To on kończył złotą sztafetę. Poznajcie Kajetana Duszyńskiego

To on kończył złotą sztafetę. Poznajcie Kajetana Duszyńskiego

Wczoraj kończył bieg półfinałowy, w którym nasza sztafeta mieszana pobiła rekord Europy. Dziś pobiegł w fantastycznym stylu, wyprowadzając Polaków na pierwsze miejsce i nie oddając go nikomu – ani Holendrom, ani Amerykanom, ani reprezentacji Dominikany. Był jedynym członkiem sztafety, którego nie wymieniono w składzie pomiędzy tymi dwoma biegami. Jak się okazało – nie bez powodu. Kajetan Duszyński zaprezentował się fantastycznie, a przecież to on był tym najmniej znanym członkiem naszej ekipy. Skąd więc urwał się ten chłopak?

Prosta odpowiedź brzmi: z Siemanowic Śląskich. Biegał w sumie od zawsze, już w podstawówce stanowił mocny punkt szkolnych ekip, a z czasem trafił do AKS Chorzów i trenera Krzysztofa Podchula, który rozwijał jego talent. Początkowo jednak koncentrował się na płotkach i możliwe, że mielibyśmy nowego Patryka Dobka, gdyby nie to, że wraz z trenerem postanowił wybrać jednak płaskie biegi. Z czasem awansował do kadry narodowej juniorów i wielu widziało w nim talent. W końcu trafił do Łodzi, gdzie pracował trener Krzysztof Węglarski, który prowadził go w reprezentacji i z tym szkoleniowcem związał się także poza nią. Potem przyszły kolejne dobre wyniki, medale Uniwersjady, mistrzostw Polski, a teraz też złoto igrzysk olimpijskich.

To krótki i prosty opis jego kariery. Notka, którą można by umieścić w encyklopedii. A jak to wygląda w nieco dłuższej wersji?

Blisko końca

Powiedział kiedyś, że zawsze lubił się zmęczyć. I sam z siebie, już w podstawówce wychodził pobiegać kilka razy w tygodniu. Nie za piłką czy z kolegami po mieście. Po prostu – adidaski na nogi i przed siebie, często po lesie, bywało, że wraz z dziadkiem, w poszukiwaniu jaszczurek. Nie jest to może coś, co robi większość dzieciaków, ale skoro sprawiało mu to frajdę, nie przejmował się tym. Od początku też czuł, że chce spróbować biegania wyczynowego, zawodowego. Nie było z nim tak, jak z wieloma przyszłymi lekkoatletami, których trzeba było zachęcać do przyjścia na treningi. On sam zdecydował, że chętnie na nie pójdzie.

Jak już ustaliliśmy – widać było, że chłopak ma talent. Oczywiście, pewnie nikt wtedy nie założyłby, że kiedykolwiek zdobędzie olimpijskie złoto, ale że pojedzie na igrzyska – tak, o tym mógł marzyć. I starał się te marzenia realizować. Tyle tylko, że mało brakowało, by skończył karierę już pięć lat temu. Był już wtedy po dwudziestce, rozwijał się, odnosił powoli pierwsze sukcesy, choć nadal głównie w imprezach U23. Rok wcześniej był członkiem srebrnej sztafety 4×400 metrów na młodzieżowych mistrzostwach Europy.

Aż tu nagle wszystko się załamało.

Kontuzja, pech, dramat. Nie wytrzymał mięsień prosty uda. Dla biegacza to cios. Na tyle duży, że Kajetan myślał nawet o rezygnacji z biegania i skupieniu się na studiach. – Ostatecznie, przy wsparciu bliskich, zdecydowałem się nie odpuszczać. Wróciłem po ośmiu miesiącach przerwy – wspominał. Rok później był członkiem sztafety 4×400 metrów na mistrzostwach świata w Londynie. Polacy zajęli wtedy siódme miejsce. Dla niego już to, że tam pojechał, było jak zwycięstwo.

Doktorant

Wspomnieliśmy o studiach, więc warto napisać o nich kilka akapitów. Bo Kajetan Duszyński wyróżnia się nie tylko na ostatniej prostej olimpijskiego finału w sztafecie mieszanej, ale i pod kątem swoich zainteresowań. Jasne, jak każdy – choć ostatnio ma na to mało czasu – lubi sobie pograć na konsoli czy przeczytać dobrą książkę. Poza tym jednak jego zainteresowania są raczej niezwykłe.

– Studiuję biotechnologię w Centrum Kształcenia Międzynarodowego na II stopniu. Interesuje mnie biologia strukturalna i bioinformatyka. Często powtarzam sobie zdanie, które wypowiedział Albert Einstein: “Nie mam żadnego specjalnego talentu. Jestem jedynie wściekle ciekawy” – mówił na filmie promocyjnym Politechniki Łódzkiej. Magisterkę ma już jednak za sobą, dziś robi doktorat w Interdyscyplinarnej Szkole Doktorskiej PŁ. W tym samym materiale wideo dodawał, że bieganie jest dla niego odskocznią od codzienności. Przyznamy, że biorąc pod uwagę „ciężar gatunkowy” jego studiów, nie dziwi nas to.

Inna sprawa, że gdy biega, to na studia ma niewiele czasu. A gdy to niewiele czasu faktycznie przeznaczy na naukę, niemal nie ma go na cokolwiek innego. Choć mówił, że wykładowcy są wyrozumiali i pomagają, jak tylko mogą, a na doktoracie ma już nieco większą swobodę, to i tak trudno sobie wyobrazić godzenie kariery na naprawdę niezłym poziomie z takimi studiami. Ale jakoś sobie radzi. Paradoksalnie, w pewnym sensie pomogła mu w tym pandemia.

– Obecnie skupiam się właśnie na nadrobieniu zaległości spowodowanych wyjazdami na zgrupowania. Pracuję zdalnie tyle, ile mogę. Mógłbym się z tego cieszyć, ponieważ mam teraz dużo czasu i staram się spędzać go produktywnie. Jednak przełożenie Igrzysk Olimpijskich bardziej dotyka mojej kariery naukowej niż sportowej i nieco komplikuje moje plany. Podejmując kształcenie w Szkole Doktorskiej liczyłem się z tym, że to dużo bardziej absorbująca ścieżka niż studia i łączenie dwóch dziedzin – sportu i nauki na takim poziomie może być problemem. Spotkałem jednak wspaniałych ludzi, którzy mi zaufali i podali pomocną dłoń. Przeniesienie Igrzysk Olimpijskich na 2021 rok oznacza intensywne przygotowania przez kolejne kilkanaście miesięcy, a to może kolidować z moją karierą naukową. Na szczęście na razie nic nie jest jeszcze przesądzone – opowiadał na stronie pasja.azs.pl.

Kiedy faktycznie zostanie doktorem, śmiało będzie można stwierdzić, że włożył w to tyle pracy, ile w dojście do złota.

Kolejny raz w Azji

Uwielbia azjatyckie jedzenie. Gdy pojechał na Uniwersjadę do Tajpej w 2017 roku, cieszył się, że na stołówce mógł zjeść jakieś 50 odmian makaronów, z których niemal każda była smaczna. Spędził tam wtedy dużo czasu, poznał miejscową kulturę, zwiedził region. Nie udało się tylko jedno – w sztafecie 4×400 metrów wraz z kolegami nie wywalczył wtedy medalu, który mieli przywieźć do kraju. To była rysa na jego świetnym sezonie, gdy nieźle zaprezentował się na ME do lat 23 w Bydgoszczy, indywidualnie na Uniwersjadzie był czwarty i zdobył też wicemistrzostwo Polski. Przypomnijmy – to wszystko po powrocie po poważnej kontuzji.

– Na Tajwanie startowałem też indywidualnie, z tego powodu byłem bliżej otoczki sportowej i miałem okazję pierwszy raz w życiu startować po godzinie 9 rano, co było ciekawym początkiem dnia. Czułem świetną atmosferę zawodów, także dzięki mieszkaniu w jednej wiosce z zawodnikami z innych państw, co jest niespotykane na innych mistrzostwach, może poza Igrzyskami. Sztafeta podczas tej Uniwersjady zakończyła się nieszczęśliwie, ale nie wpłynęło to negatywnie na moje wrażenia (wskutek kontuzji jednego z zawodników Polacy nie ukończyli biegu eliminacyjnego – przyp. red.). Być może dlatego, że jestem wyrozumiały, a może dlatego, że miałem bardzo udany sezon i udział w Uniwersjadzie był jego świetnym zwieńczeniem – opowiadał we wspomnianym już wywiadzie dla AZS-u.

Upragniony medal zdobył zresztą finalnie dwa lata później, gdy Uniwersjada zawitała do Neapolu. Nasza męska sztafeta wywalczyła wtedy brąz, ale to jednak imprezę z Tajpej wspomina milej. Jak sam sugerował – może to przez to, że we Włoszech głowę zajmowała mu… magisterka, którą pisał w wolnych chwilach.

Teraz wrócił do Azji. Już nie na Tajwan, a do Tokio, jako zupełnie inny, dojrzalszy i po prostu lepszy biegacz. Biegał już na mistrzostwach świata, mistrzostwach Europy, na HME w Toruniu był o jedną setną sekundy od indywidualnego finału, choć niespecjalnie lubi halowe bieganie. W ostatnich miesiącach wreszcie został mistrzem Polski, zbił też swoją życiówkę do wyniku 45.51 s i choć indywidualnie nie wywalczył kwalifikacji na igrzyska, to było oczywistym, że ma być mocnym punktem naszych sztafet.

I tak też się stało. Co ciekawe jednak, jeszcze dwa lata temu, o sztafecie mieszanej, wypowiadał się nieco krytycznie. Bo z jednej strony zdawał sobie sprawę, że jako zawodnik ma wiele powodów do radości – dostaje dodatkową szansę na zdobycie medali, reprezentuje kraj, może pokazać się szerszej publiczności. Z drugiej, jako kibic miał poczucie, że sztafeta mieszana nie budzi wystarczająco wielkich emocji, bo widać wyraźnie różnice poziomów między kobietami i mężczyznami.

– Biegów sztafet mieszanych, które widziałem dotychczas nie przeżywałem jednak tak bardzo, jak klasycznych wyścigów sztafetowych kobiet czy mężczyzn – mówił wtedy. Dodawał też jednak: – Z mojego punktu widzenia tylko zyskuję, bo nasze zawodniczki to czołówka światowa.

Nie mógł wtedy spodziewać się, że na igrzyskach w Tokio pobiegnie po złoty medal i to na ostatniej zmianie sztafety. Że to jego zdjęcia z finiszu obiegną cały świat i że nagle rozkocha w sobie – oraz sztafecie mieszanej – całą Polskę. Bo przecież to on, oczywiście wspierany wcześniejszą pracą Karola Zalewskiego, Natalii Kaczmarek i Justyny Święty-Ersetic, odparł ataki Amerykanów, Holendrów czy reprezentantów Dominikany. On dał nam złoto. I tego nikt mu nie odbierze.

Rozwijaj się, chłopaku

Nie ma czasu na stawianie sobie granic – rzucił do mikrofonu TVP już po biegu. Więc granic stawiać nie będziemy. Zastanawiamy się tylko, ile jeszcze ze swojej kariery może wyciągnąć Kajetan. Tak naprawdę celem powinien być dla niego teraz indywidualny start w Paryżu. To byłoby coś naprawdę dużego, jak na realia naszych męskich czterystu metrów. Biorąc pod uwagę, jak rozwinął się w ostatnich latach, na pewno go na to stać.

O ile, oczywiście, nie postawi na karierę naukową. Bo przecież za niedługo będzie to pan doktor. Ze złotym medalem w CV.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Maria
Maria
1 miesiąc temu

Cudowny człowiek! Mądry, utalentowany, pracowity i skromny . Oby takich młodych ludzi było jak najwięcej 🙂

Aktualności

Kalendarz imprez