Tokio 2021? Pewności nie ma i nie będzie, ale jest nadzieja

Tokio 2021? Pewności nie ma i nie będzie, ale jest nadzieja

Na niespełna rok przed przełożonymi igrzyskami olimpijskimi w Tokio sytuacja rozwija się dynamicznie. Świat wciąż czeka na skuteczną szczepionkę – bez niej szybkie okiełznanie pandemii koronawirusa może okazać się niemożliwe. Przypadki ponownej infekcji COVID-19 są już niestety dobrze znane. Najważniejsi ludzie sportu coraz częściej zaczynają przebąkiwać, że wyścig z czasem o igrzyska w 2021 roku w znanym do tej pory kształcie również może zostać przegrany.

Niepokojące wieści napłynęły przed kilkoma dniami z Hongkongu. Tamtejsi lekarze przebadali wyniki mężczyzny po trzydziestce, który był zakażony koronawirusem niespełna pół roku wcześniej. Wtedy wymagał hospitalizacji, ale po dwóch tygodniach intensywnego leczenia pokonał chorobę. Wydawało się, że definitywnie, jednak ostatnio problem powrócił. Kolejne badania wykazały, że jego organizm ponownie został zaatakowany przez COVID-19.

Co to oznacza w szerszej perspektywie? Przede wszystkim nie jest to tak zła wiadomość jak mogłoby się wydawać. Naukowcy wciąż nie wiedzą, jak długo i jak skutecznie działają przeciwciała naturalnie wytworzone przez organizm po zwalczeniu pierwszej infekcji. Przypadek z Hongkongu wyróżnia jeszcze coś – udało się potwierdzić, że w obu sytuacjach pacjenta dotknęły dwa różne szczepy wirusa.

Ta reinfekcja jest wyjątkowa z jeszcze jednego względu – za drugim razem pacjent przeszedł chorobę bezobjawowo. Problem stwierdzono podczas standardowego badania na lotnisku, a wirus przybył z Hiszpanii. Nieoficjalne informacje o podobnych przypadkach pojawiały się wcześniej, ale ten został pierwszym medycznie potwierdzonym. Niedługo potem pojawiły się dwa kolejne – potwierdzenia przyszły z Holandii i Belgii.

Ten ostatni również wydaje się nietypowy. Dotyczy kobiety, która zwalczyła pierwsze zakażenie w marcu, a drugi pozytywny wynik testu uzyskała w czerwcu. Wirusolog Marc van Ranst uważa, że za pierwszym razem pacjentka wytworzyła niedostateczną liczbę przeciwciał, bo przeszła chorobę wyjątkowo łagodnie. Upraszając – według obecnego stanu wiedzy im gorzej organizm znosi infekcję, tym większe ma potem szanse na wypracowanie skutecznej bariery ochronnej.

Można było się spodziewać, że wirus z czasem zacznie mutować. Z tego co wiemy na ten moment, przypadki reinfekcji są niezwykle rzadkie i dość specyficzne. W żaden sposób nie powinny negować starań o wypracowanie szczepionki na COVID-19 – uspokaja Brendan Wren, profesor mikrobiologii z Londyńskiej Szkoły Higieny i Medycyny Tropikalnej. Kilka przypadków na ponad 20 milionów stwierdzonych zakażeń faktycznie nie wygląda alarmująco.

„Tylko nie w szczepionkę” do lamusa?

Walka o skuteczną szczepionkę trwa właściwie pod każdą szerokością geograficzną, ale Rosjanie twierdzą, że… już ten wyścig wygrali. Władimir Putin już 11 sierpnia ogłosił, że preparat o wdzięcznej nazwie “Sputnik V” ma być remedium na problemy całego świata. Prezydent przekonywał, że specyfik jest do tego stopnia sprawdzony, że skorzystała z niego nawet jego córka. Jednocześnie przyznawano, że szczepionka ma kilka skutków ubocznych takich jak opuchlizna, gorączka i… swędzenie w miejscu wstrzyknięcia.

Świat zastygł w niedowierzaniu. Zdecydowana większość naukowców podkreślała, że Rosjanie wybrali drogę na skróty – z pominięciem kilku ważnych punktów dotyczących harmonogramu testów. Największym problemem był brak publicznych danych o samej szczepionce. – Złamano procedury międzynarodowe związane z badaniami klinicznymi – ocenił dr hab. Piotr Rzymski z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Szok jeszcze nie minął, gdy pojawiła się kolejna ciekawa informacja. W laboratorium na Syberii opracowano… kolejną szczepionkę – tym razem podobno nie dającą efektów ubocznych. Na nią trzeba będzie jeszcze trochę poczekać – na razie jest testowana na ochotnikach. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to po zaliczeniu kolejnych etapów trafi do produkcji pod koniec roku. O ile oczywiście Rosjanie znów nie wybiorą jakiejś drogi na skróty…

W grze jest jeszcze jedno nietypowe remedium. Naukowcy z Waszyngtonu testują na myszach szczepionkę aplikowaną… jednorazowo do nosa. Pierwsze wnioski są bardzo obiecujące – odpowiedź immunologiczna organizmu jest dużo silniejsza niż przy tradycyjnym podaniu. – Myszy były dobrze chronione przed chorobą. U niektórych z nich widzieliśmy oznaki odporności całkowicie usuwającej wirusa – tłumaczył profesor Michael S. Diamond, jeden z autorów badania.

Eksperymenty na żywym organizmie

Dlaczego to  wszystko jest takie ważne? Chodzi nie tylko o życie milionów osób na całym świecie, ale także o sprawny powrót do sportu, jaki znaliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Po przerwie spowodowanej przymusowym lockdownem poszczególne dyscypliny stopniowo budzą się ze snu. Muszą sobie radzić w nowych warunkach, dzięki czemu Ligę Mistrzów obejrzeliśmy w wyjątkowym formacie. Drużyny zostały skoszarowane w jednym mieście, a rozgrywki skrócono.

Osobliwie ogląda się także NBA bez udziału publiczności i boks organizowany w ogrodzie jednego z promotorów. Wydaje się oczywiste, że jeśli widzowie nie zostaną wpuszczeni na stadiony i hale, to wiele potencjalnie hitowych pojedynków może się nie zmaterializować. Bez tej części przychodów mnóstwo sportowych biznesów jest poważnie zagrożonych bankructwem.

Z ryzykiem zdaje się liczyć także Sebastian Coe – przewodniczący organizacji World Athletics (do niedawna znanej jako Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych – IAAF). – Naprawdę mam nadzieję, że będziemy mogli dostarczyć widzom igrzyska w 2021 roku. Być może planując tę imprezę będziemy musieli jednak wyjść poza schemat. Sport bez kibiców nie napawa mnie czystą radością – stwierdził.

Na wewnętrznym zebraniu poszedł o krok dalej. Organizacja planuje kalendarz na 2021 rok szykując się na najgorsze scenariusze. W tym roku skończyło się nie tylko przełożeniem igrzysk – halowe mistrzostwa świata miały się odbyć w marcu 2020 roku, ale tam również ostatnie zero w dacie podmieniono na jedynkę. Diamentowa Liga właśnie trwa, ale w mocno okrojonym i budzącym kontrowersje formacie.

W Monako było jeszcze mniej więcej po staremu, ale w niedzielę w Sztokholmie doszło do małej rewolucji. Zaplanowano rywalizację w 17 konkurencjach, ale w jednym przypadku było naprawdę dziwnie. W skoku w dal po pięciu próbach została wyłoniona najlepsza trójka, która rozstrzygnęła losy konkursu w oddzielnej serii. Każdy z trzech zawodników skoczył po razie – triumfował ten, któremu najlepiej poszło w tym momencie, a nie w całym konkursie.

“Może w biegu na 400 metrów zaczniecie rozdawać nagrody tylko na podstawie lotnego czasu z ostatniej prostej? Zatrzymajcie ten nonsens” – komentowała przed startem Jazmin Sawyers, srebrna medalista mistrzostw Europy. “Znowu próbuje się psuć skoki. To nie ma prawa działać!” – wściekał się Greg Rutherford, mistrz olimpijski z Londynu. Protesty środowiska nic nie zmieniły – u panów Thobias Montler (8,13) przegrał z Ruswahlem Samaaiem (8,09).

Przyszłość lekkoatletyki w zawodach regionalnych?

Łatwiej byłoby pewnie zrozumieć te eksperymenty gdyby było wiadomo, co mają na celu. Tymczasem wygląda to na efekciarską sztukę dla sztuki, choć pewnie można te działania interpretować w kategoriach “wychodzenia poza schemat”, o którym wspominał Coe. Szef najważniejszej organizacji lekkoatletycznej najbardziej obawia się, że przez pandemię koronawirusa w 2021 roku może być ciężko o rozgrywanie jakichkolwiek międzynarodowych zawodów.

Ważniejsze niż kiedykolwiek może okazać się coś, co nazwałbym krajowym produktem. Mam na myśli krajowe mistrzostwa i wszystkie duże imprezy, które można organizować w obrębie określonych granic. Jeśli podejdziemy do tego odpowiednio, to dzięki działaniom mediów możemy zapewnić sportowcom globalną rozpoznawalność. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli rozpatrywać tego scenariusza, ale warto go rozważyć i zaplanować dalsze działania – przekonywał Coe.

W samej Japonii w ostatnich tygodniach można zaobserwować spadek liczby aktywnych przypadków. We wrześniu organizatorzy planują wystawić na publiczny widok olimpijski płomień – w muzeum co pół godziny specjalnie przygotowaną wystawę będzie mogło odwiedzić nawet 60 osób. Jesienią ma dojść do spotkania na szczycie władz, które ma zaowocować wypracowaniem solidnego planu zorganizowania igrzysk w czasach zarazy.

Sytuacja w Tokio już jest dużo lepsza niż przed kilkoma tygodniami – uspokajała niedawno Yuriko Koike, gubernatorka stolicy. Prace organizacyjne idą zgodnie z planem, ale wszystkich problemów nie udało się zamieść pod dywan. Z badań wynika, że wolontariusze, działacze i sami sportowcy boją się o swoje zdrowie – nawet w kontekście imprezy organizowanej w 2021 roku.

Paraolimpijczycy wirusa się (nie) boją…?

Tym samym wracamy do punktu wyjścia i szczepionki, która przynajmniej w teorii mogłaby to bezpieczeństwo zapewnić. Nie wszyscy uważają jednak, że takie rozwiązanie będzie konieczne. Na rok przed planowanym startem paraigrzysk głos w tej sprawie zabrał Andrew Parsons – przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego (IPC).

Wierzę w to, że w 2021 roku uda nam się sprawnie przeprowadzić zawody. Oglądając piłkarską Ligę Mistrzów i NBA możemy wyciągać wnioski. Oczywiście organizujemy dużo większą imprezę – podczas paraigrzysk wystąpi 4350 sportowców, a to trochę więcej niż osiem zespołów piłkarskich zebranych w Portugalii. Mimo to kilka koncepcji może nas w jakiś sposób zainspirować. Szczepionka? Wiele osób mówi, że jest konieczna. Nie uważam tak – przede wszystkim musimy mieć pandemię pod kontrolą – tłumaczył.

To w dużej mierze robienie dobrej miny do złej gry. W samej Japonii organizacje sportowe zajmujące się sportem osób z niepełnosprawnościami odnotowały w ostatnich miesiącach spadek przychodów sponsorskich sięgający 20 procent. Mocno zaniepokojone jest również środowisko samych zawodników i zawodniczek. Blisko połowa z nich boi się startów w obecnej sytuacji epidemiologicznej.

Imprezowy odlot Bolta

W niektórych krajach wracają obostrzenia – w Europie dotyczy to między innymi Hiszpanii i Ukrainy. U naszych wschodnich sąsiadów odnotowuje się stały wzrost dziennych zachorowań, przez co zdecydowano o zamknięciu granic na miesiąc. Podczas wakacji ludzie na całym świecie coraz częściej zapominają o społecznym dystansowaniu. Nie tylko zwykli turyści, ale także sportowe legendy.

O zagrożeniu boleśnie przekonał się Usain Bolt. Na Jamajce jest teraz nieco chłodniej, ale imprezowy nastrój nie opuszcza turystów i miejscowych. Sprinterski rekordzista świata w związku z 34. urodzinami zorganizował huczne przyjęcie, na które zaprosił między innymi Raheema Sterlinga i Leona Baileya. Zdjęcia i filmiki wrzucane do mediów społecznościowych pokazały jasno, że organizator zignorował zalecenia o noszeniu maseczki i pilnowaniu odstępów.

Efekt? Po kilku dniach Bolt chciał opuścić ojczyznę w sprawach biznesowych, ale test przeprowadzony na lotnisku dał pozytywny wynik. “Kochani, pilnujcie się” – pisał skruszony na Instagramie. Zakażenie koronawirusem to wcale nie koniec jego problemów. W świetle obowiązujących na Jamajce przepisów zakazane jest bowiem organizowanie jakichkolwiek imprez na więcej niż 20 osób. Poza tym noszenie maseczek w przestrzeni publicznej jest obowiązkowe.

Policja bada tę sprawę. Nikt nie może liczyć na wyjątkowe traktowanie. Wszyscy Jamajczycy muszą przestrzegać przepisów, a ci obracający się w przestrzeni publicznej są obarczeni jeszcze większą odpowiedzialnością – podsumował Andrew Holness, premier jamajskiego rządu. A Bolt? Na razie przechodzi zakażenie bezobjawowo i grzecznie apeluje do swoich fanów… o rozwagę.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez