Trochę cyrku, czyli wewnętrzne walki sprinterów

Trochę cyrku, czyli wewnętrzne walki sprinterów

Wejście do Areny Pruszków po dłuższej przerwie zawsze przyprawia o (eufemistyczne) wrażenie typu: kurczę, ale tu superancko. Widok welodromu zapiera dech w piersiach. Szczególnie po długiej przerwie i że szykowało się coś wyjątkowego: wewnętrzne zawody reprezentacji Polski w kolarstwie torowym – sprinterów, podopiecznych trenera Igora Krymskiego z Grupy Sportowej ORLEN.

Lista obecności na szybko. Mateusz Rudyk, Krzysztof Maksel, Rafał Sarnecki, Patryk Rajkowski, Maciej Bielecki plus sztab, czyli reprezentacja Polski. Podczas marcowych mistrzostw świata w Berlinie sprinterzy wywalczyli kwalifikację olimpijską. To rozwojowa ekipa o ogromnym potencjale, regularnie potwierdzanym w imprezach najwyższej rangi. Odroczenie Tokio 2020 wywołało u nich najpierw złość, potem uczucie traciło na temperaturze, by przemienić się w działanie stricte metodyczne. Po prostu odsunięcie celu w czasie i pełne zrozumienie.

Takie paradoksy można mnożyć, ale zawodnicy Igora Krymskiego bronią się jakością docenioną choćby przez PKN ORLEN, który wziął torowców pod skrzydła. Mają obecnie coś najistotniejszego – komfort przygotowań. Mateusz Rudyk przed rokiem wywalczył brąz mistrzostw świata w sprincie indywidualnym. W tym roku wygrał Puchar Świata, po kilkakroć poprawiał rekord Polski, ściga się z największymi nazwiskami sprinterskiego, powiedzmy że na równi (z wyjątkiem Holendrów, ale wiadomo, to Holendrzy… – “oni są nie do ugryzienia, tymczasem”). Paszport olimpijski daje im poczucie pewnego spokoju i pozwala zmierzać w określonym kierunku.

Kiedy weszliśmy na obiekt wszyscy już byli, kręcili się w kółko, kończyli rozgrzewkę, dokręcali przyspieszenia na rolkach na jakichś zatrważających, nierealnych dla zwykłych śmiertelników kadencjach. Czekało ich zadanie z tych nielichych. Upodlenie murowane: wewnętrzny sprawdzian, zawody po prostu. Ale inne niż wszystkie. To efekt zawalenia się kalendarza i braku jasnej perspektywy oficjalnego ścigania na serio. Mówi się o jesiennych mistrzostwach Europy, o Grand Prix Polski, ale… mówi się w kuluarach. Tymczasem żadnych konkretów, żadnych oficjalnych wpisów do kalendarza.

Tak naprawdę to tylko i aż trening. Do niedawna nie do pomyślenia, bo wypruwali sobie żyły na balkonach, w piwnicach, czy nawet w sypialniach. Tam gdzie pomieścili wattbike’i, sztangi, trenażery… W końcu wrócili do swojej Almæ Matris. Czas na sprawdziany i efekty treningu w pandemicznym zamknięciu. Ściganie zaczęło się od 250 m ze startu zatrzymanego. Ruszali z maszyny. Po chwili kolejne indywidualne przejazdy, 200 m ze startu lotnego – tak jak wygląda to podczas zawodów. Wedle kolejności ustawiani zostali już do pojedynków sprinterskich. Trener na głos wyczytał kolejność par. Każdy na każdego, każdy z pięciu sprinterów musi się ścigać cztery razy, w sumie 20 wyścigów. Jakby nie liczyć. Między pojedynkami nawet nie zsiadali z rowerów, mała rundka na śródtorzu na delikatne rozkręceni nóg i powrót na tor. Do przerwy jednak jeszcze daleko, choć każdy o niej myślał już po pierwszej konkurencji.

Kolejny wyścig to najwolniejsze kółko (the longest lap). Zaczyna się od stójki. Sprinterzy lubią to. Pięciu atletów stoi na rowerach, nie drgną ani o centymetr. Ostre koło sprzyja tej zaawansowanej ekwilibrystyce, ale i tak to skrajnie trudne zadanie. Nagle pada sygnał i zaczyna się wyścig. Kto pierwszy na mecie ten lepszy. Proste. Potem do pokonania dystans 2000 m. Na koniec smaczek jakich mało – wyścig duński. Po ośmiu rundach dzwonek i walka na lotnym finiszu.

Kto pierwszy ten lepszy. Trochę jak wyścig eliminacyjny (australijski), kiedy to co drugą rundę odpada na najwolniejszy. Tutaj najwolniejsi walczą dalej, a zwycięzca zjeżdża do boksu. Po kolejnym finiszu najszybszy zajmuje drugie miejsce i tak dalej… Zabawa, połączona z wyczerpaniem, jazdą do kompletnej odcinki. Pięciu facetów, typy mocno testosteronowe, silni jak tury, wszystko na wesoło. Atmosfera przednia, chce się trenować, rywalizować.

Na deser jeździli w prawo, a to trochę jakby wbrew rutynie. Trudno wyobrazić sobie żużlowego mistrza świata Bartka Zmarzlika gnającego pod włos. Dla kolarzy torowych również to kuriozalna kwestia, ale jeżdżą. Trener Igor Krymski spokojnie tłumaczy jaki jest zamysł – przełamanie pewnego standardu myślenia i odruchów, zmianę napięcia mięśni, by zapracowały w drugą stronę, aby próbować unikać asymetrii…

Nowy, inny impuls.

Zawodnicy nie oszczędzają się. W pogotowiu mechanik, fizjolog, doktor… Pełna kontrola, pomiary czasu, fotokomórki, filmowanie przejazdów, i maksymalne skupienie. Choć o to ostatnie wcale nie jest łatwo. Większość z nich uczestniczyła w wyścigu wirtualnym ORLEN e-Tour de Pologne na trenażerach kolarskich, do tego grali w gry w ramach akcji Stay and Play. Dużo się wokół nich dzieje, ale… coś już wspominałem o ogromnym potencjale tej ekipy.

Więcej w poniższym materiale wideo. Zapraszamy.

Sponsorem kolarzy torowych oraz portalu KierunekTokio.pl jest PKN ORLEN

 

Wideo i montaż: Mateusz Stelmaszczyk
Tekst i zdjęcie główne: Dariusz Urbanowicz

 

 

Dla przypomnienia wizyta Eldo na pruszkowskim welodromie:

Eldo jedzie do Tokio cz. 6 – kolarstwo torowe z mistrzami sprintu

 


Aktualności

Kalendarz imprez