Tunezyjska egzotyka, słoweński koszmarek i Francja elegancja

Tunezyjska egzotyka, słoweński koszmarek i Francja elegancja

Kiedy Vital Heynen obejmował dowodzenie w reprezentacji Polski, od początku uparcie powtarzał, że cel jest jeden – medal olimpijski w 2020 r. Zanim jednak jego żołnierze trafią na tokijski front, muszą pokonać zasieki postawione przez Tunezyjczyków, Słoweńców i najgroźniejszych Francuzów. W przeddzień turnieju kwalifikacyjnego w Gdańsku robimy więc przegląd ich wojsk. 

 

Załatwić sprawę w trzech meczach i w spokoju szykować się do Tokio – taki jest plan biało-czerwonych. Drużyna za wszelką cenę chce uniknąć takiej batalii, jaką stoczyła przed  igrzyskami olimpijskimi w 2016 r. Przypomnijmy, eliminacje do Rio de Janeiro były dla ekipy Stephana Antigi jak długotrwałe borowanie zębów na żywca. Reprezentacja cierpiała przez najdłuższe kwalifikacje w historii, bo w drodze do Brazylii musiała rozegrać aż 23 mecze. Wszystko przez to, że olimpijskich biletów nie udało się zaklepać ani w Pucharze Świata, ani w europejskim turnieju kwalifikacyjnym. Zadanie udało się wykonać dopiero w maju podczas turnieju interkontynentalnego w Japonii. To była siatkarska droga krzyżowa.

Jak będzie tym razem? Tytuł mistrza świata i rola gospodarza turnieju kwalifikacyjnego stawia oczywiście drużynę Vitala Heynena w roli faworyta, ale kiedy piłka pójdzie w ruch, nie będzie miało to już większego znaczenia. Tym bardziej że trafiła się nam dość zdradliwa grupa.

Tunezja, czyli Orły Kartaginy

Tunezyjczycy to zdecydowanie najsłabsza drużyna z całego towarzystwa. Bądźmy szczerzy, szanse siatkarzy z Afryki na wygranie turnieju w Gdańsku są mniej więcej tak duże, jak to, że Michał Kubiak dałby się namówić na podpisanie kontraktu w lidze irańskiej. Każde pojedyncze zwycięstwo w Ergo Arenie będzie dla nich sukcesem.

Mecze z Tunezją to dla biało-czerwonych rzadkość i w XXI w. obie drużyny zmierzyły się ze sobą tylko pięć razy. Wynika to oczywiście z zupełnie innej półki, jaką w światowej siatkówce reprezentują rywale: w Lidze Światowej najwyżej grali w trzeciej dywizji, a o Lidze Narodów nawet nie mogą śnić.

Bilans dotychczasowych spotkań jest więc też naturalnie korzystny dla Polski: cztery wygrane i… remis. Tak, dobrze widzicie, jeden mecz był nierozstrzygnięty. Wynikiem 2:2 zakończyła się towarzyska potyczka, do której doszło w 2002 r. w Buenos Aires. Kadra Waldemara Wspaniałego szykowała się wówczas do mistrzostw świata w Argentynie i do jednego z dwóch meczów kontrolnych wybrano właśnie Tunezję. Pozostałe mecze rozegrano już do końca jak pan Bóg przykazał, chociaż trzeba przyznać, że nie zawsze były to dla Polaków spacerki. W 2004 r. pokonaliśmy graczy z Czarnego Lądu podczas Memoriału Huberta Wagnera i na igrzyskach w Atenach, ale po 3:1, dając się więc nieco skaleczyć. Szybkim 3:0 zakończyły się z kolei mecze na mistrzostwach świata w 2006 r. i w Pucharze Świata w 2015 r.

Reprezentanci Tunezji nazywani są Orłami Kartaginy, ale drżą przed nimi co najwyżej rywale z kontynentu. To po prostu typowi królowie własnego podwórka, czego dowodem jest aż dziesięć tytułów mistrza Afryki (ostatnie z 2017 i 2019 r.). Na świecie nie mają jednak za wiele do powiedzenia. W XXI w. grali wprawdzie na wszystkich mistrzostwach świata, ale na pięć edycji wygrali zaledwie trzy mecze. Jeszcze gorszy bilans mają na igrzyskach: sześć startów w całej historii i jedno zwycięstwo. Na swoich ostatnich igrzyskach w Londynie ugrali tylko jeden set. W Afryce więc może i są orłami, ale na świecie to co najwyżej Wróbelek Elemelek.

Chociaż – żeby nie było – swoją ligę oczywiście mają. W ostatnim sezonie rywali rozpieprzyli tam w puch chłopaki z Espérance de Tunis i był to dla nich już dziewiętnasty tytuł mistrzowski. Niemal wszyscy reprezentanci Tunezji grają oczywiście w swoim kraju. W kadrze na ubiegłoroczne mistrzostwa świata we Włoszech i Bułgarii tylko atakujący Wassim Ben Tara zarabiał na chleb we francuskim Chaumont. Nic więc dziwnego, że przegrali wszystkie mecze w grupie, nie dając rady nawet Kamerunowi. 72-letni trener Antonio Giacobbe, który w przeszłości prowadził m.in. żeńską reprezentację Włoch, nie ma więc w składzie graczy zdolnych zaczepić się nawet w średnim europejskim klubie.

A propos szkoleniowców. Warto przypomnieć, że w latach 80. reprezentację Tunezji prowadził Hubert Wagner. Nasz legendarny trener zdobył z drużyną mistrzostwo Afryki i wprowadził ją nawet na igrzyska w Seulu, ale ponoć długo nie radził sobie z ujarzmieniem tamtejszych graczy. Do tego stopnia irytowało go ich podejście do treningów, że zaczął ponoć więcej pić, a raz na treningu dał nawet w pysk swojemu zawodnikowi. Po latach wspominał, że kiedy wyprowadził cios, bał się, że zaraz rzuci się na niego cała drużyna i zostanie zlinczowany. Ci jednak nawet nie drgnęli i od tego momentu mieli wielki szacunek do Polaka…

Słowenia, czyli Eurołomot

Ta drużyna chyba najbardziej będzie nam kojarzyła się z okresem zadyszki, który spotkał reprezentację Polski po mistrzostwach świata w 2014 r. Słoweńcy, którzy dopiero niedawno zaznaczyli swoją obecność na siatkarskiej mapie Europy, kilka razy boleśnie nas wtedy sprali.

Pierwszy raz podczas mistrzostw Europy w 2015 r. Trafiliśmy na nich już w grupie, ale tam jeszcze skończyło się planowym zwycięstwem 3:1. Chociaż pod siatką iskrzyło, bo Słoweńcy sumiennie prowokowali naszych zawodników. Dlatego kiedy potem okazało, że los znów połączył obie ekipy w ćwierćfinale, biało-czerwoni byli raczej zadowoleni, że drugi raz będą mogli utrzeć nosa podopiecznym słynnego Andrei Gianiego.

– Słowenia? Czemu nie? Jeśli znowu chcą nas prowokować, proszę bardzo. Na pewno nie damy sobie wejść na głowę. Raz ich pokonaliśmy, więc zrobimy to znowu 

– mówił “Przeglądowi Sportowemu” Karol Kłos.

Jak pamiętamy, nasza kadra niestety dała sobie wejść na głowę. Zanim nasi się zorientowali, było już 0:2 w setach. Zdołali wprawdzie doprowadzić do tie-breaka, ale w decydującej partii sensacyjnie lepszy był rywal. Była to jedna z największych wtop w kadencji Stephana Antigi. Smak porażki ze Słoweńcami poczuł też dwa lata później Ferdinando De Giorgi. Podczas depresyjnych dla nas ME w Polsce, biało-czerwoni grali z nimi w barażach o wejście do ćwierćfinału. Co to był za paździerz… Porażka 0:3, w setach do 19 i 21. A to przecież nie wszystko, bo w eliminacjach Euro 2015 r. zaliczyliśmy z nimi zwycięstwo w Polsce, ale też porażkę w Lublanie 2:3.

Trzeba jednak szczerze przyznać, że niedoceniania reprezentacja Słowenii stała się w ostatnich latach naprawdę solidną drużyną. Przełomem był właśnie 2015 r., kiedy kadra najpierw wygrała Ligę Europejską zapewniając sobie tym samym awans do Ligi Światowej, a następnie była wielką sensacją wspomnianego już Euro. Bo przypomnijmy, że wiktoria nad Polską tak natchnęła drużynę, że ta w półfinale zlała Włochów. Finał z Francją zakończył się wprawdzie szybkim 0:3, ale srebro było gigantyczną niespodzianką. To wtedy kibice tak naprawdę dowiedzieli się, kim są tacy goście jak Mitja Gasparini, Klemen Cebulj czy Tine Urnaut. Ten ostatni został wybrany najlepszym przyjmującym imprezy, co otworzyło mu drzwi do czołowych klubów ligi włoskiej, czyli Trentino i Modeny. Cebulj z kolei najpierw trafił do Lube, a od najbliższego sezonu pójdzie śladem Urnauta i zagra w Trento.

Słoweńcy zadebiutowali więc w Lidze Światowej, a w minionym sezonie zapewnili sobie także prawo startu w najbliższej Lidze Narodów. Siatkarze z tego małego kraju w ubiegłym roku mieli też swój pierwszy raz na mistrzostwach świata. Tam również wstydu nie było, bo drużyna prowadzona już przez Alberto Giulianiego (w przeszłości m.in. mistrz Włoch z Cucine Lube) wyszła z grupy i ostatecznie została sklasyfikowana na 12. miejscu na 24 zespoły. Podczas mistrzostw Słoweńcom nie starczyło wprawdzie jeszcze paliwa na drużyny z topu, ale te ze swojej półki konsekwentnie ogrywali.

– To zespół z mocnymi skrzydłami. Klemen Cebulj i Tine Urnaut to dwaj kluczowi zawodnicy, trzeba ich w pierwszej kolejności wyeliminować. Jak mają dobry dzień i na zbyt wiele im się pozwoli, są w stanie wygrać z każdym. Dlatego właśnie trzeba odrzucać ich zagrywką. Jeśli będą dobrze przyjmować, to ich siła jeszcze wzrasta, ale pod toporem zaczynają się mylić – tak scharakteryzował ich kiedyś Oskar Kaczmarczyk, były statystyk reprezentacji Polski.

Jak poukładanym i zgranym zespołem jest Słowenia, przekonali się pod koniec lipca Włosi, którzy rozegrali z nimi dwa mecze kontrolne. Pierwszy wygrali gracze Italii, ale w drugim to nasi najbliżsi rywale odprawili ich 3:1. A warto zaznaczyć, że Włosi grali w tym spotkaniu składem niemalże galowym (Słoweńcy atakowali z kolei m.in. znanymi z Czarnych Radom Alenem Pajenką i Dejanem Vinciciem). Nasi rywale wysłali więc sygnał, że w Gdańsku nie chcą robić za mięso armatnie.

Na pewno trzeba być czujnym, ale z drugiej strony też nie należy ich specjalnie przeceniać. Jeśli nasi mistrzowie świata zagrają na swoim dobrym poziomie, to szybko wybiją im z głowy marzenia o pierwszym awansie na igrzyska.

Francja, czyli Earvin i spółka

Niektórzy uważają, że tegoroczny sezon reprezentacji Polski to tak naprawdę jeden mecz. Jeśli podczas turnieju w Gdańsku nie sypnie niespodziankami tunezyjsko-słoweńskimi, właśnie starcie z Francją będzie kluczowe dla odbioru całego sezonu.

To nasza główna przeszkoda w drodze do Tokio i niestety od lat jest to dla nas bardzo niewygodny rywal. Jeśli pominąć fakt, że będziemy gospodarzami, szanse rozkładałyby się mniej więcej po połowie. Potwierdzają to też statystyki. W ostatnich dziesięciu sezonach na wszystkich frontach graliśmy z nimi 21 razy. 12 meczów to wygrane Trójkolorowych.

Od kiedy polską reprezentację prowadzi Vital Heynen, przeciąganie liny wciąż trwa. W 2018 r. biało-czerwoni pokonali ich wprawdzie zarówno w Lidze Narodów, jak i w Memoriale Huberta Wagnera, ale w najważniejszym momencie, czyli na mistrzostwach świata, przegrali po bardzo słabym meczu 1:3. Chociaż jak pamiętamy, Heynen oddelegował na parkiet rezerwowych, bo wszystko na jedną kartę chciał postawić dzień później w decydującym meczu z Serbią. Ciężko jest też wyciągać daleko idące wnioski z niedawnej porażki 1:3 w Lidze Narodów, bo tam również nie graliśmy przecież pierwszym składem.

Styl gry Francuzów jest dla nas jednak niewygodny. Drużyna Laurenta Tillie jest znakomicie wyszkolona technicznie, to jeden z najlepiej broniących dziś zespołów, a na dodatek posiadający w swoich szeregach indywidualności, które w każdej chwili mogą zrobić różnicę.

Kręgosłupem drużyny, mistrza Europy z 2015 r. oraz dwukrotnego zwycięzcy Ligi Światowej (2015 i 2017), są oczywiście rozgrywający ZAKSY Kędzierzyn-Koźle Benjamin Toniutti, libero Jenia Grebennikow i ekscentryczny przyjmujący Earvin N’Gapeth. Ten ostatni to jak wiadomo chodzący paragraf. Bójka w klubie nocnym, sprawa za rzekome pobicie konduktora pociągu TGV i przede wszystkim ucieczka z miejsca wypadku w Reggio Emilia we Włoszech, gdzie potrącił samochodem trzy osoby – to jego najsłynniejsze pozaboiskowe numery.

Przy tym całym szaleństwie gość wciąż jest jednak jednym z czołowych graczy świata. Ostatni sezon 28-latek spędził w Zenicie Kazań. Jego znakiem rozpoznawczym jest świetna technika i niekonwencjonalne zachowania na boisku. Patrząc na wykończenie piłek sytuacyjnych, jest to dziś absolutny top. Facet potrafi skutecznie atakować nawet z najbardziej dziwacznych pozycji. No i zagrywa, jakby uderzał młotkiem.

– To połączenie pełnego luzu z zabawą na boisku. Jego mowa ciała często pokazuje postawę w stylu „a właściwie to mam to wszystko gdzieś, gram dla siebie, a jak się uda, to będzie dobrze…”, ale to chyba właśnie mu pomaga. Bo kiedy widziałem, że wchodzi w fazę pełnego zdenerwowania, maksymalnej koncentracji – czyli momentu, kiedy wielu świetnych zawodników funkcjonuje najlepiej – on wtedy akurat nie gra dobrze. Jak to się mówi, sam zjada swój ogon. Najlepiej gra więc właśnie na luzie, wtedy wszystkie złe zagrania spływają po nim jak po kaczce – mówił o Earvinie na Weszło Wojciech Drzyzga, który w przeszłości rywalizował w lidze francuskiej z jego ojcem.

Do Gdańska Trójkolorowi przywiozą wszystko co najlepsze. Oprócz już wymienionych graczy, w składzie znaleźli się też m.in. Kevin Le Roux, wschodząca gwiazda francuskiej siatkówki Stephen Boyer, czy też doskonale znani z PlusLigi Kevin Tillie, Antoine Brizard i Julien Lyneel. Kadra wytypowana przez Laurenta Tillie jest w formie, czego dowodem są niedawne dwa wygrane sparingi ze Stanami Zjednoczonymi (3:1 i 3:0).

Francuzi są wyjątkowo mocno napaleni na igrzyska, bo to jedyna z najważniejszych imprez, z której nie mają jeszcze żadnego medalu. Mało tego, w ostatnich latach potrafili nawet zawalić kwalifikacje, jak było w przypadku Pekinu i Londynu. Z kolei w Rio de Janeiro nie zdołali nawet wyjść z grupy.

Warto pamiętać, że trzy lata temu to właśnie m.in. z nimi biliśmy się o awans na igrzyska w Brazylii. Podczas turnieju europejskiego w Berlinie zbili nas 3:0, ale już na światowym w Tokio to my byliśmy górą 3:2. W tym drugim meczu też mieli nas już na widelcu wygrywając dwa pierwsze sety, ale na szczęście Polacy wyszli z bagna, zwyciężyli po tie-breaku, a później wygrali cały turniej kwalifikacyjny. Powtórka w Gdańsku mile widziana.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

 

Sponsorem głównym Polskiego Związku Piłki Siatkowej jest PKN ORLEN.


Aktualności

Kalendarz imprez