Tokio 2020? Kolejne cztery tygodnie niepewności

Tokio 2020? Kolejne cztery tygodnie niepewności

Sportowcy szykujący się do igrzysk olimpijskich w Tokio obecnie trenują tak, by wyszykować się z formą na przełom lipca i sierpnia. Świat sportu stanął pod terrorem snajperskim koronowirsa COVID-19. Zawodnicy nie mają gdzie osiągać minimów, skasowano z kalendarza pierwotne terminy kwalifikacji olimpijskich… Dr Thomas Bach obwieścił dziś miastu i światu, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski potrzebuje jeszcze czterech tygodni na ostateczną decyzję czy i kiedy odbędą się XXXII Letnie Igrzyska Olimpijskie.

W tych okolicznościach przychodzi mi do głowy przykład zawodów w narciarstwie alpejskim. Zjazdowcy wysłani na szczyt góry czekają na decyzję jury. Wieje, sypie, nic nie widać, a sędziowie odkładają decyzję o godzinę, potem o kolejną i jeszcze jedną. A narciarze czekają…

Pamiętne Tokio 1964 odbyły się jesienią. Był to termin zoptymalizowany, choćby ze względu na drastyczne warunki pogodowe panujące w Tokio w okresie wakacji. W lipcu i sierpniu temperatury sięgają tam 40 stopni Celsjusza przy horrendalnej wilgotności. Pogoda to skrajnie trudna do zniesienia. A jednak ustalono ceremonię otwarcia na 24 lipca… Sportowcy pogodzili się z tą datą choć wszyscy kręcili głowami. Zdroworozsądkowo na szczęście maraton został przeniesiony na północ kraju, a triathlon ma się odbywać o świcie (co i tak niewiele zmieni, bo woda w Zatoce Tokijskiej to raczej 30-stopniowa zupa). Teraz z kolei cały świat kręci głową czekając na ruchy MKOl, który dopiero dziś, po kilku tygodniach nierównej batalii z zarazą, wydał z siebie inny dźwięk niż sztywne tkwienie przy pierwotnym terminie. Dziś olimpijska centrala ogłosiła, że przez najbliższe cztery tygodnie będzie procedować, brać za i przeciw, rozważać plusy i minus… cokolwiek. Wiadomo też, że igrzyska się odbędą. Pytanie tylko: kiedy? Tyle i aż tyle. Przynajmniej wiemy, że w ciągu czterech tygodni zapadnie ostateczna decyzja. Do jej podjęcia trzeba będzie analizy mnóstwa aspektów, choćby praw telewizyjnych, zobowiązań sponsorskich, tysięcy rezerwacji hotelowych, biletów samolotowych i wielu innych, mniej lub bardziej uświadamianych kwestii.

Najpierw tupnęły nogą amerykańskie organizacje – związki pływania i lekkiej atletyki. Pisaliśmy o tym tutaj:

Amerykanie mają dość. Pływacy i lekkoatleci chcą przełożenia igrzysk

Jednak jeszcze kilka dni temu, podczas telekonferencji z szefami Narodowych Komitetów Olimpijskich, MKOl stał przy swoim: trzymamy się pierwotnego terminu, nie ma planu B. Dziś już wiemy, że stanowisko to zostało nadwątlone, czy to argumentami Amerykanów, czy to przerażającymi doniesieniami o masowych zakażeniach i zgonach wywołanych przeklętym koronawirusem. Podkreśla się bardzo ciepłe przyjęcie ognia olimpijskiego, który przedwczoraj dotarł do Japonii co może stanowić ułudę, że wszystko idzie zgodnie z zamysłem. No, ale co z tego skoro granice wielu państw obecnie są zamknięte, a sportowcy stosują się do powszechnie promowanej jedynej profilaktyki antywirusowej – pozostania w domach i ewentualnie treningu w odosobnieniu. Chociaż to w perspektywie trzech miesięcy rzecz jasna może ulec zmianie.

Pozostaje jeszcze jeden istotny problem. Baseny i wszelkie inne obiekty sportowe w Europie zostały zamknięte na cztery spusty. Lekkoatleci nie mają wstępu na bieżnie. Sportowcy ratują się jak mogą trenując w warunkach domowych, ewentualnie w odosobnieniu gdzieś w terenie. Przykładowo dyskobol Robert Urbanek przed własnym domem podwiesił między drzewami ogromne płachty brezentu, które służą do chwytania dysków przy treningach technicznych. Agata Ozdoba-Błach z Grupy Sportowej ORLEN w garażu zaimprowizowała sobie matę do judo. Wszelkiego rodzaju hantle, sztangi, gumy poszły w ruch. Wciąż to i tak daleko posunięta prowizorka, ale wielkie brawa za inwencję pod pistoletem. Takie przykłady można mnożyć. Nic nie zastąpi treningu, obozów, rywalizacji ze sparingpartnerami, a pływacy choćby przecisnęli wieloryba przez ucho igielne nie przygotują się nie wchodząc do wody. Koniec. Kropka.

Wszystkie federacje odwołały kwalifikacje olimpijskie. Niektóre podały jakieś terminy na czerwiec, ale chyba tylko pro forma, mając na uwadze zobowiązania wobec ewentualnych sponsorów i… zaklinając przerażającą rzeczywistość. Te cztery tygodnie dają zarówno komitetom olimpijskim, jak i federacjom czas na przygotowanie koncepcji dokończenia procesu kwalifikacyjnego. Część sportowców wywalczyła sobie już prawo startu w Tokio 2020. Wielu jednak wciąż tkwi w zawieszeniu, czekając na decyzję co dalej. Czteroletnie przygotowania wiszą obecnie na włosku. Nikt nie wie na kiedy szykować eksplozję formy zważywszy, że kluczowe w walce o przepustki olimpijskie turnieje, zawody, regaty miały się odbywać w kwietniu i maju. Przesunięcie igrzysk na jesień postawi wszystko na głowie. Zachowanie pierwotnych ram czasowych wydaje się teraz turbo nonsensem. Jakakolwiek decyzja zapadnie, będzie bardzo trudna i na pewno poniesie za sobą wiele głosów od poszkodowanych w jakimś sensie sportowców.

I jeszcze jedno. Głośno się mówi o igrzyskach. A co z paraigrzyskami?

DARIUSZ URBANOWICZ

ps

Po opublikowaniu tego tekstu na stronie olimpijski.pl ukazał się apel PKOl do MKOl o przesunięcie Tokio 2020…

PKOl apeluje o zmianę terminu Tokio 2020

 

 

 

 

Fot. Newspix.pl

 

 


Aktualności

Kalendarz imprez