Trzy medale, pierwsze złoto! Lekkoatletyczne sukcesy na paraigrzyskach

Trzy medale, pierwsze złoto! Lekkoatletyczne sukcesy na paraigrzyskach

Podejrzewaliśmy, że gdy do gry wkroczą nasi lekkoatleci, to natychmiast dostaniemy wysyp paraolimpijskich medali. Już pierwszego dnia zmagań na Stadionie Olimpijskim w Tokio nasze podejrzenia zamieniły się w pewność. Michał Derus, Lech Stoltman i Róża Kozakowska dali nam dziś bowiem trzy wielkie powody do radości. Zwłaszcza ta ostatnia – to dzięki niej po raz pierwszy na tych paraigrzyskach wybrzmiał bowiem Mazurek Dąbrowskiego.

Nigdy się nie poddawaj 

Jej historia to materiał na film – dramat, może nawet horror. Na ten moment z happy endem, ale tak naprawdę to tylko rozdział. Jak zakończy się cała opowieść – na razie nie wiadomo. Zacząć trzeba by było od spraw rodzinnych – ojczyma, który ją katował i karał za medale, jakie przybrana córka zdobywała. Potrafił bić jej głową o ścianę, potrafił wbić siekierę w kolano, jeśli tyko nie uciekła mu wystarczająco szybko. Róży Kozakowskiej to jednak nie złamało. Kochała sport, chciała go uprawiać za wszelką cenę.

Ojczym w końcu trafił do więzienia. Problemów Róża nie miała jednak z czasem mniej, wręcz przeciwnie. Weźmy choćby te mieszkaniowe, przedstawione w zeszłym roku w programie “Alarm” na antenie TVP – Kozakowska mieszkała wtedy w kontenerze bez wody. Wcześniej wyprowadziła się od matki, bo… warunki tam były zbyt ciężkie. A mimo to nadal trenowała. Trenowała też, gdy choroba coraz bardziej zaczęła jej dokuczać. Aż wreszcie odebrała jej władzę w nogach.

Róża bowiem przez lata uprawiała sprinty, potem doszedł też skok w dal. W końcu zachorowała, zresztą podwójnie – po ukąszeniu kleszcza nabawiła się neuroboreliozy stawowo-mózgowej, a oprócz tego cierpi też na endometriozę, czyli rozrost błony śluzowej macicy poza jamę macicy, co potrafi wywołać ogromny ból, wręcz dezorganizujący jakiekolwiek codzienne życie. Tę drugą chorobę miała mieć kiedyś wyleczoną operacyjnie, zabiegiem, który dawał jej mniej więcej 25 procent szans na przeżycie. Lekarze jednak zrezygnowali z tego pomysłu w dniu operacji, uznając, że ryzyko jest zbyt duże. Róża wpadła potem w depresję.

Mimo tego wciąż nie odpuszczała. To zresztą jej motto – “nigdy się nie poddawaj”. Nie poddała się więc też, gdy po dobrym występie na mistrzostwach świata osób z niepełnosprawnościami (czwarte miejsce w skoku w dal), nasiliły się objawy neuroboreliozy, przez co nie mogła chodzić (dziś choroba zagraża nawet jej życiu). A miała już wywalczoną kwalifikację olimpijską. W takiej sytuacji musiała uzyskać inną. Udało jej się w pchnięciu kulą i rzucie maczugą. W tej drugiej konkurencji – rozgrywanej w niektórych kategoriach niepełnosprawności zamiast rzutu oszczepem, którego zawodnicy mogliby nie utrzymać – okazała się znakomita.

Do konkursu olimpijskiego przystępowała jako faworytka. Jej pierwsza próba była słaba, kompletnie nieudana. Druga – ponad dwudziestometrowa – pozwoliła jej wejść na podium. W trzeciej uzyskała wynik fantastyczny – 28.74 m – nowy rekord świata i pewne złoto. W tamtym momencie była już nawet skłonna odpuścić trzy pozostałe rzuty, wiedziała bowiem, że nikt nie pośle maczugi dalej. Z szacunku dla organizatorów i rywalek zdecydowała się jednak oddać próby “pokazowe”.

Każdą z nich po prostu się cieszyła. Bo zdobyła złoto, upragnione i wywalczone. Wszystko, przez co przeszła, pokierowało ją do tego momentu. I do wysłuchania Mazurka Dąbrowskiego, pierwszego na tych igrzyskach. Trudno nie przyznać, że na ten moment to wspaniałe zwieńczenie jej sportowej historii – choć liczymy, że dopisze do niej jeszcze kolejne rozdziały. Oby równie szczęśliwe zakończenie dostały te, dotyczące jej zdrowia.

Dwóch gości na medal

Michał Derus smak medali największych imprez zna doskonale – nasz sprinter do dziś był dwukrotnym mistrzem świata, sześciokrotnym mistrzem Europy, a przede wszystkim srebrnym medalistą igrzysk olimpijskich z Rio de Janeiro. Sukcesów na koncie mógłby mieć nawet więcej, ale na igrzyskach w 2008 i 2012 roku biegać nie mógł, bo nie było odpowiedniej dla niego kategorii niepełnosprawności.

Ta pojawiła się z czasem i Derus mógł się pokazać. W Brazylii rozdzielił dwóch reprezentantów gospodarzy i zgarnął srebro. W Tokio zrobił… dokładnie to samo. Znów obok niego na podium stali dwaj Brazylijczycy, znów był drugi. Jego czas – 10.61 s – jest wynikiem wręcz doskonałym. To nowy rekord Europy i, co oczywiste, najlepszy bieg w karierze naszego zawodnika, startującego w kategorii T47, czyli dla osób z częściowo amputowanymi kończynami.

Michał nie ma lewej dłoni, bez której się urodził. W pierwszej chwili wydaje się, że akurat w sprincie to żadna wielka przeszkoda. Potem jednak można analizować – Derus musi zupełnie inaczej startować, nie może podeprzeć się tak, jak pełnosprawny biegacz, z którymi zresztą przez kilka pierwszych lat swojej kariery rywalizował. W czasie samego biegu nie jest w stanie utrzymać takiej równowagi, balansu. Trudniej jest też mu trenować, choćby na siłowni – z hantlami czy sztangą nie jest po prostu w stanie odpowiednio pracować.

Żeby dojść mimo tego na najwyższy światowy poziom, potrzebne jest niesamowicie wiele zacięcia. Michał je miał i dziś dało mu to drugi medal paraolimpijski.

– Emocje są te same, co pięć lat temu. Czuję ogromne szczęście, choć jeszcze nie dowierzam. Może jutro, jak się obudzę, to uwierzę w ten sukces. Medal igrzysk to największe marzenie sportowca. Stojąc na podium, przypomniałem sobie medal sprzed pięciu lat. Cieszyłem się tą chwilą. To srebro jest dla mnie warte bardzo dużo. To zwieńczenie ciężkiej pracy, nagroda za nią. Również motywacja na przyszłość. W głowie normalnie krążą różne myśli, ale gdy jest się na podium, zupełnie inaczej podchodzi się do wszystkiego. Wiadomo, marzy się o złocie, ale medal to medal – mówił Polak przed kamerami TVP.

On otworzył dla Polski worek na lekkoatletyczne medale. A jako drugi swój krążek dorzucił do środka Lech Stoltman. Nasz kulomiot startuje w rywalizacji dla osób na wózkach z porażeniem dolnych kończyn. Kiedyś był w pełni sprawny, później uległ jednak wypadkowi motocyklowemu. Nie odpuścił, przez jakiś okres trenował podnoszenie ciężarów oraz kulturystykę, w końcu trener zasugerował mu pchnięcie kulą, zwracając uwagę na wzrost i długie ręce swojego podopiecznego. Stoltman stwierdził, że warto spróbować.

W pchnięcie kulą zaangażował się na całego. Przykład? W treningach przed Rio pomagało mu specjalne urządzenie, stworzone na potrzeby tej konkurencji. On miał drugi taki egzemplarz w kraju, pierwszy otrzymał Tomasz Majewski, wówczas już dwukrotny mistrz olimpijski. Urządzenie pomagało mu trenować choćby wtedy, gdy nie miał nikogo obok siebie, kto podawałby mu kulę. Przy pchnięciach Stoltman musi być bowiem przypięty do platformy, z której pcha, nie może więc podjeżdżać na wózku po wyrzucone już kule.

Urządzenie pomogło. W Brazylii został brązowym medalistą olimpijskim. Dziś w Tokio powtórzył ten sukces.

Od początku był jednym z faworytów do medali, bo od kilku lat nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Dziś też pchał daleko – 12.15 m to znakomity wynik, który w innym konkursie mógłby dać mu nawet złoto. W Tokio fantastyczny był jednak Wallace Santos, który pchnął aż 12.63 m, osiągając nowy rekord świata! Tak jak Derus, tak i Stoltman musiał więc uznać wyższość brazylijskiego rywala. Oprócz niego na podium wskoczył też Bułgar Rużdi Rużdi, czyli były już rekordzista świata, który w najlepszej próbie uzyskał 12.23 m, co dało mu srebro.

Stoltman jednak ma prawo być zadowolonym. Przecież dołączył do grona olimpijskich multimedalistów, dając nam jeden z naszych sześciu medali, jakie do tej pory zdobyliśmy na paraigrzyskach. Brzmi to dumnie, prawda?

Trochę matematyki

Sześć krążków mamy już na ten moment. Chociaż… nie do końca. Bo całkiem możliwe, że jeden – ze względu na pozytywny wynik testu antydopingowego – stracimy, o czym szerzej pisaliśmy tutaj. Trzy kolejne jednak też już sobie zapewniliśmy, a to za sprawą naszych tenisistów stołowych. W turniejach tej dyscypliny na paraigrzyskach nie rozgrywa się bowiem meczów o trzecie miejsce, awans do półfinału jest więc równoznaczny co najmniej z brązowym medalem. A ten uzyskali już Natalia Partyka (walcząca o piąte złoto!), Rafał Czuper i Maksym Chudzicki.

Innymi słowy – nawet gdyby ten medal z kolarstwa nam odebrano, pewnych jest już co najmniej osiem paraolimpijskich krążków. A to i tak tylko drobna część tego, w co nasi zawodnicy celują – przed imprezą mówiło się bowiem, że cel minimum to 30 medali, ale śmiało może ich być nawet dużo więcej. I na to liczymy.

Fot. YouTube


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez