Therese Johaug biega szybko i bez nart. Mogłaby być lekkoatletyczną… mistrzynią Europy

Therese Johaug biega szybko i bez nart. Mogłaby być lekkoatletyczną… mistrzynią Europy

31,40.69. Taki czas wykręciła Therese Johaug w biegu na 10000 metrów w trakcie Impossible Games – zorganizowanego nieco ponad tydzień temu norweskiego mityngu lekkoatletycznego. Do rekordu świata oczywiście bardzo daleko. Ale to wciąż wynik znakomity, zwłaszcza jak na zawodniczkę, która z lekką atletyką ma mało wspólnego. Wiele osób natychmiast zadało więc sobie pytanie: czy Norweżka mogłaby osiągnąć sukcesy i na bieżni? Spróbujmy odpowiedzieć.

Zacząć wypada od napisania o jej narciarskich sukcesach. Bo te plasują Johaug w gronie najlepszych zawodniczek w historii. Owszem, przez długi czas żyła w cieniu Marit Bjoergen (i Justyny Kowalczyk), z czasem jednak jej gwiazda rozbłysła pełnym blaskiem. Johaug zaczęła wygrywać, dominować i aktualnie w Pucharze Świata po prostu nie ma sobie równych. Na długich dystansach odsadza rywalki już na początku, po czym samotnie mknie do mety.

Gablotę z trofeami ma wypchaną tak, że nie powstydziłyby się tego najbardziej utytułowane kluby piłkarskie. Do najważniejszych osiągnięć Norweżki zaliczyć musimy 15 medali mistrzostw świata (w tym 10 złotych) i trzy z igrzysk olimpijskich (po jednym każdego koloru), trzy duże kryształowe kule w Pucharze Świata oraz cztery na dystansach i trzykrotną wygraną w Tour de Ski. Podkreślamy – to te najważniejsze sukcesy. Gdybyśmy chcieli wypisać wszystkie, moglibyśmy tak jeszcze przez kolejnych dwadzieścia linijek tekstu.

Johaug w biegach narciarskich jest więc wielką gwiazdą, aktualnie największą na świecie (choć niedawno powrót do biegów – aczkolwiek tylko na dystansach maratońskich – zapowiedziała Marit Bjoergen). Okazało się jednak, zresztą nie po raz pierwszy, że i na stadionie sporo potrafi pokazać. Czy jednak wystarczająco dużo, by móc marzyć – gdyby tylko stwierdziła, że warto spróbować – o lekkoatletycznych sukcesach?

Wciąż bieg, ale bez nart

Pierwszy raz na bieżni lekkoatletycznej zachwyciła rok temu. Stanęła wówczas na starcie mistrzostw Norwegii. Miała biec na 5000 metrów, ale że nie miała niezbędnego do tego minimum, to postawiła na dwukrotnie dłuższy dystans. Jak się okazało – słusznie. Zresztą już wcześniej sprawdziła się w ulicznym biegu na 10 kilometrów, gdzie była siódma w ogólnej klasyfikacji. Dystans przebiegła w czasie 33 minut i 36 sekund, a przed nią uplasowali się tylko mężczyźni. Taki wynik zachęcił ją, by spróbować zmierzyć się też z bieżnią.

Stanęła więc na niej w rywalizacji z najlepszymi biegaczkami długodystansowymi z kraju. I od razu coś ustalmy: Norwegia potęgą takich biegów nie jest. Aktualny poziom rywalizacji jest tam po prostu kiepskawy. Co nie zmienia faktu, że jeśli 30-latka, która postanowiła sobie pobiec dla frajdy, a na co dzień śmiga na nartach, dwukrotnie dubluje(!) wicemistrzynię, to pokazuje to tylko możliwości samej Therese.

32,20.86. To był jej dokładny czas. Nic imponującego, jeśli spojrzeć na najlepsze wyniki w Europie, a tym bardziej na świecie, ale biorąc pod uwagę, że Johaug startowała, bo po prostu jej się zachciało – było świetnie. Inna rzecz, która sprawy na pewno jej nie ułatwiała – biegła w zwykłych butach. Owszem, przystosowanych do biegania właśnie, ale nie po tartanie. Bieżnia ma swoją specyfikę, dlatego lekkoatleci na starcie noszą kolce. A poza tym problemem była jej technika… czy też raczej jej brak.

– Oglądałem ten bieg z trenerami i oni mówili, że widać, że Johaug nie jest lekkoatletką ze względu na niezbyt poprawną technikę biegu. Z drugiej strony można było dostrzec, że bardzo ciężko trenuje, a ten trening ma pewne podobieństwa – mówi Janusz Rozum, statystyk Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Jego zdanie podziela też – znająca problem z autopsji – Martyna Galewicz, była biegaczka narciarska, dziś m.in. komentatorka telewizyjna.

– Technika na pewno odgrywa tu dużą rolę. Jako biegacze narciarscy mamy trochę inną technikę niż lekkoatleci, kiedy biegamy na stadionie. Jesteśmy pochyleni za bardzo do przodu, nie stajemy też tak na śródstopiach, jak to robią właśnie lekkoatleci. Mamy za to bardzo dobrą wydolność, mocne nogi i mięśnie brzucha, które też są bardzo potrzebne w takich konkurencjach. W przypadku Therese dochodzi też waga – ona jest przecież bardzo lekką zawodniczką. Zdecydowanie łatwiej przychodzi jej dostosowanie się do lekkiej atletyki. Na pewno ma niesamowitą wydolność, a jeśli chodzi o samo przygotowanie, to zależy już od trenera. W trakcie swojej kariery miałam trenera, z którym bardzo dużo biegałam na stadionie. A potem trafiłam na innych i tego treningu w ogóle nie było. Z tego co wiem Norwegowie bardzo dużo biegają na stadionie. Widać, że to się sprawdza.

Therese Johaug na mistrzostwach Norwegii w 2019 roku. Fot. Newspix

Norwegowie może i tak biegają, ale… niekoniecznie Johaug. TV2, norweskiej telewizji, powiedziała po tamtym biegu, że nie startowała na bieżni przez 11 lat. – To tylko zabawa, chciałam się sprawdzić – mówiła. Ale już wtedy zaczęto sugerować, że Therese prawdopodobnie ma spore rezerwy. Gdyby potrenowała kilka miesięcy, założyła odpowiednie buty, biegła w lepszym towarzystwie, które pozwoliłoby jej nakręcić się na dobry wynik – mogłoby być świetnie. Tak twierdzili eksperci.

Ona sama twierdziła za to, że wielkich planów nie ma. Choć dodawała, że rozważa zwiększenie objętości treningu lekkoatletycznego w ramach przygotowań do sezonu zimowego. Tym bardziej, że w zimie 2019/20 miało nie być żadnej prestiżowej imprezy. Gdzieś mimochodem wspominała też o mistrzostwach Europy w lekkiej atletyce, na których mogłaby wystąpić, żeby dać sobie jakieś wyzwanie na ten rok.

– Pasuje to do mojego planu treningowego, więc tak, fajnie byłoby się przetestować. Musiałabym przygotować się do tego jednak nieco bardziej niż zrobiłam to teraz. Świetnie było jednak przekroczyć europejskie minimum kwalifikacyjne. Nie myślałam o tym przed biegiem, zaczęłam dopiero teraz, ale nigdy nie mów nigdy – mówiła. Jej plany, jeśli faktycznie je miała, spaliły jednak na panewce, bo mistrzostwa Europy odwołano.

Ale Therese znów pojawiła się na bieżni. I znów zrobiło się głośno o jej występie.

Impossible Games

Norwegowie zorganizowali ciekawy mityng, zaprosili na niego też Therese. Znów miała pobiec 10000 metrów. Tyle że tym razem bez rywalek. Jedynie specjalne światło miało jej ustalać tempo biegu. Celem było ubiegłoroczne norweskie minimum na mistrzostwa świata – 31,50.00. Therese znów biegła bez kolców (co zresztą nie dziwi, odpowiednią technikę biegu w nich wykształca się stosunkowo długo), zamiast nich miała maratońskie buty. Jedne z lepszych, ale jednak nie za dobrze sprawdzające się na stadionie.

Wykręciła świetny czas. 31:40.69. Niemal dziesięć sekund szybszy od tego, co miała osiągnąć. To musiało budzić zachwyt, choć… niekoniecznie zaskakiwać. – Trenując do biegówek trzeba mieć przede wszystkim wytrzymałość i dużą objętość treningu – mówi Kacper Merk, dziennikarz i komentator Eurosportu. – Żeby być dobrą biegaczką narciarską, trzeba biegać wiele kilometrów na treningach – na nartach, nartorolkach, stopach itd. Absolutnie nie dziwi mnie to, że dominatorka świata biegów narciarskich przechodzi do lekkiej atletyki i robi taki wynik, jaki teraz zrobiła w Oslo. Uważam, że te sporty są bardzo podobne. Okej, można było się zastanawiać, jak poprzednim razem pobiegła sobie w trampeczkach, czy to bardziej zabawa, czy faktyczne wyzwanie. Ale teraz była dobrze przygotowana sprzętowo i motorycznie, więc zrobiła super wynik.

Pytanie brzmi jednak: jak super jest ten wynik w skali europejskiej i światowej? – Jak się odrzuci osoby z afrykańskimi korzeniami, to jest to bardzo dobry wynik w Europie. Natomiast mamy u nas też jakieś przyszywane zawodniczki z Afryki, wtedy wygląda to trochę gorzej. Świat biega zresztą i dwie minuty szybciej. Wszystko zależy od tego, do czego ten wynik przyrównamy. Na ten moment to najlepszy wynik na świecie, ale taki ten świat aktualnie mamy. Na koniec roku będzie już inaczej – mówi Rozum. My dodamy, że Johaug z tym wynikiem miałaby złoto na mistrzostwach Europy w 2018 roku (ale nie biegała tam fenomenalna Sifan Hassan, mistrzyni świata z Dohy). Pobiegła też lepiej niż najlepszy wynik na tym dystansie w historii Polski. Choć do rekordu  Norwegii miała daleko, bo ten jest akurat wyśrubowany – wynosi 30:13.74

Inna sprawa, że Johaug biegła solo. A to przecież nie pomaga. Dużo łatwiej biegnie się w grupie zawodniczek, jeśli można się schować za kilkoma z nich i spokojnie trzymać tempo, redukując opór wiatru. Jeszcze łatwiej, jeśli dodatkowo jest pacemaker czy pacemakerka, którzy biegną w odpowiednim, założonym wcześniej czasie. Samotny bieg jest znacznie trudniejszy, choć akurat Johaug tak lubi.

– Tak, wiemy, że Therese bardzo lubi sama biegać, nadać swoje tempo. Pokazuje to na zawodach biegów narciarskich. Nigdy nie patrzy na rywalki. U mężczyzn wszyscy zawsze trzymają się w grupie, czają się do samego końca, a u kobiet Therese nie odpoczywa za kimś, tylko od początku do końca nadaje swoje tempo. Wydaje mi się, że tu przeniosła trochę tę swoją taktykę z biegów narciarskich na bieżnię. Możliwe, że nawet jej to trochę pomogło – mówi Galewicz.

Sama Johaug ze swojego czasu była bardzo zadowolona. Mówiła, że na początku za bardzo wyrwała do przodu, ale sama siebie napomniała, że ma trzymać się tempa. To było jej zadanie. Dopiero pod koniec, gdy czuła, że ma sporo sił, ruszyła do przodu. I stąd te nadprogramowe niemal dziesięć sekund. Mówiła też, że przed startem była bardzo nerwowa. I to już na 14 godzin wcześniej. Oczywiście, trema i stres minęły, gdy tylko zaczęła biec. Co zresztą było widać, bo wyszło jej to świetnie. Choć technika nadal nieco kulała, to Norweżka była przygotowana zdecydowanie lepiej niż w 2019 roku.

– Therese już jakiś czas temu zaczęła się przygotowywać do startów lekkoatletycznych. Były takie sygnały, mówiło się o tym w prasie i mediach. Ale jej wynik z zeszłego tygodnia chyba wszystkich w Norwegii zaskoczył. Fakt, że była to dość krótka eksplozja medialna, bo trwała może ze dwa dni – pisało się o tym w dzień samej imprezy, a potem był drugi dzień przepychanek ze Szwedami. Media znowu jednak rozbłysły światłem Theresy Johaug. Norwegia miała taki fajny moment oddechu, powrotu swojej największej gwiazdy. Normalnie mieliby już przecież środek sezonu nartorolkowego i tam oglądali najlepszych narciarzy. Teraz to zniknęło, nie mogą się tym cieszyć. Kwestia techniki biegu? Jak się patrzyło na Therese podczas biegu to fakt, biegła szybko, ale każdy widział, że ta technika jest nie za dobra. Jednak nawet norwescy dziennikarze pisali, że mają w nosie tę technikę – niech biega jak biega, byle szybko – mówi Tomasz Wandzel, Polak od lat związany z Norwegią, a przy okazji fan biegów narciarskich.

O co chodzi ze wspomnianymi Szwedami? Cóż, jak to w Skandynawii, gdy tylko w Norwegii czymś się cieszą, skrytykować muszą to Szwedzi. Zwłaszcza, gdy mowa o Therese Johaug. Zarzucili jej więc dwie rzeczy: tradycyjnie wypomnieli wpadkę dopingową z 2016 roku oraz uznali – piórem Lennarta Julina, dziennikarza niezwykle cenionego w sprawach lekkiej atletyki – że to nieuczciwe, biec tak przy świetle, które cię prowadzi. Therese się, oczywiście, odgryzła. – Możemy dyskutować, co jest większym oszukiwaniem: takie lampy czy bieg za kimś, kto bierze na siebie cały pęd powietrza. Ja uważam, że to drugie, zdążyłam się zresztą o tym przekonać na treningach. Sama nie miałam pomocy, wynik zależał tylko ode mnie.

– Ja nie wierzę w takie historie – mówi Kacper Merk. – Zmierzamy tu do tego, że Eliud Kipchoge też miał sterylne warunki, a weź przebiegnij maraton w czasie poniżej 3 minut na kilometr. Okej, warunki były sterylne, ale jednak trzeba mieć silny organizm. Biegnąc samotnie nie masz się za kim schować. Przeważnie takie dystanse rozgrywają się tak, że biegniesz kilka okrążeni za kimś, kto wyznacza ci tempo, holujesz się, a dopiero później atakujesz. Na każdym porządnym mityngu są goście czy dziewczyny, którzy dyktują tempo i schodzą po kilku okrążeniach. Dla mnie to analogiczna sytuacja. Jak biegniesz z „zającami” i w dodatku ktoś osłania cię od wiatru, to jest to raczej lepsze niż te światła. Tym bardziej, że tak naprawdę każdy amator, który biega sobie z Endomondo, ma zegarek wyznaczający rytm. Czym to się różni od tych świateł? Bo moim zdaniem niczym.

Nie będziemy tu więc jak Szwedzi i niczego Therese nie ujmiemy. Warto jednak zaznaczyć, że nie ona jest tu pionierką.

Johaug nie była pierwsza

W całej historii igrzysk olimpijskich – a przecież było jeszcze mnóstwo osób, które uprawiając narciarstwo biegowe, rywalizowały też na tartanie, ale na olimpiadę nie pojechały – znajdzie się 20 postaci, walczących zimą na biegówkach, a latem w innej dyscyplinie. Wśród tych wymienić można kolarstwo, wioślarstwo, kajakarstwo, piłkę ręczną, a nawet pięciobój nowoczesny czy taekwondo. Bywało, że szło to też w drugą stronę – sportowcy z egzotycznych krajów, nie mając w swym regionie konkurencji, uczyli się jazdy na nartach tylko po to, by zaliczyć zimowe igrzyska. Zrobił tak na przykład Pita Taufatofua, słynny chorąży reprezentacji Tonga, a przy okazji chronologicznie ostatni z takich przypadków.

Niedługo przed nim jednak pewna Czeszka zrobiła dokładnie taki zwrot, jaki nas interesuje – z igrzysk zimowych na letnie. Zwała się Eva Vrabcová-Nývltová i startowała na czterech olimpiadach. W 2006, 2010 i 2014 roku na śniegu. W 2016 pobiegła maraton w Rio. Wyniki kręciła naprawdę niezłe, choć w skali świata nieco odstawała – na igrzyskach była 26., a rok później, na mistrzostwach świata w Londynie, 14. Jej największy sukces to trzecie miejsce na mistrzostwach Europy w 2018 roku.

Romans z lekką atletyką zaczęła jeszcze w czasach kariery narciarskiej od startów na bieżni – na 5 i 10 tysięcy metrów. Więc podobnie jak Johaug. Wkrótce odpuściła sobie starty zimowe i postawiła na bieganie w cieplejszych warunkach. Wydłużyła do tego dystans. I okazało się, że ma spory potencjał. A przecież, podkreślmy, pod względem wydolności zawsze była słabsza niż Therese Johaug. Zresztą trudno wskazać narciarkę, która byłaby lepsza od Norweżki pod tym względem.

Eva to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów, bo przerzuciła się na lekką atletykę w całości. Ale bywały i inne zawodniczki, które ot, po prostu próbowały swoich sił w przerwach od zimy. Tak robiła na przykład Anne Marie Comeau czy, żeby zajrzeć na podwórko Johaug, Kristin Stomer Steira, która zostawała mistrzynią Norwegii w biegach na 5000 i 10000 metrów. W planach miała nawet start na mistrzostwach Europy w 2010 roku, ale nie udało jej się, bo doznała kontuzji pięty.

– Steira to pewien wyjątek, bo trudno znaleźć w biegach narciarskich kogokolwiek, kto podczas kariery bawiłby się lekką atletyką – mówi Wandzel. – Biegacze i biegaczki w Norwegii naprawdę mają zajęty kalendarz. Gdy kończą zimę mają krótką przerwę, a potem zaczynają niesamowicie prestiżowy w tym kraju sezon na nartorolki. W normalnym układzie tak naprawdę brak im czasu, żeby bawić się lekką atletyką. Tym bardziej, że nie mają po co. Im pieniądze i sławę dają narty. Lekka atletyka zawsze będzie na którymś tam miejscu, więc się w to nie bawią. Osobiście traktuję ten poziom, jaki zaprezentowała Johaug, jako pewien “wypadek przy pracy”. Ona jest fizycznym ewenementem, po prostu. Zresztą nawet sylwetką ona i Steira są podobne – takie typowe „chudzielce” długodystansowe.

Może i trudno znaleźć kogoś, kto bawiłby się lekką atletyką, ale predyspozycje są wręcz wymarzone – może nie licząc techniki. Po latach ciężkiego treningu, który skupia się na wytrzymałości i wydolności, śmiało można próbować swoich sił i w lekkiej atletyce. Nawet, jak mówi Martyna Galewicz, przerzucając się na nią na stałe. – Sama miałam propozycje od trenerów lekkiej atletyki, żebym przeszła na bieżnię po zakończeniu narciarskiej karier – a bywało nawet, że próbowali mnie ściągnąć wcześniej, bo całkiem dobrze biegałam na stadionie. Jeśli mamy już jakiś podkład z zawodowego biegania na nartach, to myślę, że jest szansa, by to się udało. Niezależnie od tego czy chodzi o biegi górskie, czy lekkoatletyczne.

Właśnie, bo co warto podkreślić, w Norwegii popularna jest jeszcze jedna rzecz – rywalizacja w konkurencjach przełajowych. I tam często zjawiają się biegacze narciarscy – lubił to ponoć m.in. Petter Northug, który jeszcze w czasach kariery narciarskiej stawał na starcie przełajów i rywalizował z innymi biegaczami. Norwegowie tego nie unikają, a wręcz traktują jako formę treningu. Tak samo potraktowała Therese Johaug swoje starty na stadionie. Choć wciąż pozostaje pytanie – czy mogłaby się pokusić o osiągnięcie czegoś większego?

Igrzyska latem?

Tuż po starcie Johaug w Impossible Games rozgorzało mnóstwo plotek. Ta jedna, potwierdzona, dotyczy szwedzkiego mityngu w ramach Diamentowej Ligi. Therese sondowała możliwość wystąpienia tam, ale szybko dowiedziała się, że nie ma na to szans. A to przez wpadkę dopingową z 2016 roku, gdy w jej organizmie wykryto clostebol, którego obecność tłumaczyła tym, że zawierała go maść stosowana przez nią na poparzone usta. Nic to jednak nie dało, bo została zdyskwalifikowana. I teraz nie może przez to wystartować tam, gdzie chciała. – Na Diamentową Ligę nie zapraszamy zawodników, którzy mają na koncie zawieszenie za doping. Takim przypadkiem jest właśnie Johaug. W pełni popieramy nasze zasady – mówił Jan Kowalski (tak, serio tak się nazywa), przedstawiciel mityngu.

Sama Therese wszelkie pozostałe spekulacje teoretycznie ucinała od razu po zawodach, nie pozostawiając złudzeń co do swoich najbliższych planów. Choćby tych dotyczących igrzysk olimpijskich – bo zastanawiano się, czy nie mogłaby wyruszyć przypadkiem do Tokio. – Myślę, że nawet gdybym wypełniła minimum na te igrzyska [musiałaby poprawić się jeszcze o 15 sekund – przyp. red.], to występ tam nie jest dla mnie realny. Już za późno, by się temu poświęcać, świat jest zbyt dobry. Wracam do treningu narciarskiego. Zimą mam mistrzostwa świata w Oberstdorfie, tam chciałabym wygrywać. Myślę jednak, że na bieżnię jeszcze wrócę. Fajnie jest dać sobie od czasu do czasu taki bodziec – mówiła.

Taka deklaracja nie może przesadnie dziwić. Impreza w Tokio, przez przesunięcie terminu rozegrania, odbędzie się zaledwie pół roku przed zimowymi igrzyskami w Pekinie. A dla wszystkich oczywiste jest, że to na nich skupi się Johaug. W końcu nie zdobyła jeszcze indywidualnego złota olimpijskiego. Miała to zrobić w Pjongczangu, ale tam nie było jej przez wspomniane zawieszenie. Opcjonalny start w Tokio byłby więc jedynie niepotrzebnym ryzykiem.

Okres między igrzyskami faktycznie się trochę skrócił, bo zawsze między było to półtora roku, teraz będzie tylko pół. A takie duże imprezy się ze sobą nie łączą. Możliwe, że Therese zechce spróbować przygotować się na kolejne igrzyska i wystartować latem. A jeśli chodzi o samą kwalifikację, to myślę, że nie będzie miała problemów. W Norwegii już jest najlepsza, a zawodników wysyłają przecież komitety olimpijskie ze swojego kraju. Dziesięć kilometrów to już dystans wytrzymałościowy, wiemy, że ona tę wytrzymałość ma. Mogłaby pobiec na igrzyskach w Paryżu w wieku 36 lat. Byłby to fajny i ciekawy widok – mówi Galewicz.

– Paryż 2024? Chyba nie warto – twierdzi z kolei Janusz Rozum. – Ona będzie któraś tam na świecie, nie wygra z Afrykankami, jeśli w tej chwili dzielą je dwie minuty. Nie ma na to szans, jest już za późno. Mistrzostwa Europy? Tak, tam miałaby szansę, nawet łącząc to z biegami narciarskimi. Coraz częściej się tak zresztą robi, łączy dyscypliny. Triathloniści z niezłymi wynikami próbują startów w maratonie. Świat się troszkę zmienił. Takie łączenia są niby trudne, ale faktycznie, gdyby trochę zmienić trening, to pewnie Johaug mogłaby zajmować dobre lokaty. Ale co to dla niej, skoro jest najlepszą biegaczką narciarską świata?

Sama Johaug mówi, że w igrzyska w Paryżu wątpi, ale nic nie jest przesądzone. Choć raczej powtarza, że jeden czy dwa starty w wolnych chwilach to dla niej idealny układ. Taki, żeby czerpać radość z rywalizacji na bieżni, a równocześnie wpasować to w zapchany kalendarz sezonu. Inna sprawa, że jeśli sytuacja na świecie dalej będzie niepewna, to może zmienić zdanie.

W czasach, w jakich dziś się znajdujemy, gdy sport stanął i nie wiadomo, jak będzie wyglądała zima, czy rozegrają się wszystkie zawody narciarskie, zawodnicy po prostu szukają alternatyw. Wiemy, że Marit Bjoergen wróciła do biegów długodystansowych, Therese jest zresztą w tym samym teamie. Jeśli wiele się w kwestii pandemii nie zmieni, to Johaug będzie w stanie łączyć te dwie dyscypliny – twierdzi Galewicz.

– Dwa dni po tym, jak Therese powiedziała, że nie myśli o igrzyskach w Tokio, jej osobisty trener –  Pål Gunnar Mikkelsplass, który prowadzi ją od czasów jej afery dopingowej – mówił dziennikarzom, że absolutnie nie wyklucza dalszych startów w międzynarodowych zawodach lekkoatletycznych. Nie wiemy jedynie jakich, bo o tym nikt nie mówił. Zobaczymy też, jak rozwinie się sprawa z biegami narciarskimi. Czy Therese będzie mogła w najbliższym czasie wrócić na nartorolki. Widać po niej, że nie może usiedzieć w miejscu. O konkretnych zawodach trudno jednak w tej chwili mówić – dodaje Wandzel.

Rąbka tajemnicy Johaug jednak uchyliła, mówiąc, że marzy o starcie w maratonie. Tyle że dopiero po zakończeniu kariery, bo na dziś byłoby to zbyt duże ryzyko. Po odwieszeniu nart na kołek mogłaby tam jednak sprawdzić się idealnie, powtarza to zresztą jej trener. Wiadomo, że wytrzymałość – którą Norweżka imponuje już od dawna – nabywa się z wiekiem. Teoretycznie za 4 czy 5 lat powinna być w stanie znakomicie radzić sobie na tak długich dystansach lekkoatletycznych. Choć raczej mowa tu nie o startach na igrzyskach, a takich dla własnej przyjemności.

Ale kto wie, może Therese Johaug, wbrew temu co mówi teraz, kiedyś jednak uda się to połączyć?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez