Thomas Bach. Od machania floretem, do rządzenia Komitetem

Thomas Bach. Od machania floretem, do rządzenia Komitetem

U nas Danuta Dmowska-Andrzejuk, była już szpadzistka, została niedawno powołana na stanowisko ministra sportu. W Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim już od sześciu lat najważniejszą funkcję sprawuje emerytowany szermierz: Thomas Bach. Jak wyglądała jego droga od klubu w lokalnym mieście, poprzez olimpijskie złoto, aż do przewodniczenia najważniejszej organizacji w świecie sportów olimpijskich?

Szermierz

Urodził się w 1953 roku w Wuerzburgu. To tam stawiał też pierwsze szermiercze kroki, choć… wcale tego nie chciał. Tak naprawdę do uprawiania tego sportu przymusili go nieco rodzice, on sam wolałby raczej kopać piłkę. Szybko jednak okazało się, że szermierka była dobrym wyborem. Thomas chwycił za floret i w klubie w Tauberbischofsheim ćwiczył, by stać się jednym z najlepszych niemieckich zawodników. Został też zresztą jednym z pierwszych wielkich wychowanków klubu, który w kolejnych latach „wyprodukował” już ponad 200 medalistów mistrzostw świata i Europy. Niezła liczba, co?

Rozwój Bacha też był niezły. Miał 17 lat, gdy zostawał brązowym medalistą mistrzostw świata juniorów oraz mistrzem Niemiec w tej samej kategorii wiekowej. Szybko – choć dopiero po monachijskich igrzyskach – włączono go więc do dorosłej kadry. Nie było mowy o zmarnowaniu takiego talentu. Po kolejnych dwóch latach Thomas miał już na szyi drużynowe srebro mistrzostw świata seniorów. Jasne stało się, że w kolejnych sezonach będzie stanowić o sile reprezentacji. W tym też w trakcie igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 roku.

Ceremonia otwarcia była niesamowitym, wręcz przytłaczającym momentem. Być pośród wszystkich tych sportowców… Jako szermierz nie przywykłem do stadionów mieszczących 60 czy 70 tysięcy osób – mówił stronie olympic.org, wspominając tamte igrzyska. – Jako drużyna byliśmy naprawdę zmotywowani. Mieliśmy spore oczekiwania, ale skupiliśmy się na rywalizacji. Uznawano nas za lekkich outsiderów. Eksperci twierdzili, że możemy zdobyć medal, ale tylko wtedy, gdy wszystko wyjdzie nam idealnie. Gdy rozpoczęła się rywalizacja, spojrzałem w oczy mojego najbliższego przyjaciela i kolegi z zespołu. Powiedzieliśmy sobie: „okej, zrobimy to. Dziś jest nasz dzień”.

I zrobili. W grupie przegrali co prawda z Włochami, ale i tak spokojnie z niej wyszli. Zrewanżowali się im w finale, gdzie nie pozostawili swym rywalom wątpliwości. A ci mieli w składzie takie tuzy tego sportu, jak Fabio Dal Zotto, indywidualnego mistrza olimpijskiego. Na Niemców to jednak nie wystarczyło. I Thomas Bach, który nie występował w turnieju indywidualnym, dołożył do tego swoją, zresztą sporą, cegiełkę.

– Gdy Thomas Bach zostawał drużynowym mistrzem olimpijskim we florecie, nie interesował mnie specjalnie jako zawodnik, choć, owszem, znałem jego nazwisko – wspomina Maciej Petruczenko, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. – Nasi floreciści wciąż byli mocni i interesowaliśmy się rywalami, stąd wiedziałem, kim jest. Zresztą w Montrealu przegrali właśnie z RFN w ćwierćfinale. Potem jego nazwisko kojarzyłem z tym, że wyrósł na prawnika, przedsiębiorcę, uwikłanego też w politykę.

Fot. Newspix

O działalności Bacha poza szermierczą planszą za chwilę. Na razie w naszej opowieści Thomas wciąż jest czynnym szermierzem i, wspólnie z Matthiasem Behrem, Haraldem Heinem oraz Klausem Reichertem świętuje olimpijskie złoto. – Rywalizacja w drużynie zawsze jest specjalna. Każdy wygrywa, ale każdy też przegrywa. To wszystko powoduje, że stajecie się sobie bliscy. Moment, gdy zdobyliśmy złoto, był dziwny. Z jednej strony ogarnęła nas absolutna radość, a z drugiej byliśmy na tyle zmęczeni, że czuliśmy się, jakbyśmy spadali do jakiejś czarnej dziury. Całe to napięcie nagle zeszło. Wtedy zorientowałem się, że to nie było tylko napięcie przed finałem, ono było budowane miesiącami – mówił Bach po latach.

Po imprezie Thomas i spółka wrócili do Niemiec. Jak wspominał sam zainteresowany – w miejscowości liczącej sobie 11 tysięcy mieszkańców, na ich powitanie wyszło… 30 tysięcy osób. Tak bardzo Niemcy cieszyli się ich złotem. A potem mieli jeszcze więcej powodów do radości. W kolejnym roku drużyna florecistów RFN została bowiem najlepszą ekipą świata. Potem Bach na swoje konto dołożył jeszcze indywidualne mistrzostwo Niemiec, które obronił zresztą rok później. Na mistrzostwach świata w 1979 roku za to – znów w drużynie – był trzeci.

Najważniejszy pozostawał jednak medal z Montrealu. Sam powtarza to do dziś. – Zwycięstwo na igrzyskach to najważniejsza rzecz, jaką sportowiec może osiągnąć. Spełnienie marzeń. Przygotowuje się do tego przez co najmniej cztery lata. Jeśli się mu uda, zachowuje ten tytuł na całe życie. – Zresztą nie tylko ten. Po latach Thomas Bach został honorowym obywatelem Montrealu. Przy okazji odwiedził też obiekty, na których rywalizował niemal 40 lat wcześniej. Zmierzył się na nich w szermierczym pojedynku z Nadią Comaneci, byłą wybitną gimnastyczką. Ta zaproponowała, by kolejny pojedynek odbyć na trampolinie.

Bach nie skorzystał.

Buntownik i biznesmen

W 1979 Thomas Bach miał zaledwie 26 lat. I skończył szermierczą karierę. Zaangażował się za to w zupełnie inną działalność. Od dziecka miał bowiem opinię buntownika, w szkole organizował ponoć regularne protesty w wielu sprawach. W 1980 roku zrobił  to samo. Tyle że na zupełnie inną skalę – sprzeciwił się bowiem bojkotowi igrzysk w Moskwie. – Wypowiadałem się wtedy w imieniu wszystkich zachodnioniemieckich sportowców. Walczyliśmy o to, by móc wystąpić w Moskwie – mówił po latach. Dodawał też, że to właśnie tamten bojkot i tamten protest przekonały go do tego, by na całego zaangażować się w działania polityczne związane ze sportem.

Gdyby nie to, pewnie byłby dziś prawnikiem. W 1983 roku ukończył bowiem takie studia, został doktorem. Jednak już dwa lata wcześniej stał się też jednym z członków-założycieli Komisji Sportowców Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i został w niej aż do końca lat 80. Odszedł, bo w wieku 37 lat został jednym z najmłodszych członków samego, właściwego MKOl-u. W kolejnych latach tylko wspinał się po ścieżkach kariery – w 1996 roku był już w zarządzie, a w 2000 mianowano go wiceprezydentem Komitetu. Trzeba przyznać, że tempo utrzymywał naprawdę niezłe.

Poza MKOl-em działał równie prężnie. Już w 1982 roku założył firmę prawniczą. Poza tym angażował się w działania spółek i przedsiębiorstw, pełniąc w nich stanowiska kierownicze bądź doradzając w kwestiach z zakresu prawa. Już w 1985 roku Horst Dassler sprowadził go do Adidasa, w którym Bach został dyrektorem ds. kontaktów międzynarodowych. Pod koniec lat 80. Thomas koordynował działaniami grupy doradczej w niemieckim Ministerstwie Gospodarki. Doradzał też w takich przedsiębiorstwach jak: Philipp Holzmann, Michael Weinig, MAN Ferrostall, Melius czy nawet Siemens. W tym ostatnim był też członkiem zarządu jego szwajcarskiego oddziału, którym został ze względu na rządowe kontakty. To jednak i tak nie wszystko. Jeśli coś można o Bachu napisać to to, że leniem z pewnością nie był.

Wszystkie te stanowiska łączył z pracą w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. Podobnie jak przewodniczenie Niemieckiej Konfederacji Sportów Olimpijskich, której był założycielem. Doradzał też FDP, jednej z niemieckich partii politycznych, prężnie działając w niej w trakcie zjednoczenia Wschodnich i Zachodnich Niemiec. Co jeszcze? Choćby działalność w CAS (Trybunale Arbitrażowym ds. Sportu), członkostwo w zarządzie komitetu organizacyjnego piłkarskich MŚ w 2006 roku oraz tych z 2011, gdy w Niemczech grały najlepsze kobiety. Oczywiście, odpowiednie funkcje pełnił też przy wielu igrzyskach.

Nie uwierzycie, ale… to wciąż nie wszystko. Wyliczankę zostawimy jednak w tym miejscu. Bo chyba już pojęliście jedną, najważniejszą rzecz: Thomas Bach był doskonale przygotowany do pełnienia roli, która – tak się wydawało – była mu przeznaczona. Czyli przewodniczącego MKOl-u, najważniejszego człowieka w świecie sportu olimpijskiego. Był przecież byłym sportowcem, zresztą mistrzem olimpijskim. Miał kontakty i obycie w świecie biznesu, co dla igrzysk staje się coraz ważniejsze. Do tego obracał się w świecie polityki, a wiadomo, że ta jest teraz niesamowicie istotna, choćby przy organizacji wielkich imprez sportowych.

Dodajmy znajomość kilku języków. Dodajmy, że Bach z MKOl-em związany jest od dawna. Dodajmy, że wyrobił sobie znakomitą opinię w czasie pełnienia stanowiska wiceprezydenta. Dodajmy, że pomagał Jacquesowi Rogge’owi uporać z się z kryzysem narosłym wokół skandali korupcyjnych związanych z igrzyskami w Salt Lake City, odgrywając sporą rolę w wyprowadzeniu Komitetu na prostą. Dodajmy, że miał też doświadczenie w działalności antydopingowej. Dodajmy, że znał się na prawie, z naciskiem na to dotyczące sportu.

Sam zresztą ujmował to wszystko jednym zdaniem.

– Myślę, że moje doświadczenie i zaufanie, które zbudowałem, oraz pasja sportowca i złotego medalisty igrzysk, może przekonać parę osób. 

Jak się okazało, miał rację. W 2013 roku został nowym przewodniczącym MKOl-u. Nie wszystko było jednak tak piękne.

Technokrata

To właśnie tym słowem określano Bacha, gdy ogłosił, że będzie kandydować na stanowisko przewodniczącego. Powód był i jest oczywisty – jego powiązania z korporacjami i światem polityki. To, co teoretycznie było jego zaletą, stało się też wadą. Bo wokół osoby Niemca narosło w tym czasie wiele kontrowersji. Zresztą, już w 2008 roku niemieckie media po raz pierwszy wytoczyły ciężkie działa. Problemem stał się tu między innymi kontrakt Bacha, z Siemensem.

Nie szło tylko o to, że Bach był doradcą firmy, ale o to, że starał się tego nie ujawniać oraz wykorzystywał swoje powiązania i znajomości z MKOl-u by załatwić Siemensowi inwestycje w Kuwejcie, gdzie miał przyjaciela w osobie Ahmada al-Sabaha, tamtejszego szejka i ważnej postaci w olimpijskim świecie. Niemiec zarzuty odpierał, mówiąc, że owszem kontrakt z firmą podpisany miał, ale wyraźnie oddzielał to od swej działalności w ruchu olimpijskim. Podobnie odparowywał oskarżenia o to, że – jeszcze w czasach podziału na Wschodnie i Zachodnie Niemcy – również RFN miał sterowany centralnie system dopingowy, o czym miał wiedzieć, a być może nawet korzystać.

Krytyka czekała Bacha również ze strony Amnesty International. Tu poszło o jego szefostwo w firmie Ghorfa, która parała się również handlem bronią i zabiegała o kontakty w krajach arabskich. – MKOl powstał, by wspierać porozumienie wśród narodów i zawieranie pokoju. Czuję, że boli mnie brzuch, gdy myślę, jak bardzo Ghorfa wspiera eksport broni i jak nie obchodzi Bacha odpowiedzialność za przestrzeganie praw człowieka – mówił dla ARD Mathias John z AI. Denis Oswald, rywal Niemca w wyborach na przewodniczącego, wykorzystał sytuację, mówiąc, że „chce być niezależnym kandydatem, działającym wyłącznie dla dobra sportu”.

– Na pewno nie była i nie jest to sytuacja jak z Ireną Szewińską, która miała wręcz najczystszą kartę, bo nigdy nie była uwikłana w żadną przedsiębiorczość, czy układy reklamowe i jej niezależność była całkowita. U Thomasa Bacha wygląda to zupełnie inaczej. Nieprzypadkowo zresztą zdarza się, że wytyka go nawet własne środowisko sportowe – mówi Maciej Petruczenko. I dodaje więcej, odnosząc się już do obecnej sytuacji. – Do tego dochodzą też interesy polityczne, co widać przy okazji jego strasznej łaskawości w stosunku do Rosjan. W moim przekonaniu za jego plecami w ostatnich latach i tak siedzi dyplomacja niemiecka. Bo Niemcy mają bardzo głębokie interesy z Rosjanami. Po zachowaniu Bacha wyraźnie widać, że nie ma całkowitej niezależności od Rosjan – ujmując to najdelikatniej. Dlatego, gdy chciano sporych sankcji wobec Rosji w obliczu igrzysk w Rio, to on na to nie poszedł. I do tej pory trwa ta jego bardzo ugodowa postawa wobec tego kraju. Co mnie nie dziwi. Tak to wygląda.

Również w 2008 roku MKOl, na czele z Bachem, którego w tym przypadku wyróżniono, otrzymał „Negatywną nagrodę” za ograniczoną politykę informacyjną oraz „tolerowanie korupcji i konfliktów interesów”. Równocześnie jednak wiele osób postrzegało Niemca jako człowieka idealnego do wypełnienia stojącego przed nim zadania, czyli kontynuacji tego, co osiągnął Jacques Rogge. Belg bowiem wyprowadził MKOl na prostą po aferach korupcyjnych, a w dodatku zdołał kilkukrotnie podwyższyć budżet komitetu.

Sam Bach mówił o „jedności w różnorodności”. Tak zresztą nazwał swój program wyborczy. Zapowiadał małe, łagodne reformy, nie chciał odstraszyć tych, którzy mogliby na niego zagłosować. Paradoksalnie, chciał oddzielić sport od polityki, choć sam miał z nią mocne związki. Teoretycznie mówił też o wyplenieniu dopingu i walce z nim (choć równocześnie był przeciwnikiem ustawy antydopingowej w samych Niemczech i, co już wiemy, tolerował wpadki Rosjan) oraz usprawnieniu procesu wyborów organizatora igrzysk. Komentatorzy mówili też, że będzie musiał zmierzyć się z innymi problemami – choćby przerośniętym programem igrzysk, który powodował, że mało kto chciał się podjąć organizacji, w którą wyrzucić trzeba setki milionów dolarów.

