To był udany przystanek w drodze do Tokio

To był udany przystanek w drodze do Tokio

W bagażu powrotnym reprezentacji Polski do kraju z MŚ znalazło się sześć medali, więc naszych lekkoatletów oceniamy na szóstkę. Może nad wyraz, może nie jesteśmy wystarczająco surowi, ale w końcu i tak nadrzędnym celem pozostają przyszłoroczne igrzyska Tokio 2020. Nasi faworyci nie zawiedli, a krążki ozdobiły szyję również tych, dla których podium nosiło miano niespodzianki. Mistrzostwa świata w lekkoatletyce podsumowujemy w dobrym nastroju, mimo kilku wpadek. 

Cztery lata temu, w Pekinie, medali było siedem. Przed dwoma laty w Londynie – osiem. Tym razem polscy lekkoatleci na podium zameldowali się sześciokrotnie i patrząc na pewne przeciwności, zdecydowanie nie mamy powodów do narzekań.

– Wziąłbym pod uwagę eksperymentalny czas rozgrywania zawodów, który na pewno sporo namieszał i nie zapewnił idealnego sprawdzianu faktycznych umiejętności. Do tego doszedł bezprecedensowy system przygotowań. Oba eksperymenty biało-czerwoni zdali, i to z nawiązką. Co ważne, rozszerzyła nam się liczba medalistów. Na podium stanął chociażby Marcin Lewandowski, czyli zawodnik ze starszego pokolenia. To bardzo dobry prognostyk przed Tokio – ocenił dla nas Marek Plawgo, polski medalista mistrzostw świata w biegu na 400 metrów przez płotki oraz sztafecie 4×400.

Spodziewaliśmy się podium Pawła Fajdka i Wojciecha Nowickiego, i tak też się stało. Minimalnie rozczarowany może być tylko drugi z nich, który w tym roku rzucał najdalej (81.74 m), a na zeszłorocznych mistrzostwach Europy zajął pierwsze miejsce. Nie ukrywamy, marzyliśmy o złocie i srebrze, ale czy na dwa medale w jednej konkurencji mamy prawo narzekać? Bądźmy szczerzy, taki przebieg finału w Tokio, bierzemy w ciemno. Fajdek po mistrzostwach w Katarze stał się czterokrotnym (!) mistrzem świata. Złoto w Tokio byłoby pięknym ukoronowaniem jego kariery. A, że ma dopiero 30 lat, to tych koron może jeszcze przybywać i przybywać.

Po medal sięgnęła również Joanna Fiodorow. To drugi obok Lewandowskiego występ, który przekroczył nasze oczekiwania. Nasza młociarka godnie zastąpiła nieobecną Anitę Włodarczyk, a co równie ważne, otworzyła polski worek z mistrzowską biżuterią. I to w jakim stylu! Swój rekord życiowy poprawiła o ponad metr. Polska młotem stoi – można to powtarzać w nieskończoność.

Wciąż nie możemy się też otrząsnąć po wybuchowym daniu, jakie zaserwowali nam kulomioci. Odległości były ostre i pikantne, uderzające we wszystkie zmysły i gwarantujące pewnego, nietypowego kaca. Podium rozegrane na jednym centymetrze jest czymś absolutnie szalonym. Złoty Joe Kovacs rzucił 22.91, a trzeci Tomas Walsh 22.90! Wypada nam liczyć, że pokaz siły rywali będzie dla Konrada Bukowieckiego (na zdjęciu powyżej) i Michała Haratyka wyłącznie motywacją do dalszej pracy. Do igrzysk pozostał szmat czasu, a Szymon Ziółkowski – legenda polskiej lekkoatletyki, podkreśla, że wiele może się jeszcze zmienić:

– Pytanie czy za rok ten poziom będzie dokładnie taki sam? Pewności nie ma. To, co się działo, to jakiś fenomen. Na jednym centymetrze wszystkie trzy medale! Nawet czwarty zawodnik pchał dalej niż rekord mistrzostw świata, przez co i rekord Polski nie dawałby tu podium.

Tak jak sukcesów zabrakło w kuli, tak nie poradzili sobie nasi dyskobole. Żaden z trójki Piotr Małachowski, Robert Urbanek, Bartosz Stój, nie zdołał wywalczyć miejsca w finale. Nie napawa to optymizmem przed przyszłorocznym japońskim sprawdzianem, ale my wciąż nie tracimy nadziei. Małachowski jest weteranem lekkoatletycznych salonów, a swój ostatni medal zdobył wcale nie tak dawno. Rok 2016 kończył przecież jako wicemistrz olimpijski i mistrz Europy.

– Cały czas nie powiedział ostatniego słowa. Sądzę, że przyszłoroczne igrzyska mogą być jedną z jego ostatnich imprez, ale zdecydowanie nie można go przekreślać – uważa Ziółkowski.

Kolejny z naszych weteranów, Adam Kszczot, nie zdołał wyczarować występu ponad normę, z imprezą pożegnał się już w półfinale biegu na 800 m. “Profesor” w swojej karierze uzbierał już dwa medale mistrzostw świata i wydaje nam się, że jego nadrzędnym celem pozostaje mocny i nokautujący rywali, finisz w Tokio.

– Można mieć słabszy sezon. To nie zmniejsza jego szans na igrzyskach olimpijskich. Taki wypadek przy pracy może mieć pozytywne konsekwencje, bo przecież uczą nas porażki, a nie zwycięstwa. Myślę, że Adam ze swoim doświadczeniem, będzie doskonale wiedział, co należy zrobić, aby one się nie powtórzyły – komentuje Plawgo.

To niesamowite, ale kiedy wielu ponad trzydziestoletnich lekkoatletów kończy karierę albo słabnie w oczach, Marcin Lewandowski wciąż się rozwija. Bardzo imponuje nam również swoją pewnością siebie. Mimo 13. rezultatu na światowych listach, przyjechał do Kataru aby zdobyć medal i tak też uczynił. Ręce same składają się do oklasków!

– Przez wiele lat Kszczot i Lewandowski tworzyli równoważną parę, z tym, że Kszczot był skuteczniejszy na  większych imprezach. Teraz, kiedy Lewandowski przeniósł się na 1500 metrów, sytuacja się odwróciła. Zrobił błyskawiczne postępy i pobił rekord Polski. Bardzo możliwe, że taka sytuacja się utrwali. Kszczotowi będzie coraz trudniej o medale na 800 metrów, a Lewandowskiemu będzie łatwiej o medale na 1500 metrów. Zamiana ról – twierdzi Maciej Petruczenko, dziennikarz Przeglądu Sportowego i autor biografii Ireny Szewińskiej.

Piotr Lisek nie trenuje trójskoku, ale w trzech kolejnych mistrzostwach świata zrobił skok po medal. W Katarze lepsi okazali się tylko Sam Kendricks i Armand Duplantis. Mieliśmy apetyt na więcej, bo w końcu sam tyczkarz podkreślał, że tym razem liczy się dla niego wyłącznie złoto. Piotr nie stoi jednak w miejscu i cały czas gna do przodu, dwukrotnie bijąc w tym roku rekord Polski. Jeśli utrzyma takie tempo, to w Tokio może śmiało pokusić się o krążek z najcenniejszego kruszcu. Takiego zdania jest również Maciej Petruczenko:

– Bojowość Piotra Liska nie ustaje, on skacze coraz wyżej – w tym roku osiągnął już 6.02.  Wyczuwam, że na igrzyskach olimpijskich, pokona i Kendricka i Duplantisa. To moja prognoza.

 

Co prawda Amerykanki były niedoścignione, ale wciąż jesteśmy pełni podziwu dla Aniołków Matusińskiego. W finale sztafety 4×400 nie brakowało niczego. Iga Baumgart-Witan, Patrycja Wyciszkiewicz, Małgorzata Hołub-Kowalik, Justyna Święty-Ersetic (i Anna Kiełbasińska w eliminacjach) zagwarantowały nam zarówno emocje, jak i końcówkę z happy-endem, która doprowadziła do łez nawet Sebastiana Chmarę. Doceńmy ten wyczyn, bo przecież Jamajki i Brytyjki w sztafetach od zawsze były bardzo mocne.

– Mistrzostwa świata były fajnym deserem, który przyjemnie skonsumować, ale to nie jest cel ani tych zawodniczek, ani Aleksandra Matusińskiego. Myślę, że oni nie myślą, aby wygrywać z Amerykankami, tylko żeby dowieźć taką formę do Tokio. Dziewczyny udźwignęły w tym roku ciężar na swoich barkach, bo były murowanymi kandydatkami żeby ten krążek wyrwać. Jeśli za rok pobiegną tak samo, to będą medalistkami olimpijskimi – ocenia Plawgo.

Do Igrzysk w Tokio pozostało 290 dni. Wciąż sporo, ale my kciuki zaciskamy już teraz i wcale nie zamierzamy puszczać.

 

 

KACPER MARCINIAK

 

 

fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez