Tour de France najciekawsze od lat. Zapowiedź Wielkiej Pętli

Tour de France najciekawsze od lat. Zapowiedź Wielkiej Pętli

Dawno z takim utęsknieniem nie czekaliśmy na Tour de France. Choć to wciąż najbardziej znany i najważniejszy wyścig w roku, to jednak w ostatnich latach potrafił przynudzić, a Giro d’Italia czy Vuelta a Espana były po prostu ciekawsze. W tym sezonie Francuzi poszli jednak po rozum do głowy i zafundowali nam wyścig, który aż chce się oglądać. Tym bardziej że przerwa spowodowana koronawirusem tylko spotęgowała u nas głód wielkiego ścigania. Dlatego rywalizacja we Francji powinna nam dać mnóstwo emocji. Powodów, by się tego spodziewać, jest naprawdę sporo. Na czele z trasą. 

Płaskiego nie będzie

Śmiało można napisać, że to Tour de France w pewnym sensie inspirowany hiszpańską Vueltą. Dużo gór i pagórków, mało klasycznych etapów dla sprinterów, czy długich „przelotówek”, gdy kolarze jadą ponad 200 kilometrów po płaskim i właściwie można włączyć sam finisz, a wiele się nie straci. Najdłuższy w tym roku etap ma 218 kilometrów – nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by najdłuższy z odcinków był równocześnie aż tak krótki. To będzie bardzo dynamiczny wyścig, ale równocześnie niesamowicie trudny. I to od samego początku, co – jak na Wielką Pętlę – naprawdę niezwykłe.

– Faktycznie, już w pierwszym tygodniu trzeba będzie być w dobrej dyspozycji, jeżeli chce się wygrać generalkę, bo już będą podjazdy i walka. Myślę, że po pierwszym tygodniu będziemy wiedzieć, kto tego wyścigu nie wygra, bo szybko wykruszą się niektórzy kolarze typowani do top 10. Trasa jest bardzo trudna i zdecydowanie dla górali. Trzeba naprawdę być znakomitym góralem, żeby liczyć na to, że wygra się tegoroczny Tour – mówi Adam Probosz, komentator i dziennikarz Eurosportu.

– Już sam początek tegorocznego Tour de France, czyli etapy w okolicach Nicei będą bardzo ciekawe. Aż się trochę martwię, bo na początku tego wyścigu często jest nerwowo, zdarza się sporo kraks. Nie wspomnę nawet o drugim dniu. Faktycznie jest tak, że tegoroczna trasa Tour de France jest mocno zainspirowana Vueltą, to widać. To zresztą jest ten sam organizator – ASO. I wydaje mi się, że po tym, jak w ostatnich latach Vuelta bywała, właśnie ze względu na trasę, być może nawet najciekawszym wielkim tourem, zdecydowali się iść tym tropem. Inna sprawa, że w tym okresie powinna się już rozpoczynać właśnie Vuelta, a nie Tour de France (śmiech) – dodaje Arlena Sokalska, zastępca redaktora naczelnego Polska The Times.

Etapów dedykowanych sprinterom doliczyć się można na tegorocznym Tour de France sześciu. Siedmiu, jeśli ktoś bardzo się uprze. Wielu najlepszych spośród zawodników walczących na finiszu nie zdecydowało się więc nawet na przyjazd. Jeśli już ktoś w Nicei się pojawił, to wiadomo, że będzie miał spore cele. Jak co roku o zieloną koszulkę powalczy więc Peter Sagan, będą też Alexander Kristoff, Caleb Ewan czy Elia Viviani. Ale zabraknie takich nazwisk jak Fernando Gaviria, Pascal Ackermann czy Dylan Groenewegen. Choć ten ostatni wypadł, oczywiście, również z innego powodu. Brak takich postaci jasno pokazuje, że to zupełnie inny Tour.

Zależnie od tego, jak kto liczy, wychodzi od ośmiu do dwunastu odcinków typowo górskich. Łącznie jednak co najmniej trzynaście etapów uznać trzeba za trudne i mocno pofałdowane, a sześć kończy się naprawdę wymagającymi finiszami. Kluczowe dla losów rywalizacji, jak zauważa na przykład Michał Kwiatkowski, powinny być etapy od 17. do 20., ale czujnym trzeba być tak naprawdę od samego początku wyścigu.

– Jeśli chodzi o dwa pierwsze etapy, to one są naprawdę trudne. Może jeszcze drugi etap z 2014 roku, gdy Tour startował w Yorkshire, był dość wymagający, poza tym nie pamiętam tak trudnego startu. Każdy sprinter, który wystartuje w tym wyścigu, będzie musiał się natrudzić, żeby dojechać ze świeżą nogą do finiszu. Nie będzie to łatwe. Na pierwszym etapie i rundach w Nicei trudno znaleźć odcinek płaskiego, a to są i tak najbardziej płaskie rundy, jakie organizator mógł wymyślić. Pogoda – w tej chwili zapowiadane są przelotne opady – też może mieć znaczenie. Nie jest to lekki start. Drugi etap jest wymagający, natomiast nie wydaje mi się, żeby przyniósł jakieś wielkie sensacje jeśli chodzi o faworytów. Z mojego punktu widzenia i tak muszę być z przodu z moimi liderami, nie stracić czasu. W pierwszym tygodniu chodzi głównie o to, by nie zaplątać się w jakąś kraksę, bo to zazwyczaj największy cios dla pozycji w klasyfikacji generalnej. Jeszcze zanim dojedziemy do pierwszego dnia wolnego, ta klasyfikacja będzie już w jakimś stopniu ułożona. […] Pierwszym tygodniem Tour de France nikt nie jest jednak w stanie wygrać wyścigu – choć można go przegrać. Kluczowych będzie ostatnich kilka etapów – mówił Kwiato.

Profil 17. etapu Tour de France

Etap 17. może uchodzić za najtrudniejszy. Kończy się długim, liczącym sobie 20 kilometrów podjazdem, który jest bardzo nieregularny. Trzeba uważać na zmiany nachylenia, dostosować się do tego, co oferuje droga. A więc nie tylko mieć noc w nogach, ale też być niezwykle czujnym na trasie. Z kolei czasówka, rozgrywana niemalże na sam koniec wyścigu, liczy sobie 36 kilometrów, a ostatnie sześć wiedzie wyłącznie pod górę. Ten etap może okazać się bardzo ważny, biorąc pod uwagę, że wśród głównych faworytów są Egan Bernal i Primoz Roglić, a zdecydowanie lepszym czasowcem z tej dwójki jest Słoweniec. Ale o nich i ich rywalizacji za moment.

Wcześniej napiszmy sobie jeszcze, że tegoroczna trasa Tour de France to tak naprawdę rewolucja. Dopiero po raz siódmy w historii wyścig startuje na południu kraju. Kompletnie zmienia się też obraz całej imprezy – zwykle w pierwszym tygodniu jechano płaskie etapy, typowe dla północy Francji, na których pokazywali się sprinterzy. Teraz tego nie będzie. Nie będzie też typowej pętli, a zygzak pomiędzy kolejnymi pasmami górskimi. Podjazdy, które doskonale znane są z tras Touru, tym razem zastąpione zostały takimi, które rzadko się w nim pojawiają. To wszystko sprawia, że możemy mieć do czynienia z najciekawszym Tour de France od lat.

Wyścig niespodzianek?

Trasa to jedna rzecz. Wydaje się być idealną dla wszelkiej maści harcowników, możliwe, że ucieczki staną się ważnym elementem tegorocznego Touru, a może nawet zadecydują o losach żółtej koszulki. Prawdopodobny zdaje się też scenariusz, w którym najwięksi faworyci w pewnym momencie solidarnie się wykruszą. Tak naprawdę w obecnej rzeczywistości nikt do końca nie wie – choć za nami już kilka ważnych wyścigów – w jakiej jest formie. Nigdy wcześniej kolarze nie przystępowali do Tour de France, mając za sobą tak mało dni startowych. Dochodzą więc jeszcze inne problemy.

– Przez ostatnich parę tygodni czy miesięcy robiłem wszystko, by być jak najlepiej przygotowanym – mówił Kwiatkowski. – Nie wydaje mi się, żeby to jakoś na mnie wpływało. Jedyną ważną rzeczą jest brak szansy zgrania zespołu, komunikacji, wytłumaczenia sobie w jaki sposób jeździmy, jak się przemieszczamy w peletonie. Jeśli chodzi o moje umiejętności i to, co robię na wyścigu – nie potrzebuję startów, żeby sobie to przypomnieć. Natomiast żeby wygrać Tour de France trzeba być jednością. Ośmiu zawodników musi być po tej samej stronie, wiedzieć, co ma robić. Każdy powinien mniej więcej wiedzieć czego od kogo oczekiwać. Takiej możliwości w tym sezonie nie było.

Listy faworytów mogą się więc zmieniać nie tylko z tygodnia na tydzień, ale nawet z dnia na dzień. – Nie wiem, czy forma wielu zawodników jest na tyle stabilna, by nie było pewnych niespodzianek w trakcie samego wyścigu. Wydaje mi się, że może być tak, że jednego dnia będziemy się jakimś zawodnikiem zachwycać, a drugiego okaże się, że nie daje on rady. Czy będzie to też dotyczyło faworytów? Nie mam pojęcia. Myślę jednak, że to możliwe – mówi Sokalska. Oczywiście, należy założyć, że najlepsi pojadą tak, jak nas do tego przyzwyczaili. Ale też nie da się wykluczyć, że w pewnym momencie po prostu odetnie im prąd. Tym bardziej biorąc pod uwagę wspomniane trudy tegorocznej trasy.

Dlatego warto być gotowym nawet na sensacyjne rozstrzygnięcia. – Spodziewam się sporych niespodzianek. Pamiętajmy, że nie było jeszcze tak długich przerw od jazdy w tej zawodowej historii kolarstwa. Nie wiadomo do końca, jak organizm na to zareaguje. Możliwe, że wielu kolarzy w trzecim tygodniu padnie, nie będą mieli sił. Sporo może się zdarzyć, niekoniecznie o podium musi walczyć trójka żelaznych faworytów. W normalnych czasach byłoby to dużo bardziej prawdopodobne – twierdzi Probosz.

Sam Michał Kwiatkowski zauważał, że na poprzednich wyścigach tego sezonu też tak było – lista faworytów zmieniała się tak naprawdę z dnia na dzień. Każdego wyglądała odrobinę inaczej. Choćby o jedno nazwisko, ale jednak. Na ten moment jednak wydaje się, że o triumf walczyć będzie wszystkim dwóch kolarzy.

Starcie mocarstw

Nie było całkiem pewne, czy do tego pojedynku w ogóle dojdzie. Primoz Roglic niedawno brał udział w kraksie i kilka wypowiedzi sugerowało, że może nie pojawić się na starcie Wielkiej Pętli. Na szczęście przybył jednak do Nicei i ma zamiar walczyć o zwycięstwo. – Nie mogę się doczekać soboty, chcę od początku dać z siebie wszystko. Jako zespół musimy się skupić na samych sobie, tylko naszą jazdę możemy kontrolować. Nie myślę o innych faworytach. Ważne, że są na starcie i możemy wyłonić najlepszego. Osobiście zrobiłem, co mogłem, by być w wysokiej formie. Dojście do siebie po kraksie zajęło mi nieco więcej czasu, niż myślałem i nie odbyłem wszystkich zaplanowanych treningów, ale takie jest kolarstwo – mówił.

Jego obecność powinna cieszyć tak naprawdę wszystkich fanów. Bo w ostatnim czasie prezentował się z naprawdę dobrej strony, świetnie jechał w Tour de l’Ain i Criterium du Dauphine (gdzie doznał też jednak wspomnianej kraksy). Jeśli odpoczął po upadku i w takiej formie przyjechał też na Tour de France, to będzie jednym z dwóch największych faworytów do zwycięstwa w całym wyścigu. A Team INEOS Grenadier (jak od niedawna zwie się brytyjska ekipa) wreszcie dostał do rywalizacji na Tourze zespół, który nie podporządkuje się narzucanym przez niego warunkom, ale wręcz spróbuje przejąć kontrolę nad sytuacją. Jumbo-Visma z pewnością na to stać, mamy dowody.

– Na ostatnich wyścigach tak naprawdę to Jumbo-Visma bawiła się z kolarzami INEOS, choć to nie znaczy, że na Tour de France będzie tak samo. To powinna być bardzo równa walka, obie ekipy będą chciały pojechać tak samo taktycznie – zdominować górskie etapy, narzucić tempo, przygotować wyścig pod atak swojego lidera. Celem INEOS zawsze było wygranie Tour de France, w tym roku nie jest inaczej. Myślę, że Jumbo-Visma i INEOS nie będą brać jeńców, od początku będzie wojna na całego. Widać, że to najsilniejsze zespoły w tym roku – mówi Adam Probosz.

Brytyjska ekipa w tym sezonie zaskoczyła wszystkich. Kompletnie odeszła bowiem od przyjętej przez siebie wiele lat temu – jeszcze w czasach, gdy zwała się Team Sky – strategii posyłania na Wielką Pętlę brytyjskiego lidera. Chris Froome, który doszedł do siebie po fatalnej kontuzji pojedzie zamiast tego na Vueltę. Geraint Thomas – zwycięzca Tour de France sprzed dwóch lat i drugi kolarz wyścigu rok temu – uda się na Giro d’Italia. Nikt nie spodziewał się, że ani jeden z nich nie pojawi się we Francji.

Już na Dauphine było widać, że Froome i Thomas nie dojeżdżali w czołówce na najtrudniejszych etapach, więc zostali odsunięci od składu. W przypadku Froome’a wpływ może mieć też to, że już podpisał kontrakt z inną ekipą. Dla niego to pewnie wielki dramat, bo po swoim wypadku cały czas powtarzał, że nadal chce walczyć o piąte zwycięstwo w Tour de France. INEOS przygotował się na wojnę, to widać. Nie było sentymentów, decydowała aktualna forma – dodaje Probosz.  

To że nie jadą Geraint Thomas i Chris Froome, świadczy o tym, jak wielkimi mistrzami są, że potrafią powiedzieć w odpowiednim momencie, że zmieniają swoje cele na ten sezon, bo nie są gotowi do startu w Tour de France. Dla nich to absolutnie nowa sytuacja, całe te przygotowania do sezonu. Zresztą to, co zrobił Chris na przestrzeni ostatniego roku, czyli powrót po jego kontuzji, gdy ludzie postawili na nim krzyżyk, jest niesamowite. Teraz może myśleć o Vuelcie. Na pewno posiadanie u boku takich mistrzów, zwycięzców wielkich tourów, to duże ułatwienie. Życzę im wszystkiego najlepszego na Giro i na Vuelcie, ale jesteśmy, gdzie jesteśmy. Trzeba się z tym pogodzić – mówił z kolei Michał Kwiatkowski.

W peletonie każdy widzi, że tegoroczny Tour może okazać się starciem dwóch ekip o mocarstwowych zapędach. Przez lata INEOS zabijał starania rywali, doskonale kontrolując przebieg całego wyścigu i doprowadzając swojego lidera na wysokich pozycjach, spokojnie licząc sekundy potrzebne do zwycięstwa. Teraz nauczyła się to też robić ekipa Jumbo-Visma, a do tego ma piekielnie mocny skład i świetną atmosferę wewnątrz zespołu. Reszta drużyn nie ma takich zasobów, po prostu. Dlatego Dave Brailsford, menedżer INEOS, nie musi być fałszywie skromny.

Jesteśmy tu, by wygrać Tour de France. Udawało nam się to kilkukrotnie w poprzednich latach, byliśmy ambitni. To się nie zmieniło. Mamy mnóstwo ambicji, mnóstwo energii i jesteśmy podekscytowani. Czekamy na wyścig, który wygraliśmy więcej razy niż ktokolwiek inny w peletonie. Mamy kolarzy w naszej ekipie, którzy wygrali więcej wielkich tourów niż inne zespoły. Będziemy kolektywnie pracować na korzyść naszego zespołu – mówił.

Faktycznie, doświadczenia mają mnóstwo, choć Egan Bernal, lider ekipy, ma przecież ledwie 23 lata. Ale to on broni tytułu wywalczonego na francuskich drogach przed rokiem. W ostatnich tygodniach miał swoje problemy (wczoraj przyznawał, że wciąż czuje ból w plecach, który przeszkodził mu w ukończeniu Dauphine), nie był w najwyższej formie, a jednak – jeśli tylko zdołał się odpowiednio przygotować, pewnie nadal powinien być uważany za głównego kandydata do zgarnięcia żółtej koszulki. Tuż za jego plecami czaić się będzie za to Roglic.

I to ta dwójka będzie walczyć o końcowy triumf. Ale gdyby jednak zdarzyła się mała niespodzianka i wygrać miał kto inny… no to kto?

Nadzieja Francuzów i reszta stawki

Rok 1985. To wtedy po raz ostatni francuski kolarz wygrał Wielką Petlę. Bernard Hinault, dla którego był to piąty taki triumf, wciąż nie doczekał się następcy. Co roku presja na kolejnych kolarzach z Francji jest coraz większa. Doskonale wie o tym Thibaut Pinot – główny kandydat do zwycięstwa w tegorocznym Tour de France, gdyby tylko pominąć Bernala i Roglicia. Rok temu przeżył na trasie prawdziwy dramat, na jednym z ostatnich etapów doznał kontuzji, miał problemy z mięśniem. Jechał ze łzami w oczach, a potem się wycofał. Zresztą to nie pierwszy taki moment w jego karierze.

– Jeśli chodzi o Pinot, to czasem brak mi słów. Nie wiem, co jest nie tak z tym zawodnikiem. Jemu się zawsze przydarza coś w ostatnich dniach wyścigu. Pamiętam, że gdy był na podium klasyfikacji w Giro, to zachorował i musiał się wycofać. W ubiegłym roku z kolei doznał tej kontuzji mięśnia… Wydaje mi się, że to jest kolarz, którego – jeżeli wszystko mu zagra – to stać go na wiele. Mam nadzieję, że w tym roku pokaże pełnię swojego talentu. Bez żadnego pecha, bo to on jest jego największym wrogiem – mówi Arlena Sokalska.

Sam Pinot przyznaje, że po tym, co stało się w zeszłym roku, jest mocniejszy mentalnie. Wszystkie te pechowe wycofania z największych wyścigów – których już trochę w karierze zebrał – sprawiły, że dziś jest już kolarzem gotowym walczyć o najwyższe cele. Presja też go nie dobija. – Jestem od tego wszystkiego nieco oderwany. Dobrze jest nie tracić energii na opanowywanie stresu. Jestem wyciszony i zmotywowany. Nie będzie już gorzej, niż w zeszłym roku, a przynajmniej taką mam nadzieję. Od kilku lat powtarza się, że dla Francuzów to „teraz albo nigdy”. Przyjmuję to z uśmiechem – mówił.

Forma Pinot wydaje się być naprawdę świetna. We wszystkich wyścigach, jakie przejechał w tym sezonie – i przed przerwą, i po niej – nie wypadł z dziesiątki w klasyfikacji generalnej. W każdym kolejnym prezentował się zresztą coraz lepiej, Criterium du Dauphine ukończył na drugim miejscu. O swoich przygotowaniach mówi, że te były dobre i przebiegły bez większych zakłóceń. Wszystko wydaje się wskazywać na to, że faktycznie może powalczyć. Sprzyja mu nawet… przełożenie wyścigu. Bo to zawodnik, który bardzo nie lubi upałów. A we wrześniu może liczyć, że temperatury będą znacznie niższe, niż to zwykle bywało, gdy wyścig odbywał się w lipcu. Do tego to przecież góral z krwi i gości, tegoroczna trasa powinna więc bardzo mu odpowiadać. Brak mu tylko jednego – tak mocnej grupy, jaką mają do swej dyspozycji Roglic i Bernal, choć Groupama-FDJ i tak radzi sobie bardzo dobrze.

Cel jest taki jak przed rokiem: dać z siebie wszystko i pojechać jak najlepiej. Dla mnie cel to miejsce na podium klasyfikacji generalnej – trzecie lub wyższe. Cieszę się, że mogę pojechać w Tourze. Nie boimy się innych ekip. Jumbo-Visma i INEOS czują na sobie presję, tak myślę. Będą się starali zamknąć wyścig, jak zrobili to w Dauphine. Pewnie dobrze im to wyjdzie, ale przez trzy tygodnie wiele może się wydarzyć – dodawał Pinot. A jego dobre nastawienie i niezłą formę potwierdzają zarówno jego koledzy z ekipy, jak i jej dyrektorzy. Francuzi więc mają za kogo trzymać kciuki.

Faworytów jest jednak więcej, choć każdy kolejny zdaje się mieć mniejsze szanse na zwycięstwo. Jak co każdy wielki wyścig, na którym się pojawiają, do tego grona zaliczyć trzeba Nairo Quintanę, Rigoberto Urana czy Mikela Landę. Największe szanse ma zapewne ostatni z nich, choć z Hiszpanem bywa naprawdę różnie. – Bardzo lubię tego kolarza. Potrafi wykonywać niesamowite rzeczy, ale wtedy, gdy nie jest liderem. Nie wiem jednak, czy nie należy do zawodników, których po prostu spala nadmierna presja, gdy są liderami swoich ekip i ktoś na nich mocno stawia. Życzę mu jednak jak najlepiej, bo to bardzo fajny kolarz i bardzo dobry góral – mówi Sokalska.

Poza tymi zawodnikami warto wspomnieć między innymi o Danielu Martinezie, który wygrał Criterium du Dauphine. A zwycięzca tego wyścigu zawsze może liczyć się też w walce o triumf na Tour de France. To zresztą kolega Urana z ekipy, co znaczy, że EF Pro Cycling ma całkiem mocny skład na starcie Wielkiej Pętli. W walce o wysokie lokaty powinien się też liczyć Tadej Pogacar, a może do rywalizacji włączy się też Tom Dumoulin. Choć dla niego na tegorocznej Wielkiej Pętli jest pewnie za mało czasówek i Holender raczej będzie odpowiadać za prowadzenie w górach Roglicia. Nie można też zapominać, że – patrząc na rozstrzygnięcia z dwóch ostatnich edycji Tour de France – swojego asa w rękawie ma też INEOS.

– W INEOS jest też Richard Carapaz. Na razie nie jest liderem, ale kto wie, czy to nie jest plan B? Zobaczymy, co będzie się działo podczas samego Tour de France – mówi Arlena Sokalska. – INEOS nie wziął na wyścig Brytyjczyków, ale jeżeli mówimy o faworytach, to jest to też Adam Yates, właśnie Brytyjczyk, który na wyścig przyjedzie z całkiem dobrą ekipą Mitchelton-Scott. O nim też nie można zapominać. – A jeśli grono faworytów chcemy rozszerzyć jeszcze bardziej możemy dopisać Emu Buchmanna (który jednak mocno poobijał się na Dauphine) czy Miguela Angela Lopeza. No i nie zapominajmy, że jest też Julian Alaphilippe, który fantastycznie jechał w zeszłym roku. Choć on sam między wierszami mówił, że w tym sezonie raczej nie skupi się na klasyfikacji generalnej.

Miejmy nadzieję, że nie skupi się też na niej wirus. Bo on również może całą rywalizację wywrócić do góry nogami.

Zagrożenie

Wiadomo, że trzeba brać pod uwagę koronawirusa. Niestety. Wszyscy w peletonie powtarzają, że liczą na rozstrzygnięcie wyścigu wyłącznie w ramach sportowej rywalizacji. Ale może być zupełnie inaczej. We Francji znów rośnie liczba zachorowań, w Nicei dopiero co zaostrzono obostrzenia, a wszyscy spekulują, czy przedterminowe zakończenie Touru może się wydarzyć. Bo w regulaminie taki punkt jest, oczywiście, zawarty. Podobnie jak ten, który mówi, że dana ekipa w całości zostanie odesłana do domu po wykryciu zakażenia u co najmniej dwóch jej kolarzy.

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) wraz z organizatorami w ostatniej chwili zdecydowała o próbie zabezpieczenia się przed fałszywie pozytywnymi wynikami testów, które ostatnio stały się pewną plagą. Postanowiono więc, że po wykryciu u kolarza zakażenia, natychmiast ma zostać zrobiony drugi test. Dopiero jeśli on potwierdzi wynik pierwszego, zawodnik zostanie odseparowany od reszty kolegów. Jeśli wirus pojawi się u członków obsługi danej ekipy (na przykład mechaników), ale kolarze będą od niego wolni, zespół spokojnie może za to jechać dalej.

Wyniki testów będą dostępne w maksimum dwie godziny, czasem nawet godzinę. Będziemy je mieć naprawdę szybko. Zmodyfikowanie przepisów pozwoli nam odnaleźć właściwy balans między obawami zespołów, które boją się wykluczenia oraz dbałością o zdrowie peletonu – mówili oficjele. Jeśli chodzi o kibiców, to na starcie i mecie ich zabraknie. Na opcjonalnych górskich podjazdach każdego etapu będą z kolei odpowiednio kontrolowani, a ich liczba – w miarę możliwości – zostanie ograniczona. Kolarze z kolei pomiędzy etapami zamknięci będą w swoich własnych „bańkach”.

– Każdy z kolarzy, który, jak ja, trenuje w tym regionie, spodziewał się, że start będzie wielkim familijnym świętem, będzie można sprowadzić rodziny i celebrować to w ten sposób. Każdy wie jednak, jak to teraz wygląda. Z żoną pożegnałem się w środę i zobaczę ją pewnie za cztery tygodnie – mówił Michał Kwiatkowski. Faktycznie jednak wirus miał swoje własne plany. Takie mogą mieć też konkretne ekipy. Bo coraz częściej powtarza się, że warto zaatakować od samego początku, żeby mieć żółtą koszulkę lidera w razie, gdyby wyścig przerwano. Choć w INEOS i Jumbo-Visma, zgodnie z tym, co mówią, na razie o tym nie myślą. Wolą zakładać, że Tour de France – jak co roku – dojedzie do Paryża. Choć i tak całkiem prawdopodobne jest, że od startu będzie walka na całego.

– Taki jest cały ten sezon – twierdzi Adam Probosz. – Peleton jest strasznie nabuzowany. Tak naprawdę każdy dzień może być przecież ostatnim dniem sezonu. Każdy kolarz każdego dnia jedzie o wszystko. Tak pewnie też będzie na Tour de France, oby bez kraks i bezpiecznie. Myślę, że w związku z tym ten wyścig od pierwszego etapu będzie bardzo ciekawy, sprinterzy też będą szukali swojej szansy. Każda ekipa będzie chciała odnieść jakieś zwycięstwo, żeby mieć w tym sezonie zapisaną wygraną w Tour de France. Będzie nerwowo. Ładnie to powiedział Marek Bajfus, mechanik BORY, po pierwszym etapie Tour de Pologne: „Jakbym na bufecie na 5 kilometrów przed metą podał zawodnikom pistolety zamiast bidonów, to oni by się wystrzelali”. Taka była adrenalina.

Paradoksalnie koronawirus może więc dodać nam emocji. Oby jednak skończyło się tylko na tym, że kolarze będą bardziej głodni zwycięstw. Zachorowań nie chcemy. A jeśli mowa o zwycięstwach, to od razu napisać musimy – nie spodziewajcie się polskich. To nie ten rok.

Jedyny w stawce

W ostatnich latach nieco nas rozpieszczano. Przyzwyczailiśmy się, że na trasę Tour de France wyrusza po kilku Polaków. W tym sezonie będzie jednak zupełnie inaczej – pojedzie wyłącznie Michał Kwiatkowski. I to w roli pomocnika. Choć, jak twierdzą Adam Probosz i Arlena Sokalska, słowo „pomocnik” nie w pełni oddaje to, co Kwiato na trasie ma robić.

– Ja się cieszę, że Michał ma tak pewną rolę w drużynie, że nie było wątpliwości – nawet po ubiegłorocznym, nieudanym dla niego Tour de France – że pojedzie ten wyścig. I jedzie go w pewnym sensie jako kapitan drużyny. „Pomocnik” to zdecydowanie za mało powiedziane. Po pierwsze to kapitan, a po drugie facet, który pokazał, że potrafi pracować dla lidera w każdym terenie. Dla mnie rola Michała w tej ekipie jest bardzo ważna. Szkoda, oczywiście, że nie będzie więcej Polaków. Szkoda, że nie ma żadnego Polaka w CCC Team, bo kogoś pewnie można było wziąć. Z drugiej strony cieszę się za to na przykład, że Rafał Majka nie jedzie Tour de France, a Giro d’Italia, bo to wyścig, który woli i powalczy tam pewnie o klasyfikację generalną. Tomek Marczyński przejedzie z kolei swoją ulubioną Vueltę. Tak to jest podzielone. Nie mamy w zawodowym peletonie tylu kolarzy, by mieć kilku w każdym wyścigu – mówi Probosz.

– Michał w tej chwili jest już takim kapitanem swojej drużyny na Tour de France. Kiedyś takiej roli nie było w peletonie, kapitanem ekipy na dany wyścig był lider. Dziś to się trochę zmieniło, pojawił się taki kolarz, który ogarnia cały zespół, żeby lider nie musiał się o to martwić. Michał to kolarz, który znakomicie czyta wyścig. Nie wszystkie decyzje da się podjąć z samochodu dyrektora wyścigu. Na niektórych etapach dyrektor widzi tyle samo co kibic i to jeszcze z opóźnieniem, bo ogląda to, co pokazywane jest w transmisji z etapu. Decyzje mogą być przez to spóźnione nawet o kilka minut. Tu musi być obecny kolarz, który podejmuje je w peletonie – czy gonimy, czy jedziemy do przodu, czy konkretna ucieczka jest dla nas groźna. To jest rola Michała Kwiatkowskiego. Nie tylko pomoc na rowerze, ale też takie myślenie o tym, co robić, by liderowi było jak najlepiej – dodaje Sokalska.

Kwiatkowski, jak się wydaje, do pełnienia tej funkcji jest doskonale przygotowany. W pamięci mamy zwłaszcza drugi etap Dauphine, gdzie na podjeździe narzucił takie tempo, że co najmniej połowa kolarzy odpadła z prowadzonej przez niego grupy. A potem się okazało, że nawet liderzy jego ekipy nie do końca wytrzymali tę niesamowitą pracę Polaka. Wiemy też, że Kwiato świetnie przepracował okres pandemii, bo to nie gość, który w takiej sytuacji miałby problem ze zmobilizowaniem się do pracy. Wręcz przeciwnie. Trwał w reżimie i dziś widać tego efekty. Jeśli nie zależy wam wyłącznie na zwycięstwach, a chcecie po prostu widzieć polskiego kolarza pełniącego ważną rolę w peletonie, to obserwujcie Michała. Możliwe, że stanie się jednym z najważniejszych elementów w zwycięskiej jeździe Egana Bernala.

Czy sam jednak dostanie okazję na odniesienie choćby małego sukcesu?

– Wydaje mi się, że jeżeli będzie miał siły, to będzie mógł dobrze pojechać czasówkę pod koniec wyścig – mówi Sokalska. – On kiedyś taką szansę już dostał, ale przegrał z Maciejem Bodnarem, którego tym razem nie zobaczymy na trasie. Wydaje mi się, że to może być jego szansa. Natomiast nie sądzę, by sam myślał o szansie na zgarnięcie czegokolwiek indywidualnego w momencie, gdy zespół będzie walczył o koszulkę lidera. Oczywiście, gdyby zdarzyła się taka sytuacja jak w Dauphine, gdy okazało się, że klasyfikacja generalna odjechała, to pozostali kolarze będą robili wszystko, by uratować wyścig. Ale musiałoby dojść do jakichś nietypowych sytuacji, żeby odpadło aż trzech zawodników – Egan Bernal, Richard Carapaz i ewentualnie Paweł Siwakow, który też może zostać liderem INEOS.

Kwiato więc, jak sami widzicie, zapewne będzie dla ekipy bardzo ważny, ale sukcesów nie odniesie. Przynajmniej na tym wyścigu. Co nie zmienia jednak faktu, że to Tour de France zapowiada się wprost wyśmienicie. Warto je obserwować. Już od dzisiejszego, pierwszego etapu.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Jacek
Jacek
9 miesięcy temu

Dobry art. Brawo

Aktualności

Kalendarz imprez