Wypada więc zadać pytanie: jak mu poszło?

Przewodniczący

Zacznijmy od najważniejszego. Jak to jest z tym dopingiem? – Tego nie udało się wypełnić. Tu dochodzi jeszcze kolejne uwikłanie międzynarodowe – od lat 70. MKOl zaczął żyć jak pączek w maśle, bo wielkie sieci amerykańskie zaczęły płacić miliardy dolarów za transmisje igrzysk. To był okres wysokiej koniunktury, działacze MKOl się rozpuścili. A teraz klęczą i błagają, by ktoś chciał zorganizować igrzyska, bo nikomu się to nie opłaca. A Putin – obok szejków – jest ostatnim, który wykłada tak ogromne pieniądze na sprawy olimpijskie, było widać to po igrzyskach w Soczi. Stąd długotrwająca opieszałość w stosunku do rosyjskiego dopingu. Wokół Bacha krzyżują się skomplikowane sprawy, nie jest łatwo mu działać – mówi Petruczenko.

Zresztą te skomplikowane sprawy dotyczą nie tylko dopingu. Coraz częściej mówi się o problemach lokalizacyjnych igrzysk i to nie tylko w kontekście znalezienia organizatora, ale i tego, że gdy już uda się to zrobić, to w miejscach, w których taka impreza nie powinna się odbywać. Tak było w przypadku Chin, tak też mówiono o Rosji czy – w przypadku igrzysk europejskich – o Azerbejdżanie. W każdym z tych przypadków wspominało się między innymi o łamaniu praw człowieka. Ale imprezy się odbyły.

– To jest kwestia pryncypiów. Trudno nie zauważyć, że bardzo wiele imprez sportowych przenosi się w miejsca, gdzie są pieniądze. Prędzej czy później igrzyska zawitają choćby na Bliskim Wschodzie. Jeśli najpierw ubije się interes, a potem zaczyna się mówić o kwestii praw człowieka, to zaczyna to wyglądać mało wiarygodnie. Boję się, że jeżeli doszłoby do konfliktu tych dwóch sfer – pieniędzy i wartości – to sfera wartości dostosowałaby się do sfery pieniędzy. Odnosi się wrażenie, że to naczynie z ideą olimpijską jest dziurawe i wyciekło z niego bardzo dużo – mówi Przemysław Babiarz, komentator i dziennikarz TVP Sport.

Oczywiście, trzeba Bachowi oddać, że doskonale wywiązuje się z innego zadania – zapewniania MKOl-owi środków do działania. W świecie biznesu obraca się bez problemu i, przynajmniej na razie, komitet może nie martwić się o przypływ środków. I to mimo tego, że ostatnio sporo mówi się o tym, jak to odchodzą kolejni sponsorzy. Bach jednak sobie z tym radzi. Z drugiej strony kontrowersje pojawiają się, gdy wgłębimy się w podział zarobionej kasy. Bo narzekają choćby sportowcy, którzy otrzymują z tego minimalny tylko procent.

– Pamiętam, że gdy ogłoszono wybór następcy Rogge’a, to komentowano to tak, że wybieramy człowieka, który świetnie porusza się w świecie biznesu, a nie człowieka wielkiej idei – ruchu olimpijskiego. Tak mówiono raczej o Rogge’u, a Bach był tym, który miał mocno stąpać po ziemi i załatwiać pieniądze. Tego się po nim spodziewano, tak komentowano jego wybór i… chyba tak jest. A czy to dobrze dla ruchu olimpijskiego? Wiadomo, że igrzyska muszą rywalizować w świecie medialnym o uwagę. Muszą wywalczyć sobie miejsce w świadomości ludzi, w tym widowisku, którym jest współczesny świat. Igrzyska stają przecież w szranki z wieloma innymi rodzajami widowisk. Czas nie jest z gumy. Czy jednak igrzyska na tym nie cierpią? To już inna sprawa – twierdzi Babiarz.

Oczywiście, w momencie objęcia funkcji przewodniczącego MKOl-u, Bach zrezygnował z innych stanowisk. Wyjątkiem była jedynie funkcja prezesa Michael Weinig. To firma z jego rodzinnego miasta, mówił, że chciałby jej dalej przewodzić ze względu na więź emocjonalną. Stare nawyki jednak pozostały – faktycznie Niemiec w swojej pracy skupia się głównie na stronie biznesowej, trzeba jednak zauważyć, że niejako zmusza go do tego świat i zachodzące w nim procesy. Choćby wspomniana rywalizacja o uwagę widza.

Sport jest w moim sercu, a igrzyska w DNA. Cieszę się, że będę mógł służyć i jemu, i im. Mam nadzieję, że uda mi się wcielić w życie kilka pomysłów na rozwój, które mam – mówił tuż po wyborze. Wyszło różnie i coraz częściej mówi się, że po jego kadencji (o ile nie zostanie wybrany na kolejne cztery lata), następca może mieć twardy orzech do zgryzienia, bo będzie musiał załatwić wszystko to, co Bachowi się nie udało lub Niemiec po prostu pomijał.

Co jednak należy zauważyć, to fakt, że w pracy Bacha są i pozytywy. Niemiec zacieśnił choćby współpracę z ONZ oraz federacjami sportów nieolimpijskich, działał na rzecz równouprawnienia  (między innymi płci, choć nie tylko) czy starał się za sprawą igrzysk zabiegać o pokój – dowodem na to było wspólne wystąpienie reprezentacji Korei w hokeju na lodzie kobiet w trakcie igrzysk w Pjongczangu. Więc plusy są. Pytanie czy większe niż minusy, czy też jednak zostaną nimi przykryte.

– Dotychczasowa kadencja Bacha to okres, w którym na powierzchnię nie wyszła żadna afera, która byłaby pochodną nieudolnego zarządzania. W tej kwestii to człowiek sprawny. Ta skuteczność działania zdominowała jednak ducha – mówi Przemysław Babiarz. – Nie wiem, do czego te igrzyska zmierzają. Gdybym miał powiedzieć coś na plus, to podkreśliłbym wybór kolejnych gospodarzy letnich igrzysk. Zdecydowano się tu na powroty do miejsc, gdzie igrzyska byłby w przeszłości – Tokio, Paryża czy Los Angeles. To wskazywałoby na to, że jednak mamy świadomość jakiejś tradycji i się od niej zupełnie nie odcięliśmy.

– Niezależnie od działań Bacha, ruch olimpijski znalazł się na zakręcie. Na dłuższą metę MKOl nie zdzierży kontynuowania w tej skali takiej imprezy w jednym czasie i miejscu. Coraz mniej jest chętnych sponsorów. Będzie się musiała radykalnie zmienić koncepcja igrzysk – dodaje Maciej Petruczenko. – Nic za kadencji Niemca się istotnie nie polepszyło, ale też nic się nie pogorszyło. Wydaje się, że jest on takim kompromisowcem, który jednak troszkę nie dorósł do tej roli. Poczynając nawet od tego, że jak na prezydenta MKOl w czasach, gdy angielski jest językiem międzynarodowym, to trochę słabo się nim posługuje. Ale to szczegół. Ważniejsze jest to, że nie zdołał rozwiązać żadnych istotnych problemów igrzysk.

Na ich rozwiązanie ma jeszcze – w teorii – niecałe dwa lata. Później, być może, dodatkowe cztery. Patrząc jednak na dotychczasowe działania, trudno przypuszczać, by to zrobił. Jak więc Thomas Bach zostanie zapamiętany? Jako znakomity szermierz, świetny prawnik i biznesmen – to na pewno. A z działań podjętych na czele MKOl? Być może jako przewodniczący nijaki, ugodowy, któremu nic wielkiego zdziałać się nie udało.

Z drugiej strony może lepiej tak, niż jak Juan Antonio Samaranch – z korupcyjnych afer?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez