Tomasz Holc: Złoto Kusznierewicza nie wzięło się z niczego

Tomasz Holc: Złoto Kusznierewicza nie wzięło się z niczego

To niezwykle ważne i szanowane nazwisko polskiego żeglarstwa. Tomasz Holc był wiceprezydentem Międzynarodowej Federacji Żeglarskiej, wiceprezesem Polskiego Związku Żeglarskiego w czasie kiedy Mateusz Kusznierewicz zdobywał jedyne polskie złoto w żeglarstwie. Do tego jest dwukrotnym olimpijczykiem – z Monachium ’72 i Moskwy ’80. Multimedalista mistrzostw kraju, Europy i świata. W końcu poseł na sejm I kadencji, komentator olimpijski TVP, inżynier po Politechnice Warszawskiej etc. Niedawno głośno zrobiło się o nim po wybudowaniu domu, który… cumuje przy wiślanym nabrzeżu.

Zaczynał uprawiać sport regatowy zanim powstał Zalew Zegrzyński, a warszawianie uczyli się żeglować na Wiśle. Przeszedł przez wszystkie szczeble żeglarskiego wtajemniczenia. Od zawodnika po oficjela z najwyższego szczebla międzynarodowych władz żeglarskich. Rocznik 1946. Jeszcze kilka lat temu zdobywał medale mistrzostw Polski w olimpijskiej klasie Star. A dziś można go zobaczyć trenującego na łodzi wiosłowej na Wiśle. Rozmowa została wyemitowana w audycji “Kierunek Tokio” w radiu Weszło FM.

DARIUSZ URBANOWICZ: Tomasz, jesteś przykładem na to, że żeglarstwo to sport, w którym bariera wiekowa praktycznie nie istnieje.

TOMASZ HOLC: Na pewno tak, jakkolwiek trudno mi porównywać z innymi sportami, nie mam pojęcia jak to wygląda na przykład w szybownictwie, być może jest porównywalne jeśli chodzi o długość uprawiania. Uprawianie regatowego żeglarstwa to jedna rzecz, natomiast jest to pewien model życia. Jak już się raz spróbowało być na wodzie, walczyć z tymi żywiołami, pokonywać przeciwności losu – to wszystko stanowi wyzwanie, uzależnia. Jednocześnie sprawia ogromną frajdę, jeśli uda się z tym wygrać. Wielu byłych zawodników regatowych, po zakończeniu kariery wciąż żegluje, ale trochę w innym wydaniu, bardziej amatorskim. Tu dążę do wspomnienia wspólnej żeglugi z tobą.

To była przyjemność po mojej stronie. Szkoła życia. 

Żeglowaliśmy w klasie, która niestety nie jest już olimpijską. Program regat olimpijskich ulega regularnym zmianom, które wynikają z polityki federacji żeglarskiej i komitetu olimpijskiego. Dla tych instytucji największą wartość stanowi wielkość partycypacji. Żeglarstwo od zawsze kojarzyło się jako sport elitarny, ze względu choćby na koszty, trudność zdobycia sprzętu, dotarcia na miejsce regat. Tu mówię o dawniejszych czasach, kiedy komunikacja i przemieszczenie były znacznie bardziej skomplikowane. Chodziło o to, by jak najwięcej państw mogło brać udział w rywalizacji. A drogi sprzęt stanowił jedną z oczywistych przeszkód finansowych. Początki żeglarstwa olimpijskiego oznaczały żeglugę na dużych kilowych łodziach, które w tamtych czasach kosztowały fortunę, a przemieszczanie się z taką łódką to była dodatkowa studnia bez dna.

Ze względu na pewną oddolną presję ISAF (a dziś World Sailing) podejmowała decyzje o zmianie sprzętu co którąś kampanię olimpijską. Być może dziś jest to odgórna presja ze strony wymogów telewizyjnych i praw komercjalizacji rynku sportowego. Wcześniej jednak wyznacznik miała stanowić dostępność ekwipunku, a dodatkowo, aby ten sprzęt był dokładnie taki sam dla każdego z uczestników, aby nie powodował różnic. W przypadku jachtów kilowych było to bardzo trudne do osiągnięcia. Ten trend kompletnie pozmieniał klasy olimpijskie. Zacząłem o tym mówić, bo z tobą pływaliśmy na Starze, który w tamtym okresie kończył przygodę olimpijską. Ostatnie igrzyska Stara to Londyn 2012. Bardzo mi żal tej łódki, bo oznacza ona wielką historię, wiele wspaniałych nazwisk ze świata żeglarskiego, z Pucharu Ameryki, z regat oceanicznych, regat dookoła świata, Sydney-Hobart czy Fastnet Race, spotykało się właśnie na Starach.

Właśnie, Star to była platforma spotkań najwybitniejszych żeglarzy zawodowych z zawodnikami aspirującymi do zawodowstwa. W programie igrzysk na Starach żeglowało się od 1932 roku. 

To niesamowite. Początek tej klasy to byli dedykowani żeglarze klasy Star właśnie. Ja miałem przyjemność ścigania się jeszcze na łódkach z poprzedniej epoki. Na takiej bardzo starej łódce wygrałem nawet kiedyś dość egzotyczne regaty o mistrzostwo Maroka. Nie mam pojęcia jakim cudem nie zatonęła, nie rozpadła się, była tego zresztą bardzo blisko. Zebraliśmy w Maroku kilkanaście łódek i to wyglądało trochę jak retro regaty w połowie lat 70. Piękne wspomnienia, ale to tylko dygresja.

Mówiliśmy o klasach i ich zmianach w programie igrzysk. Klasa to jednocześnie sprostanie zaleceniom, a może raczej wymogom MKOl, który mówi: możemy pokazywać sport na żywo, jeśli transmisja zmieści się w 45 minutach. Takie są bowiem prawa telewizyjne, że wraz z reklamami, trzeba się zmieścić w ciągu godziny z przekazem. Format żeglowania, a pamiętam jak to wyglądało w latach 70. ubiegłego wieku, a nawet w latach 60., uległ więc poważnym zmianom. Wypływało się gdzieś za horyzont, trasa była ustawiona daleko od brzegu i nikt nie mógł zobaczyć rywalizacji. Nieliczni wybierali się na statkach, jachtach oglądać te regaty, ale to były jednostki. Dziś wyścigi ustawia się na krótkich trasach bardzo blisko brzegu, do tego doszła cała technologia, czyli śmigłowce z kamerami, GPS-y, kamery na pokładzie. Można powiedzieć, że wszystko się zmieniło kosztem „prawdziwego” żeglowania – dwugodzinnych wyścigów, po dwa dziennie przez tydzień trwania zawodów. Wtedy taktyka była znacznie bardziej rozwinięta. Trzeba było zupełnie inaczej kalkulować, żonglować siłami. Wiedzieć ile czasu wytrzymamy w pełnym drylu regatowym, w ciężkich warunkach. Ileś rzeczy wymagało zupełnie innego przygotowania, niż to się robi dzisiaj.

Kilonia ’72. Twoje pierwsze igrzyska. To taka ciekawostka, bo nie każdy zdaje sobie sprawę, że żeglarze często trafiają na zsyłkę, bo żeglarska wioska olimpijska bywa naprawdę bardzo oddalona od właściwego miejsca igrzysk. Kilonię od Monachium dzieli blisko 900 km, a Moskwę od Tallina ponad tysiąc.

W Rzymie czy w Tokio zawsze regaty żeglarskie były z dala od głównej areny. Monachium to dla mnie pierwsze igrzyska, ale jednocześnie ostatnie, które były dostępne dla ludzi. Nasza wioska żeglarska była otwarta, ogólnodostępna dla kibiców. Po tych strasznych wydarzeniach w Monachium – mówię oczywiście o zamachu terrorystycznym, morderstwie izraelskich sportowców – zwiększono kontrole i ograniczono dostęp fanom. Igrzyska straciły wtedy walor obcowania z entuzjastami, którzy chcieli być blisko swoich bohaterów i zobaczyć, przyjść, zdobyć autograf, czy po prostu pogratulować, dopingować. Ale to znowu dygresja. Regaty w Kilonii rozgrywano jeszcze w tym starym modelu, daleko od brzegu, na długich trasach… Tamto żeglarstwo było naprawdę wyczerpujące fizycznie.

Na jakiej klasie wówczas się ścigałeś?

Na Tempeście.

To dziś już trochę zapomniana klasa, przynajmniej w Polsce… 

Tak, w Polsce zupełnie nieobecna. To dwuosobowa łódka kilowa. Zastąpiła w programie igrzysk Latającego Holendra i miała zastąpić Stara w Montrealu. Tu znów kłania się ta polityka, o której rozmawialiśmy na wstępie. Każdy miał coś do powiedzenia – ISAF, projektanci łódek i pewne lobby związane z daną klasą. Do struktur danej klasy powoływano często ludzi z wyższych sfer: rządzących, królów, bo tak też się zdarzało. Takie gremia decydowały, która klasa powinna być na olimpiadzie. Wystartowaliśmy w bodaj trzecich mistrzostwach świata w 1969 roku nad Gardą i zdobyliśmy tam srebro. Trzy lata później startowałem na Tempeście w igrzyskach. Nowa klasa, ale wymagająca.

Wielu żeglarzy przesiadało się z innych klas na niego. Czy to z Latającego Holendra, czy jednoosobowego Finna, jak chociażby czterokrotny złoty medalista olimpijski Walentin Mankin ze Związku Radzieckiego. To wielkiej klasy zawodnik, osobna historia. Początkowo Tempest był klasą dla entuzjastów, a potem, po uzyskaniu statusu olimpijskiego, zdominowaną przez „zawodowców”. Wynik w Kilonii osiągnęliśmy… taki sobie. Dwunaste miejsce. To ciekawe, bo żeglarstwo wiąże się z innymi obciążeniami, nie ma tutaj stresu na pięciominutową rywalizację, bo regaty trwają tydzień, a ściganie codziennie trwa kilka godzin. Pamiętam też naszych, nazwijmy to „opiekunów”, również politycznych, którzy codziennie nas indoktrynowali: „wiecie-rozumiecie, nie zawiedźcie, cała Polska na was patrzy”. To oczywiście dodawało nam skrzydeł, ale w drugą stronę, nie mogliśmy ich rozłożyć. Przed oczami mam te codzienne odprawy.

Moim załogantem był Roman Rutkowski. Wcześniej finnista, pływał w kadrze narodowej. Znakomity partner, świetny zawodnik. A co najważniejsze, doskonały żeglarz. Wcześniej spotykałem się z opinią, która była dość powszechna, że załogant ma odpowiednio balastować i nie przeszkadzać sternikowi. Mało kto zwracał uwagę na walory żeglarskie takiego delikwenta, co rzecz jasna stanowi błąd, bo wygrywa załoga a nie sam sternik. A sukces lub porażka wynika ze wspólnej pracy i podziału odpowiedzialności, co do tego co się na łódce dzieje.

Kolejne igrzyska miały się odbyć w Montrealu, ale nazwiska Holc próżno szukać na listach startowych. Dlaczego się na nich nie pojawiłeś? 

Faktycznie, nawet przygotowywałem się do tych igrzysk właśnie na klasie Tempest. Tej klasy jednak w Polsce nie było, a moja łódka była jedyną. W żeglarstwie potrzebny jest przynajmniej jeden sparingpartner, a najlepiej regularne wewnętrzne regaty aby móc się stale porównywać. To najlepszy trening, by ćwiczyć wszystko to co na żeglarstwo się składa – taktykę, technikę, prowadzenie jachtu, no, całą masę elementów składowych. Musieliśmy wymyślać różne patenty, wynajdywać miejsca, by móc sensownie trenować. To był czas moich studiów na Politechnice Warszawskiej, co nie ułatwiało zadania. Coś tam musiałem zawalać, coś kombinować, szukać dodatkowych terminów na uczelni.

Zostałem wicemistrzem świata i dostałem propozycję od niemieckiego producenta, firmy Mader. Zaoferował mi łódkę. Warunkiem jednak były starty w regatach i reklamowanie jego sprzętu przez skuteczną żeglugę. Porozumiałem się z moim przyjacielem ze Szwajcarii, u którego po mieszkałem i tam żeglowaliśmy. W pewnym momencie okazało się, że zostanę tam na dłużej, poznałem bowiem moją przyszłą żonę. Nasze władze sportowe i nie tylko sportowe, obraziły się na mnie do tego stopnia, że nie dostałem zgody by reprezentować Polskę w Montrealu. Jakkolwiek zostały rozpisane eliminacje, lista startów, które miałem zaliczyć, by pojechać do Kanady. Jednak do wyjazdu i tak nie doszło, mimo że startowałem rok wcześniej w regatach przedolimpijskich na tym samym akwenie.

Przenieśmy się zatem do Moskwy, a w zasadzie do Tallina, gdzie w 1980 roku odbyły się regaty olimpijskie. Tam już pływałeś na Starze ze Zbigniewem Malickim. Jakie były to igrzyska? Bo wiadomo: bojkot krajów zachodnich, Związek Radziecki. To wszystko nasuwa jakieś takie smutne skojarzenia.

Zacząć powinienem od tego, skąd się wziął pomysł startowania na tejże olimpiadzie właśnie na Starze. Aby wziąć udział w igrzyskach przecież trzeba się z czymś konkretnym zmierzyć, to nie jest kwestia zapisu, tylko trzeba prezentować odpowiedni poziom, przejść przez szereg eliminacji. To się zaczęło od wspomnianego już przeze mnie Maroka. Trafiłem do mojego przyjaciela, z którym pływałem w latach 60. na klasie Hornet. Udało nam się reaktywować klasę, po latach świetności Francuzów, którzy pozostawili tam całą flotę. Doprowadziliśmy do rozegrania mistrzostw Maroka, a po nich wystartowałem w mistrzostwach świata w Kilonii. Tam spotkałem się i odświeżyłem kontakty z wieloma żeglarzami, którzy przesiadali się z Tempesta i Finna właśnie na Stara. Finn to bardzo atletyczna klasa, dla młodych, wysportowanych ludzi. Naturalną koleją rzeczy jest, że po karierze na Finnie przesiadają się na Stara (tak było choćby z Mateuszem Kusznierewiczem), tu znów pojawia się nazwisko Mankina, z którym musiałem rywalizować.

My startowaliśmy w Europie wyłącznie na pożyczanych łódkach. Zajmowaliśmy zupełnie przyzwoite miejsca. Przekonaliśmy sportowe władze aby wysłali nas na igrzyska do Moskwa, a właściwie Tallina. Rzeczywiście z racji bojkotu nie pojawili się wszyscy, których spotykaliśmy normalnie na regatach. Czy były to smutne igrzyska? Oczywiście. Kiedy patrzyło się na listy startowe, to na pewno, często brakowało tych najlepszych. Specyficzne miejsce i czas, a to wszystko w poprzednim systemie, w którym działy się przecież rzeczy najdziwniejsze. Nie wiem czy warto o tym opowiadać, ale to jedna z wielu sytuacji. Mieliśmy awarię masztu. Przepracowaliśmy wiele godzin, aby ten zastępczy maszt doprowadzić do użytku, by zdążyć na kolejny wyścig.

Na czym ta operacja polegała?

Wymiana masztu to duże przedsięwzięcie, bo trzeba go odpowiednio okuć, tak aby wszystkie ustawienia działały jak należy. Tam jest cała masa regulacji i można to chyba porównać do strojenia instrumentu. Musieliśmy to wypróbować przed wyścigiem. Nie patrzyliśmy na zegarki, a tam białe noce i nie za bardzo wiedzieliśmy która godzina. Okazało się, że próbowaliśmy wypłynąć po północy, a port zamknięty, zaciągnięte takie specjalne kotary-sieci przeciw okrętom podwodnym. Po ostrej wymianie zdań otworzyli tę sieć i mogliśmy wypłynąć, by posprawdzać czy łódka zachowuje się odpowiednio. Towarzyszyła nam jednak uzbrojona jednostka z jakąś armatą, która nie spuszczała nas z oka. Taki był ten klimat, który potęgowały wydarzenia związane z odgórnym prikazem, że jedynym zwycięzcą regat musiał być Rosjanin, a w tym przypadku ów Mankin.

Pamiętam taki wyścig, choć właściwie tego dnia rozegrano chyba nawet dwa, gdzie z pokładu wojennego okrętu przy akwenie regatowym trenerzy obserwowali zmagania. Był tam też ktoś od nas, ale również trener radzieckich żeglarzy. W jednej chwili ten trener jest w czerwonej kurtce, a chwilę później w zielonej. Ten statek ustawił się w linii wiatru, dużo wyżej od startu. Dla nas każda zmiana wiatru, szkwały to niezwykle istotna sprawa, cenne jest wiedzieć o nich z wyprzedzeniem. Ten radziecki trener sygnalizował swoim zawodnikom, w którą stronę płynąć. Nikt o tym nie miał pojęcia, więc tylko Mankin na to reagował, zresztą z dobrym skutkiem, bo zdobył tam złoto.

Wydaje się, że żeglarstwo jednak jest sportem, gdzie nie ma problemów z czystością…

Raczej nieczystością. Kiedy się słyszy o aferach dopingowych, u nas w zasadzie się to nie zdarza. Nie ma u nas dopingu.

Z czego to wynika?

Nie znam się na dopingu. Trudno powiedzieć, ale nie jest to sport stricte wytrzymałościowy. Na istotnych regatach po każdym wyścigu zawodnicy brani są na kontrole na wyrywki, czy to antydoping, czy mierniczy, który sprawdza, czy nie ma oszustw sprzętowych. Oczywiście można się napić czegoś dozwolonego, podwójną kawę, albo jakieś odżywki, aby przetrwać cały dzień na wodzie.

Miałem taką przygodę startując kiedyś z Mateuszem Kusznierewiczem w Hiszpanii. Dominik Życki z Mateuszem przygotowywali sobie jakieś mieszanki izotoników. Przyszło mi do głowy, że skoro oni tacy mocni piją to, ja również się tym wzmocnię. Wypiłem tyle samo tego specyfiku co Mateusz. W trakcie wyścigu myślałem, że pęknę, że mnie od środka rozrywa. Udało mi się dotrwać, po wyścigu uwolniłem się od tego strasznego uczucia. Porozmawiałem później z doktorem kadry, który był z nami na miejscu. Opowiedziałem mu tę historię, on się za głowę złapał i mówi, że chłopaki mają przyzwyczajone żołądki, bo piją te odżywki regularnie od miesięcy. A ponieważ ja nie byłem do tego przygotowany, mój organizm się zbuntował.

Te starty z Mateuszem Kusznierewiczem naprawdę fajnie się dla was kończyły!

Myśmy startowali dwa razy. Właśnie na Majorce w Pucharze Świata i w mistrzostwach Europy nad Gardą. I tam zajęliśmy piąte miejsce.

Tomasz, ty masz to szczęście, że byłeś przy Mateuszu w Atlancie, kiedy on wzbijał się na top.

To czas przełomowy polskiego żeglarstwa. Poprzednik Ministerstwa Sportu – Główny Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki prowadził statystyki dotyczące sportów olimpijskich. My żeglarze byliśmy na szarym końcu. Wszystko finansował budżet państwa, nie było sponsorów i dostawaliśmy jakieś nędzne ochłapy. Te symboliczne pieniądze wystarczały na skromne zakupy i starty.

Dwa lata przed Atlantą ’96 zostałem wiceprezesem Polskiego Związku Żeglarskiego. Za punkt honoru wziąłem sobie, by zmienić sytuację finansową PZŻ. Wiedziałem, że albo wykorzystamy szansę i aspiracje by jakieś wyniki zrobić, albo będziemy się tłukli w ogonie do końca. Prezesem GKKFiT był Stefan Paszczyk, do którego, po ogłoszeniu programu finansowania związku, wybrałem się i to parokrotnie. Zasygnalizowałem mu problem, że z takim finansowaniem nie mamy szans zrealizować jakiegokolwiek programu szkoleniowego, że taka kampania olimpijska byłaby mimo wszystko pewnego rodzaju oszustwem.

Po kolejnym takim spotkaniu, po kolejnej flaszce wina – przepraszam za ten kolokwializm, ale tak było – przyjęliśmy dżentelmeński zakład. Potrzebowaliśmy wielokrotności oferowanej sumy, ale jeśli żeglarze z Atlanty nie przywieźliby żadnego punktu, mogliśmy zostać usunięci w przyszłości z programu finansowania jako dyscyplin olimpijska w związku z tym, że nie spełniamy jakichkolwiek nadziei. Musiałem zwołać zarząd PZŻ, aby to przeszło oficjalnie. Podsumowując, wynikiem tego zostaliśmy uratowani, bo pieniądze faktycznie się pojawiły.

Interesowały nas wtedy dwie klasy Finn i windsurfing, wtedy jeszcze Mistral One Design. W rezultacie złoto Mateusza zmieniło całkowicie naszą pozycję w rankingu dyscyplin i znaleźliśmy się bodaj na trzecim miejscu wśród sportów olimpijskich. W każdym razie w samej czołówce. Lepsze miejsce oznaczało lepsze finansowanie. Finalnie ostatnie dwa medale żeglarze zdobyli w Londynie 2012. To jednak zmieniło sposób myślenia. Pieniądze oznaczały inne możliwości jeśli chodziło o zakup sprzętu i wzrost konkurencyjności naszych zawodników. Wyniki stały się lepsze i stabilniejsze. Tak to się zaczęło.

Jak wspominasz te regaty olimpijskie w Atlancie? Mateusz Kusznierewicz był jeszcze trochę nieopierzony – miał 21 lat, a to niewiele jak na żeglarza z tak taktycznej klasy jak Finn.

Wspomnienia mam fantastyczne! Że Mateusz to znakomity talent, nawet nie musimy sobie tego mówić. Wszystkie jego wyniki do dziś przekonują, że mamy do czynienia z wybitnym żeglarzem, nieprzeciętnym sportowcem. Tu muszę znów pozwolić sobie na dygresję. To co pamiętałem ze swoich startów olimpijskich, to było jakieś takie napięcie, oczekiwanie. Każde miejsce poniżej marzeń, to był ogromny zawód, wiązało się to z krytyką, czy w gestach czy słowach. W Atlancie byłem szefem ekipy i starałem się, aby atmosfera była życzliwa, przyjacielska i luźna, aby wszyscy mieli poczucie, że są tam razem, że ze sobą rozmawiają, że tworzymy jedną przyjazną grupę. To był jeden z sukcesów, który sobie próbuję przypisać, że udało się stworzyć fajny klimat w ekipie. Start Mateusza został poprzedzony różnymi testami, startami w regatach, dopasowywaniem sprzętu – czymś, na co nas wcześniej nie było stać. Pod tym względem w końcu byliśmy na równi ze światem.

Od lewej: Mirosław Małek (klasa Mistral), Tomasz Holc (wiceprezes PZZ), Weronika Glinkiewicz (kl. Europa), Mateusz Kusznierewicz (Finn), Dorota Staszewska (Mistral), Paweł Gardasiewicz (Mistral), Marek Chocian i Zdzisław Staniul (470) oraz trenerzy Kajetan Glinkiewicz i Andrzej Piasecki.

Jak Mateusz radził sobie z tym ogromnym stresem w Savannah? Moje wrażenie jest takie, że potrafił wytrzymać w ogromnej koncentracji przez całe regaty. Nie wygrał żadnego z wyścigów, ale pływał za to bardzo konsekwentnie, co pozwoliło mu sięgnąć po złoto.

Trudno mi mówić o emocjach, które jemu towarzyszyły. To się działo przecież w jego głowie. Jednak to facet odporny i chyba umiał, albo dopiero się uczył, dystansować od tego, co się dzieje wokół. Wydaje mi się, że po pierwszych dwóch-trzech wyścigach, kiedy okazało się, że idzie mu znakomicie, że jego dobre żeglowanie nie jest dziełem przypadku, to musiało wpłynąć pozytywnie na jego psychikę. Udokumentowanie pozytywnego klimatu i jakości żeglowania dało efekt. On miał taki zapas punktowy, że mógłby nie startować w ostatnim wyścigu, a i tak nikt nie byłby w stanie go wyprzedzić. Przekonałem go jednak aby startował, że byłoby to niedżentelmeńskie, nonszalanckie podejście. Uwierzył, że powinien się sprawdzać do końca, aby pokazać szacunek rywalom. Kiedy dopływał do mety ostatniego wyścigu wpadliśmy w euforię. Byliśmy na gorącej linii z prezydentem, ministrami, radiem, telewizją… Pamiętam, że na koniec w tym szaleństwie radości wskoczyłem do jego łódki, tam się ściskaliśmy, cieszyliśmy się. Tak to się zakończyło.

Kolejne twoje wcielenie olimpijskie to komentator telewizyjny. Wcześniej byłeś zawodnikiem i działaczem, aż przyszedł czas Qindao podczas igrzysk Pekin 2008. Trudno się komentuje żeglarstwo?

Muszę tu zastrzec, że ja nie jestem do tego przygotowany, dziennikarstwo to nie mój zawód.

Ale występowałeś w roli eksperta. Miałeś obok siebie Waldemara Heflicha z niesamowitym warsztatem i encyklopedyczną wiedzą.

Zgadza się. Z jednej strony nie widzieliśmy akwenu regatowego i całość oglądaliśmy w ekranie w dziupli komentatorskiej. Realizator też nie zawsze pokazuje obrazki tak, aby wszystko zgadzało się z logiką wydarzeń i naszej narracji. Ale nie to stanowiło dla nas największy problem, tylko to by organizatorzy rozegrali konkretne wyścigi o zaplanowanym czasie. Co nie jest wcale proste, bo bywa, że nie ma wiatru i trzeba czekać, albo wiatr się skręci i trzeba przestawić trasę, co też trwa. A my jesteśmy na antenie. Co wtedy opowiadać, aby nie zanudzić ludzi? W takich chwilach mieliśmy kłopot by naszymi opowieściami zająć ludzi. Jeśli trwają ostatnie minuty do startu, albo sam wyścig jest już w trakcie, nie ma problemu, jest o czym mówić. Coś można powiedzieć o trasie, o układzie, o faworytach, o tym co według mnie jest korzystne, albo mniej, bliskość trasy od brzegu, o zafalowaniu… To bardzo ciekawe doświadczenie, bo mieliśmy do czynienia z obsługą techniczną. Pierwszy raz montowano wtedy kamery na łódkach, aby pokazywać to, co dzieje się na pokładzie. Można było o tym naprawdę ciekawie mówić.

Trzeba jednak ważyć słowa, bo żeglarstwo wymaga fachowości, ale nie sposób mówić slangiem żeglarskim.

Wiedząc o tym, że czeka mnie takie wyzwanie, miałem przyjemność spotkania z panem Bohdanem Tomaszewskim – nieżyjącym już niestety mistrzem słowa. Poprosiłem o wskazówki, czego ewentualnie się spodziewać, przed czym się pilnować. Usłyszałem od niego, abym mówił językiem takim, jakbym mówił do małych dzieci, które nie mają zielonego pojęcia o terminologii, o zjawiskach, o czymś co dla nas, żeglarzy, jest oczywiste i określilibyśmy to żargonem, ale to by wzbudziło zniecierpliwienie i brak zainteresowania. Pilnowałem się zatem aby nie zacząć mówić slangiem żeglarskim, tylko prostym językiem. Nie słuchałem siebie, ale komentarze były pochlebne. Transmisji nie było wiele, ale czasem dostawaliśmy sygnał i nagrywaliśmy komentarz wyścigu, który potem był emitowany z odtworzenia.

A jakbyś miał wybrać twój moment igrzysk, ten jeden, najważniejszy? Atlanta i złoto Mateusza, czy któryś z Twoich startów?

To jednak dwie różne sprawy kiedy byłem sam zawodnikiem a kiedy byłem szefem ekipy, albo jeszcze jako oficjel, wiceprezydent ISAF, tak jak miało to miejsce w Londynie 2012. Atlanta, Sydney i Ateny – tam byłem jako działacz. Nie sposób tego porównać.

Ateny to drugi medal Mateusza Kusznierewicza…

Właśnie! W Atenach walczyliśmy o jedno zdarzenie. Komisja sędziowska stwierdziła, że Mateusz popełnił falstart. Dowiedział się o tym dopiero na górnej boi wyznaczającej trasę. Gdyby wiedział o tym zaraz po starcie, zapewne zawróciłby i ruszył z linii startu jeszcze raz. Tak jak wymagają tego przepisy, a tak został wykluczony. Ja obserwowałem ten wyścig. Z mojej perspektywy był to idealny start, perfekcyjnie o czasie. Zadaliśmy sobie ogromny trud, aby wyciągnąć od organizatorów i realizatorów telewizyjnych nagranie całej procedury. Każdy taki start nagrywa się z pozycji, z której widać dokładnie linię startu. W żeglarstwie na wodzie obowiązuje sygnalizacja przy pomocy kodu flagowego. Liczy się moment wciągnięcia lub opuszczenia flag na statku komisji regatowej. Z tego filmu wynikało, że ten start w wykonaniu Mateusza był niezwykle precyzyjny, co do ułamka sekundy. Jednak uzyskanie tych materiałów trwało, nie zdążyliśmy złożyć już protestu. Mateusz został z tego wyścigu wyrzucony, a płynął znakomicie. To dałoby mu lepsze niż to trzecie miejsce, które finalnie zdobył.

Po jakimś czasie mieliśmy spotkanie w federacji żeglarskiej. Ja ten przypadek wyciągnąłem z twierdzeniem, że powinniśmy jako sport postępować zgodnie z tym, jak zmienia się świat. W końcu jesteśmy w stanie mierzyć czas do jednej tysięcznej, a my w żeglarstwie posługujemy się schematami „na oko”, z XIX wieku. Dziś o porażce, o sukcesie decydują centymetry. Podniosłem wtedy jako zagadnienie pilne do rozwiązania, aby zmienić procedurę startową, przy rozwoju techniki byłoby to do wypracowania. Mijają lata, a jeszcze się w tej kwestii nic nie zmieniło. Wyobraźmy sobie opuszczenie flagi. Czy to moment kiedy drgnie podczas opuszczania, czy kiedy flaga zjedzie już na sam dół? To jest niedoprecyzowane. W tym przypadku naprawdę trudno mówić o jakiejkolwiek dokładności rzędu dziesiątej części sekundy.

Kiedyś napisałem nawet artykuł do żeglarskiego periodyku Seahorse, ale wciąż niewiele się zmienia, a mówimy o możliwości straty medalu olimpijskiego. W żeglarstwie jest to bardzo trudne, bo linia startu jest hipotetyczna – wyznaczają ją dwa punkty i odcinek nie jest wymalowany na wodzie, a może mierzyć kilkaset metrów. Lot na Marsa też jest trudny, a jakoś sobie z tym poradzono. Próbowano wprowadzać jakieś czipy na dziobie łodzi, ale w warunkach laboratoryjnych się to mogło sprawdzać, a na wodzie, przy dużym zafalowaniu pojawiają się problemy. Pamiętam takie regaty, kiedy na starcie stawało sto Starów, a linia miała dobre 400 metrów. Z takiej odległości trudno nawet zobaczyć cokolwiek, szczególnie jak się jest w grupie stłoczonych jachtów.

Ja zacząłem świadomie śledzić żeglarstwo na igrzyskach w Sydney 2000. Debiutował wtedy skiff – 49er, potem do Tornado dodano genakery, zaraz wejdzie foil. W międzyczasie wypadł Star, w Tokio po raz ostatni zobaczymy Finny. Coraz mniej żeglarstwa, które znamy, takiego tradycyjnego. 

Polityka klas jest w ciągłej dyskusji z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim. Telewizja chce przyciągnąć ludzi przed odbiorniki. To się sprowadza do funduszy. Reklamodawca chce mieć pewność, że w paśmie emisji jego reklam oglądalność jest możliwie bliska maksimum. Wszystko jest precyzyjnie mierzone. Abyśmy utrzymali się jako sport olimpijski, musimy sprostać wszelkim wymaganiom. Musimy uczynić ten sport bliższym odbiorcy, bardziej czytelnym, nie może być nudny, trzeba go jakoś próbować ożywiać – może to kwestia prędkości jednostek, albo długości trasy, zagęszczenia akwenu…

Przykład Sydney i 49era, to kwestia gestu wobec organizatora i to był ruch pod nich, aby ich narodowa klasa weszła do programu igrzysk. Tak to się stało. Oczywiście jest to bardzo ekscytujące, że łódki z bardzo wolnych przed laty, dziś nagle zaczynają niemal latać. Tu pozostaje jeszcze aspekt wiatru, że nie może być go ani za mało, ani za dużo. Tak jak w Pucharze Ameryki, tam też są pewne umowne prędkości wiatru, w których można puszczać wyścigi.

Podczas igrzysk w Atenach jeden z dni był wietrzny. Dobrze wiało, ale nie jakoś przesadnie. Puszczono na wodę tylko deskarzy, którzy teoretycznie mogą zrobić sobie najmniej krzywdy. Pamiętam dyskusję z późniejszym prezydentem ISAF, Goranem Petersonem, który wtedy był szefem komisji regatowej. Oni zdecydowali się zatrzymać prawie wszystkich na brzegu, bo za mocno wiało. A mnie to strasznie zdenerwowało. Pamiętam, że próbowałem go emocjonalnie przekonywać, że mamy do czynienia z elitą żeglarską, z najlepszymi z najlepszych. Pytałem czy na pewno robimy dobrze temu sportowi zostawiając wszystkich na brzegu. Mimo że w tym tonie ta polemika trwała naprawdę długo, zdania nie zmienił. Między innymi dlatego o to walczyłem, bo to były warunki sprzyjające Mateuszowi, w jego flocie wielu żeglarzy nie lubiło takich warunków. W ten sposób ubyłoby mu kilku mocnych rywali. Kolejna selekcja.

Rozmawiał
DARIUSZ URBANOWICZ

Wywiadu można posłuchać w formie podcastu. Sponsorem audycji “Kierunek Tokio” jest PKN ORLEN.


Aktualności

Kalendarz imprez