Trzej Królowie. Takich trzech, jak tych trzech, nie ma ani jednego

Trzej Królowie. Takich trzech, jak tych trzech, nie ma ani jednego

Do końca bieżącej dekady zostało kilka tygodni. Kiedy się zaczynała, mistrzami świata bokserskiej wagi ciężkiej byli Witalij Kliczko i David Haye, w czołówce rankingu tenisistek znajdowały się Serena Williams, Dinara Safina, Swietłana Kuzniecowa, Karolina Woźniacka i Jelena Dementiewa, Robert Kubica z kolei szykował się do przeprowadzki z BMW do Renault, a sportowcem roku w Polsce została Justyna Kowalczyk. Jednym słowem: sporo się zmieniło przez te 10 lat. Ale gdyby ktoś rzucił okiem tylko na ranking tenisistów, mógłby pomyśleć, że tak naprawdę nie zmieniło się nic. W czołowej trójce pierwszego notowania ATP w 2010 roku byli Roger Federer, Rafael Nadal i Novak Djoković, czyli… dokładnie ci sami dżentelmeni, co dzisiaj.

Wspomnieni bokserscy mistrzowie świata dawno zakończyli kariery. Witalij Kliczko zdążył jeszcze w kończącej się właśnie dekadzie zaliczyć sześć zwycięstw, w tym dwa nad polskimi bokserami (Albert Sosnowski i Tomasz Adamek). We wrześniu 2012 roku znokautował Manuela Charra, zakończył przygodę z zawodowym ringiem, jako panujący mistrz WBC i poszedł do polityki. Aktualnie zasiada na stołku mera Kijowa. Haye także odwiesił rękawice na kołek, choć w nieco gorszych okolicznościach niż Ukrainiec. Po kilku latach przerwy wrócił na ring, odniósł dwa zwycięstwa w 2016 roku, ale potem dwukrotnie przegrał z Tonym Bellew. Dziś w bokserskiej wadze ciężkiej karty rozdają Deontay Wilder, Tyson Fury, Andy Ruiz i Anthony Joshua. 10 lat temu pierwsi trzej stawiali dopiero pierwsze kroki w zawodowym ringu, a czwarty szykował się do igrzysk w Londynie, na których zresztą sięgnął po złoty medal. Słowem: sporo się zmieniło.

W Formule 1 zostało ledwie dwóch

W kobiecym tenisie zmieniło się równie dużo. Serena Williams, która liderowała w rankingu na początku 2010 roku, dzielnie się trzyma, mimo skończonych 38 lat i urodzenia dziecka. Aktualnie jest notowana na 10. miejscu na świecie. Co ciekawe, to właśnie ona jest jedyną zawodniczką z pierwszej dziesiątki rankingu ze stycznia 2010, która utrzymała miejsce w Top 10 do dzisiaj. Kilka pozostałych, z Agnieszką Radwańską na czele, już odwiesiło rakiety, reszta jeszcze gra, ale o miejscu w czołowej dziesiątce może dziś tylko pomarzyć. Z drugiej strony, większość tenisistek, które dziś zajmują najwyższe lokaty, dekadę temu rywalizowała jeszcze w turniejach juniorskich (liderka rankingu Ashley Barty miała raptem 13 lat, a piąta Bianca Andrescu ledwie 9).

Idźmy dalej, a właściwie: jedźmy, prosto do Formuły 1. W sezonie 2010 tytułu bronił Jenson Button, a Robert Kubica ścigał się w barwach Renault. Mistrzem świata został jednak Sebastian Vettel, który na finiszu sezonu stoczył fascynującą walkę o tytuł z Fernando Alonso i Markiem Webberem. W stawce byli jeszcze także choćby Lewis Hamilton, Michael Schumacher, Nico Rosberg, Felipe Massa, Rubens Barrichello, Bruno Senna, Timo Glock, Heikki Kovalainen, Jarno Trulli, Adrian Sutilo oraz stary znajomy Kubicy – Nick Heidfeld. Dziś z tego grona miejsce w Formule 1 mają jedynie Vettel i Hamilton, a do głosu coraz mocniej dochodzą młode wilki, które na początku dekady były przecież dziećmi.

Kiedy Pudzian debiutował w MMA

Żeby uzmysłowić sobie, jak wiele się zmieniło w ciągu tej dekady, warto rzucić okiem także do oktagonu. MMA w Polsce systematycznie się rozwijało, ale tak naprawdę eksplozja popularności nastąpiła właśnie 10 lat temu, kiedy 11 grudnia 2009 roku w KSW zadebiutował Mariusz Pudzianowski. Można powiedzieć, że gdy były mistrz świata strongmanów zdemolował Marcina Najmana w pierwszej rundzie walki, KSW w podobny sposób znokautowało konkurencję.

Pudzianowski w ciągu kolejnych 10 lat stoczył 21 pojedynków, walczył ze zmiennym szczęściem, ale systematycznie się rozwijał. W marcu tego roku przegrał z Szymonem Kołeckim, który dekadę temu był jeszcze czynnym sztangistą, dwukrotnym medalistą olimpijskim, a niedługo miał zostać prezesem Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. W sobotę były sztangista pokonał przed czasem innego medalistę olimpijskiego, Damiana Janikowskiego, łokciami torując sobie drogę do absolutnej czołówki polskiego MMA.

W Złotej Piłce bez zmian

Czy to znaczy, że we wszystkich sportach tak się pozmieniało? Cóż, niezupełnie. Ci, którzy potrzebują trochę stałości, mogą choćby rzucić okiem na wyniki plebiscytu Złota Piłka. Tam, od początku bieżącej dekady, a nawet od końcówki poprzedniej, dominują dwa nazwiska: Leo Messi i Cristiano Ronaldo. W ostatnich 10 latach górą był albo Argentyńczyk, albo Portugalczyk, ten duopol przerwał tylko raz Luka Modrić, zwycięzca sprzed roku. A tak – czasem pojawił się Xavi, czasem Iniesta, kiedy indziej Ribery, Neuer, Neymar czy Griezmann. W tym roku do elity doskoczył z kolei Virgil van Dijk z Liverpoolu. Ale właśnie, skoro mowa o The Reds, ekipa z Anfield dziś jest prawdopodobnie najmocniejsza na świecie i pewnie zmierza po tytuł w Premier League, ale dekadę temu, pod wodzą Rafy Beniteza, finiszowała ledwie na siódmej pozycji w lidze. Mistrzostwo zdobyła prowadzona przez Carlo Ancelottiego Chelsea, przed Manchesterem United sir Aleksa Fergusona i Arsenalem Arsene’a Wegnera. Dziś Ancelotti jest na wylocie z Napoli, a pozostała dwójka – na emeryturze.

Skoro mowa o Złotej Piłce, warto wspomnieć jeszcze jedno nazwisko, żeby uświadomić sobie, jak wiele się zmieniło w ciągu kończącej się właśnie dekady. Robert Lewandowski dziś bije kolejne rekordy i w pełni zasłużenie jest stawiany w jednym szeregu z Leo Messim i Cristiano Ronaldo. 21-letni „Lewy” kopał jeszcze piłkę w Ekstraklasie, a jego 18 goli wydatnie przyczyniło się do zdobycia przez Lecha Poznań mistrzostwa Polski w sezonie 2009/10. Kolejne korony króla strzelców zdobywał już w Niemczech, najpierw w barwach Borussii Dortmund, a później Bayernu Monachium. Za to Kolejorz zastąpił Lewandowskiego Artiomem Rudniewsem, który popisał się hat-trickiem (!) w wyjazdowym meczu z Juventusem (!!) w Lidze Europy (!!!), zakończonym remisem 3:3 (!!!!). Dziś polskie kluby od trzech lat bezskutecznie próbują w ogóle awansować do europejskich rozgrywek, zaś wspomniany Juventus od 2012 roku nie wypuścił z rąk mistrzostwa Włoch, a w pięciu ostatnich edycji Ligi Mistrzów dwa razy docierał aż do finału.

Wszystko płynie – no, prawie wszystko

Sami więc widzicie, że nawet w dzisiejszym sporcie doskonale sprawdzają się słowa Heraklita z Efezu „panta rhei”. Owszem, wszystko płynie, wszystko się zmienia i nie ma rzeczy trwałych. Ta maksyma dotyczy w zasadzie wszystkiego… oprócz rankingu tenisistów.

Pierwszy ranking w nowej dekadzie, opublikowany 4 stycznia 2010 roku, wyglądał tak:

  1. Roger Federer
  2. Rafael Nadal
  3. Novak Djoković

Dalej: Andy Murray, Juan Martin del Potro, Nikołaj Dawidienko, Andy Roddick, Robin Soederling, Fernando Verdasco i Jo-Wilfried Tsonga. Co u nich słychać dzisiaj? Cóż, Dawidienko, Roddick i Soederling już kariery skończyli. Murray niedawno wrócił do gry po długiej kontuzji i poważnej operacji, aktualnie jest 126. w rankingu. Del Potro, także po dużych kłopotach ze zdrowiem, znów jest niemal sąsiadem Szkota na liście ATP, wyprzedza go raptem o trzy miejsca. Tsonga zamyka pierwszą trzydziestkę rankingu, a Verdasco – pierwszą pięćdziesiątkę. Słowem: szału nie ma. No, chyba, że spojrzymy na pierwszą trójkę. A tam – wszystko wygląda tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu dekadę temu. Ot, malutkie przesunięcia, raz w lewo, raz w prawo, miejsce w górę, miejsce w dół, ale zasadniczo – bez zmian.

Aktualny ranking, na 2 grudnia 2019 roku, wygląda tak:

  1. Rafael Nadal
  2. Novak Djoković
  3. Roger Federer

Dalej – Dominic Thiem (26 lat), peleton młodych-gniewnych, czyli Daniił Miedwiediew (23 lata), Stafanos Tsitsipas (21), Alexander Zverev (22) i Matteo Berrettini (23), za nimi Roberto Bautista Agut i Gael Monfils. Z tym, że to „dalej” należy traktować mocno dosłownie. To nie jest tak, że pogoń jest już blisko, że starzy mistrzowie czują oddech młodych na plecach. Nic z tych rzeczy. Rafa Nadal zakończył sezon z bilansem prawie 10 tysięcy punktów, czyli o 840 więcej od Djokovicia. Federer trochę odstawał od tej dwójki, bo wywalczył „tylko” 6590 oczek. Ale już jeden rzut oka na kolejne miejsca pokazuje, że to liczby i tak nieosiągalne dla ekipy pościgowej. Gracze z miejsc 4-6 uzbierali od 5800 do 5300 czyli trochę ponad połowę dorobku Nadala. Siódma rakieta świata może się pochwalić jedną trzecią punktów lidera, zaś gracze z miejsc 8-10 mniej więcej jedną czwartą. Słowem: przepaść.

33 Wielkie Szlemy na 40 możliwych

Co więcej, w żadnym wypadku nie mówimy o przypadkowej sytuacji. To nie jest tak, że cała trójka miała po prostu świetny sezon i tak się ułożyło. Owszem, miała świetny sezon, ale tak jest w zasadzie co roku. Gdy prześledzimy całą dekadę, patrząc na ranking na koniec sezonu, będzie widać tę dominację, jak na dłoni. Dość powiedzieć, że tylko raz, trzy lata temu, ktoś spoza Wielkiej Trójki zakończył rok, jako lider rankingu (Andy Murray). Ba, tylko dwa razy jednego z jej przedstawicieli w ogóle zabrakło w czołowej dziesiątce (Federera w 2016 i Djokovicia rok później). W połowie przypadków całe podium było zajęte przez serbsko-hiszpańsko-szwajcarski tercet niszczycieli. Ba, panowie zgarnęli 24 na 30 możliwych miejsc na podium, w tym 9 z 10 pierwszych i 9 z 10 drugich miejsc! Za ich plecami w pierwszej dziesiątce pojawiali się przeróżni zawodnicy, choćby Michaił Jużny, Marty Fish, Janko Tipsarević, Richard Gasqet, Milos Raonić, Kei Nishikori, Jack Sock, David Goffin, Kevin Anderson, Grigor Dimitrov, Pablo Carreno Busta, John Isner. Słowem: istny kalejdoskop stylów gry, krajów pochodzenia i sposobów prowadzenia kariery. Nie zmieniało się tylko to, kogo ci gracze mieli daleko przed sobą: Nadala, Federera i Djokovicia. Dominatorów.

W zakończonym właśnie sezonie wcale nie było inaczej. Fakt, panowie pod koniec roku byli zmęczeni i znów, jak w kilku ostatnich edycjach, dali się wyszaleć młodym w turnieju ATP Finals (tym razem wygrał Tsitsipas). Wcześniej jednak tak dobroduszni nie byli i turnieje wielkoszlemowe zgodnie rozdzielili między siebie: dwa wziął Serb, dwa Hiszpan. W poprzednich dwóch sezonach trzy sztuki zawinął jeszcze Federer. Po raz ostatni ich dominację przerwał Stan Wawrinka, mistrz US Open 2016. Ogólnie, na 40 możliwych triumfów w Wielkim Szlemie w kończącej się dekadzie, panowie N., D. i F. oddali innym ledwie 7 (po trzy Murray i Wawrinka, raz Cilić). Ba, żeby znaleźć sezon, w którym wspomniana trójka nie zdobyła co najmniej połowy wielkoszlemowych tytułów, musielibyśmy się cofnąć aż do 2003 roku, kiedy było czterech różnych mistrzów, ale tylko jednym z nich był Roger Federer (poza nim Andre Agassi, Juan Carlos Ferrero i Andy Roddick, czyli gracze, którzy już nigdy później po taki sukces nie sięgnęli).

Co ich kręci, co ich podnieca?

Dziś Federer ma 38 lat, czyli jest w wieku, w którym – teoretycznie – już dawno powinien być na emeryturze. Djoković i Nadal są młodsi od Szwajcara, ale też już swoje lata mają, odpowiednio 32 i 33, co przy intensywności gry i długości sezonu coraz bardziej daje im się we znaki. Póki co jednak, żaden z nich jakoś nie spieszy się z wieszaniem rakiety na kołku.

Czemu? Co może ich jeszcze napędzać po ponad dekadzie triumfów, zarobieniu setek milionów dolarów i wygraniu praktycznie wszystkiego, co było do wygrania? To bardzo dobre pytanie. Prawdopodobnie, gdyby każdy z nich był tylko jeden, już dawno dałby sobie spokój z tenisem i zajął się wydawaniem ciężko zarobionych pieniędzy. Tutaj kłopotem jest jednak rywalizacja. Roger Federer próbuje jeszcze wyśrubować swój rekord 20 wygranych turniejów wielkoszlemowych. W normalnych warunkach doskonale by wiedział, że rekord jest niezagrożony, bo przecież przed jego erą rekordzistą był Pete Sampras, którego licznik zatrzymał się na imponujących 14 tytułach. Ale warunki, w których przez dekadę niemal wszystkie tytuły w Wielkim Szlemie poza Szwajcarem zgarnia albo Serb, albo Hiszpan, zdecydowanie normalne nie są – czegoś takiego w historii tenisa nie było. I dziś Federer ma już tylko jeden wielkoszlemowy triumf przewagi nad Nadalem i cztery nad Djokoviciem. Jeśli w przyszłym roku nic się nie zmieni, możemy mieć nowego króla.

W tej epickiej rywalizacji napędza ich jeszcze coś. Coś, co można zdobyć nie cztery razy w roku, jak tytuł wielkoszlemowy, tylko raz na cztery lata. Otóż, mimo kilkunastu lat triumfów, mimo zwycięstw we wszystkich turniejach Wielkiego Szlema, ani Federer, ani Djoković nie mogą się pochwalić złotym medalem olimpijskim w singlu. Szwajcar był wicemistrzem w Londynie, wcześniej w Pekinie sięgnął po złoto w deblu. Serb z kolei po stronie olimpijskich zdobyczy ma jedynie srebro z Pekinu w grze pojedynczej. W tym starciu tytanów zdecydowanie najlepsze statystyki ma Rafael Nadal. Hiszpan w 2008 roku został mistrzem w singlu, zaś trzy lata temu dołożył złoto w deblu.

Patrząc na to, jak mocno ta trójka dominuje przez wiele ostatnich lat, można śmiało zakładać, że czyjaś kolekcja powiększy się w lecie w Tokio. Potem śmiało będzie można iść na emeryturę. Wśród graczy ATP Tour przetoczy się wówczas jedno, wielkie westchnienie ulgi i rozpocznie się nowa era. Sytuacja, w której trójkę z Bazylei, Manacor i Belgradu zastąpi inny tercet dominatorów wydaje się jednak totalnie nieprawdopodobny. Parafrazując Alana Aleksandra Milne, autora „Kubusia Puchatka”, takich trzech, jak tych trzech, to nie ma ani jednego!

JAN CIOSEK

foto: wikimedia


Aktualności

Kalendarz imprez