówi Olejniczak.

Sama Serena też to podkreśla – nieważne, że nie ma wielu zawodniczek z czołówki. To wciąż turniej, w którym trzeba siedmiokrotnie wyjść na kort i w każdym z tych przypadków odnieść zwycięstwo, żeby unieść w górę trofeum. – Dochodzą też obawy przed zakażeniem i konsekwencjami zachorowania na COVID-19. To sprawia, że obciążenie psychiczne może być większe niż kiedykolwiek wcześniej. Wygrana w takich warunkach wymagać będzie zdecydowanie więcej wysiłku niż może się wydawać – mówiła Amerykanka.

Dziennikarze podkreślają za to, że Williams może nie mieć lepszej szansy na wyrównanie rekordu Court, biorąc pod uwagę nieobecność wielu z jej najlepszych rywalek. Choć nie zgadza się z nimi Patrick Mouratoglou, który powtarza, że koronawirus nic tu nie zmienił, a szansa jest dokładnie taka sama i wszystko zależy od poziomu jego podopiecznej. Bo jeśli Williams będzie grać tak, jak potrafi najlepiej, to faktycznie zawsze zdolna jest zdominować każdą rywalkę.

Inna sprawa, że w kobiecym tenisie jest tak, że z drugiej strony każda rywalka jest w stanie sprawić kłopoty i jej. Tak to już działa. Znacznie trudniej jest za to wskazać potencjalnych pogromców Novaka Djokovicia. A jednak nieobecność dwóch z trzech tenisistów z Wielkiej Trójki każe zadać pytanie, czy to wreszcie…

Czas na młodość?

Jeśli mielibyśmy wskazać cel najlepszych tenisistów z pokolenia Next Gen, to byłby on jasny: wreszcie przerwać dominację tych staruszków. A ta jest przecież ogromna. Odkąd rozpoczęła się era Wielkiej Trójki – a więc na Australian Open 2008, gdy po raz pierwszy w karierze Djoković triumfował w wielkim szlemie – największe turnieje wygrywało tylko… czterech innych tenisistów. Andy Murray i Stan Wawrinka zgarnęli po trzy triumfy, a Juan Martin del Potro i Marin Cilic wygrywali po razie. Osiem tytułów na 49 rozegranych w tym czasie turniejów. Tyle udało się wyrwać z rąk najlepszych tenisistów w historii.

Co gorsza, nie ma aktualnie zawodnika urodzonego w latach 90., który miałby na koncie triumf wielkoszlemowy. Innymi słowy – każdy z dotychczasowych triumfatorów jest już po trzydziestce. I to mimo tego, że regularnie w ATP pojawiali się zawodnicy, o których mówiono, że mogą tego dokonać i wreszcie przerwać taki stan rzeczy. Tyle że jakoś im to nie wychodziło, i albo odpadali wcześniej, albo dochodzili do finałów, ale tam nie byli w stanie nic zdziałać. Dominic Thiem w meczu o tytuł wielkoszlemowy wystąpił już na przykład trzykrotnie i trzykrotnie uznawał wyższość rywali.

Kto więc może wyrwać tytuł Djokoviciowi?

– Bardzo podoba mi się Stefanos Tsitsipas – mówi Dawid Olejniczak. – Myślę, że będzie miał szansę, o ile tylko wytrzyma mentalnie. Pytanie też, czy będzie w tej samej połówce drabinki z Djokoviciem. Thiem za to fatalnie zagrał na tym trwającym turnieju, gdzie ugrał trzy gemy z Krajinoviciem, wygrywając ledwie dwa punkty na returnie. Jakiś koszmar. Sascha Zverev jak to on – na razie zawodzi. Choć on zawsze może się obudzić. Realnie jednak patrząc, głównym kontrkandydatem Djokovicia jest dla mnie właśnie Tsitsipas, ale zobaczymy, w której połówce drabinki będzie, bo może się okazać, że taki finał będzie niemożliwy.

Stefanos dwa razy w swojej karierze pokonywał Serba. Przegrywał trzykrotnie. Jak na mecze z Djokoviciem to naprawdę dobry bilans. Wygląda też na to, że Grek naprawdę dobrze przepracował okres przygotowawczy, bo w trakcie Western & Southern Open prezentuje się ze świetnej strony. Najpierw bez trudu ograł Kevina Andersona, potem pokonał Johna Isnera, a kolejną rundę przeszedł po kreczu Reilly’ego Opelki. Spotkał więc na swojej drodze trzech niesamowicie mocno serwujących tenisistów, a mimo tego radził sobie w tych starciach znakomicie.

Thiem? Cóż, tu można mieć wątpliwości, bo faktycznie jego mecz z Filipem Krajinoviciem był wręcz fatalny. Inna sprawa, że Dominicowi korty na US Open raczej nigdy specjalnie nie leżały i to mimo tego, że były stosunkowo wolne. A w tym roku – jak donoszą sami tenisiści – wydają się szybsze (choć podobno na dwóch głównych kortach, na których rozgrywane będą między innymi najważniejsze mecze, jest inaczej). Thiem raczej woli wolniejszą nawierzchnię, zresztą najlepiej radzi sobie na mączce. Ale nie można go wykluczyć.

Sascha Zverev świetnie zaprezentował się na starcie sezonu w Australian Open, ale nie dotarł do finału. Inna sprawa, że w jego wykonaniu była to jednorazowa przygoda. Do tej pory w wielkich szlemach miał raczej tendencję do rozgrywania długich, pięciosetowych spotkań w pierwszych rundach, przez które potem brakowało mu energii. Choć po tak długiej przerwie możliwe, że wszystko będzie wyglądać inaczej.

No i jest też ostatni kandydat – Daniił Miedwiediew. Choć Rosjanin to zawsze wielka niewiadoma, to trzeba go wziąć pod uwagę. Głównie dlatego, że to przecież on rok temu dotarł do finału i zaprezentował się w nim ze świetnej strony. Możliwe, że pokusi się o powtórzenie takiego osiągnięcia i w tym sezonie. Choć z pewnością nie będzie mu łatwo.

– Zawodnicy przechodzili kilka okresów przygotowawczych. Czytałem na przykład, że Raonić [który oczywiście nie zalicza się już do pokolenia Next Gen, rocznikowo ma już bowiem 30 lat – przyp. red.] zrobił sobie trzy okresy, trwające po sześć tygodni. Śmiano się z niego, że ma brzuszek i źle wygląda, ale gra bardzo dobrze i w trwającym turnieju jest w półfinale. Gra rewelacyjnie, choć nikt na to nie liczył – dodaje Olejniczak.

Wniosek? Jeśli chcecie stawiać pieniądze, to raczej na Djokovicia. Pamiętajcie jednak, że może się przydarzyć sensacja i któryś z młodych tenisistów zrealizuje wielkie marzenie o zostaniu mistrzem wielkoszlemowym. Tym bardziej, że ten turniej ma jedną cechę.

US Open lubi niespodzianki

Nieważne czy mowa o ATP, czy też o WTA – w Nowym Jorku potrafią dziać się cuda. Często obserwujemy w tym turnieju rozstrzygnięcia, które zdają się przeczyć wszelkim przyjętym normom. To przecież właśnie tam triumfował Juan Martin del Potro, zaskakując wszystkich ekspertów. To tam swoje zwycięstwo odnosił Marin Cilić, pokonując zresztą w finale innego debiutanta na tym etapie rozgrywek – Keia Nishikoriego. To tam wreszcie pierwszy tytuł zdobywał Andy Murray. A w ostatnich latach? Do finału w Nowym Jorku dochodzili Kevin Anderson, del Potro już po kilku operacjach czy Daniił Miedwiediew, który omal nie ograł Rafy Nadala.

– Tak, było trochę tych niespodzianek, choćby finał włoski Flavia Pennetta – Roberta Vinci sprzed kilku lat. Rok temu wygrała przecież Bianca Andreescu. Nikt na nią nie stawiał przed turniejem, a po nim nie grała zbyt wiele, bo cały czas miała problemy zdrowotne. Dwa lata wcześniej najlepsza była Naomi Osaka. Szybka nawierzchnia na kortach w tym roku może sprawić, że Petra Kvitova czy Garbini Muguruza będą w stanie osiągnąć tam dobry wynik. To może pomóc właśnie zawodniczkom wysokim, takim „strzelbom”. Choć nie musi – mówi Olejniczak.

Na ostatnich pięć turniejów kobiecych, tak naprawdę tylko jeden wygrała zawodniczka, po której można było tego oczekiwać – Angelique Kerber w 2016 roku. Poza tym sukces w Nowym Jorku osiągały młode zawodniczki, dla których było to pierwsze takie osiągnięcie w karierze (Sloane Stephens, Osaka i Andreescu) albo weteranka, na którą nikt przed turniejem nie stawiał – wspomniana Pennetta.

Inna sprawa, że takie zaskoczenia wynikały w dużej mierze z tego, że turniej ten rozgrywano już w późnej fazie sezonu, gdy wielu zawodników i wiele zawodniczek było zmęczonych dotychczasowymi zmaganiami. Do tego w Nowym Jorku często było parno i duszno, co nie ułatwiało zadania. Stąd na przykład stosunkowo szybkie porażki Rogera Federera w ostatnich latach. W tym sezonie będzie inaczej – po długiej przerwie to przecież pierwszy wielkoszlemowy turniej, teoretycznie wszyscy powinni być wypoczęci. Oczywiście, nie wiadomo, jak będą się prezentować na „dłuższym dystansie”, bo tak naprawdę dyspozycja wszystkich pozostaje zagadką. Ale zmęczenie nie powinno – w teorii – odgrywać wielkiej roli.

Wpływ na wyniki może mieć za to brak kibiców. Wiadomo, że obecność fanów w najważniejszych meczach może paraliżować. Dotyczy to głównie graczy, którzy dopiero pierwszy czy drugi raz rywalizują w wielkoszlemowym finale. Starzy mistrzowie są już z tym obyci, potrafią sobie radzić z taką presją, jaką wytwarzają kibice. Młodsi niekoniecznie.

– Faktycznie, pewnie zdejmie to trochę presji z młodych zawodników. Taki Djoković z kolei jest przyzwyczajony do tego, że gra nie tyle przy publiczności, co często wręcz przeciwko niej. A tu nagle nie ma nikogo, kto krzyknie, przyklaśnie i pobudzi do walki. Jak nie ma fanów, to automatycznie – co wiem ze swojego doświadczenia – presja jest mniejsza. Ale też nie można generalizować. Bywa, że starszy tenisista przy kibicach poradzi sobie gorzej, a młodszy lepiej. Turniej zapowiada się ciekawie, choć nie ukrywam, że trudno ogląda mi się te mecze bez kibiców. Myślałem, że będzie łatwiej, ale nie jest. Tym bardziej, że nie ma tego, co w piłce nożnej – odgłosów wirtualnych trybun. Mamy jednak inne czasy, każdy się musi dopasować – mówi Olejniczak.

Jeśli więc zastanawiacie się, czy i w tym roku oczekiwać niespodzianek na US Open, możecie śmiało założyć, że tak. Bo te po prostu lubią się tam przytrafiać, a jest trochę przesłanek ku temu, by twierdzić, że w tym roku nie będzie inaczej. Nas interesuje w tym momencie jeszcze jedna kwestia – czy Polacy mogą w takim razie coś ugrać?

Z nadziejami, ale po słabych występach

Braki w kobiecej drabince teoretycznie mogły cieszyć i Magdę Linette, i Igę Świątek, i Katarzynę Kawę. Bo każda z nich mogła liczyć, że dzięki temu będzie mieć większe szanse na osiągnięcie dobrego wyniku. Sęk w tym, że w Western & Southern Open obie odpadły już w pierwszej rundzie. O ile starsza zaprezentowała się dobrze w pierwszej partii, a potem górę wzięła gra Wiery Zwonariowej, o tyle młodsza ani przez moment nie stanowiła zagrożenia dla Christiny McHale. A to taka rywalka, z którą Iga powinna co najmniej rywalizować jak równa z równą.

– Faktycznie, po tym co pokazały w pierwszym turnieju, trudno być optymistą. Zawiodła szczególnie Iga, ale sama mówiła, że to wciąż okres przygotowawczy i trochę brakuje jej rytmu meczowego. Miejmy nadzieję, że złapie ten rytm w trakcie US Open. Przy dobrym układzie w drabince Iga może zajść bardzo daleko. Magda również, choć jeśli chodzi o potencjał czysto tenisowy, to Iga ma większy. Zresztą Świątek już pokazywała w wielkich szlemach, że potrafi grać i dochodzić do czwartej rundy. Wiele będzie zależeć od losowania – mówił Olejniczak.

Losowanie w międzyczasie już poznaliśmy. I wypadło… połowicznie dobrze. Iga Świątek trafiła bowiem na trudną rywalkę. Już w pierwszej rundzie zmierzy się z rozstawioną (z numerem 29) Weroniką Kudermietową. Oczywiście, Rosjanka jak najbardziej jest w jej zasięgu, ale można było liczyć, że trafi lepiej. Jeśli z nią wygra, to zmierzy się z którąś z nierozstawionych Amerykanek – Sachią Vickery albo Taylor Townsend. Żadne z tych starć do łatwych nie będzie należało.

Linette miała nad Igą pewną przewagę – jest rozstawiona, co oznacza, że do trzeciej rundy nie może trafić na żadną z wysoko notowanych rywalek. I losowanie ułożyło się zdecydowanie po jej myśli. Jej rywalką w pierwszej rundzie będzie niezbyt doświadczona Maddison Inglis, zawodniczka spoza pierwszej setki rankingu, która tylko raz wystąpiła w pierwszej rundzie turnieju wielkoszlemowego – w 2016 roku. I tak trzeba będzie jednak na nią uważać, bo w WTA nie ma już łatwych rywalek. Niemal każda zawodniczka może nagle zaskoczyć.

Podobnie uważać na swoją rywalkę będzie musiała Katarzyna Kawa – trafiła bowiem na Tunezyjkę Ons Jabeur, a to zawodniczka potrafią wygrywać nawet ze znacznie wyżej notowanymi rywalkami. Z drugiej strony da się ją pokonać i często nie wymaga to gry na najwyższym poziomie. W zeszłym roku Jabeur doszła jednak do trzeciej rundy, a w Australii na starcie tego sezonu osiągnęła ćwierćfinał. Jej forma więc stale rosła, a jeśli pandemia jej nie zahamowała, to może być bardzo groźna.

Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak, grający w męskim turnieju, też będą mogli pokazać, co potrafią. Pierwszy z nich – jak i Linette – również jest rozstawiony. Tyle że jemu ten fakt sprzyjał mniej. Choć trafił mu się nie najgorszy rywal – Peter Gojowczyk – to jednak jest to gość zdecydowanie zdolny wygrać, choć zwykle w wielkim szlemie odpada raczej w pierwszej rundzie.

Inna sprawa, że na US Open Hubert do tej pory nie był w stanie zaprezentować swojego najlepszego tenisa, a w niedawnym meczu z Johnem Isnerem ponownie okazywało się, że w kluczowych momentach seta nagle gra gorzej. To już, od pewnego czasu, tradycja, która niestety sprawia, że Hubert mecze przegrywa. Z Gojowczykiem nie będzie mógł sobie na to pozwolić.

Majchrzak za to w zeszłym roku skorzystał ze statusu szczęśliwego przegranego z kwalifikacji i doszedł aż do trzeciej rundy turnieju. Trudno będzie mu takie osiągnięcie powtórzyć jednak w tym roku – już w pierwszej rundzie trafił bowiem na Benoit Paire, rozstawionego z numerem 17. Francuz to jednak zawodnik nieodgadniony – potrafi zagrać fantastyczne spotkanie, by dzień później nie zaprezentować nic wartego uwagi. Powalczyć na pewno się da. Zwycięstwo? Będzie trudno, ale to właśnie powinien być cel i marzenie Kamila.

Choć, wiadomo, marzenia mają to do siebie, że mogą wędrować znacznie dalej. Więc i my sobie pomarzymy, pisząc, że chcielibyśmy zobaczyć w singlowym turnieju choć jedną osobę z Polski w ćwierćfinale. Jak już bowiem ustaliliśmy – tegoroczne US Open to szansa na spełnianie marzeń. Więc czemu nie miałoby się spełnić akurat takie?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez