Tenis. Dwa mecze Hurkacza i losowanie Australian Open

Tenis. Dwa mecze Hurkacza i losowanie Australian Open

Zapracowanym człowiekiem był dziś Hubert Hurkacz. Przez odwołanie czwartkowych spotkań – z powodu pozytywnego wyniku testu u jednego z pracowników hotelu w Melbourne i przeprowadzanie dodatkowych testów zawodników – dziś musiał rozegrać aż dwa spotkania. W dodatku pierwsze na ponad godzinę przerwał mu padający deszcz. I o ile ten mecz jeszcze udało się wygrać, o tyle w drugim lepszy okazał się rywal.

Dziś też trójka naszych reprezentantów poznała rywali w I rundzie Australian Open.

Raz z tarczą, raz na niej

Ani razu w tym sezonie Hubert Hurkacz nie mierzył się jeszcze z zawodnikiem notowanym w rankingu ATP wyżej od niego. Innymi słowy: w każdym meczu był faworytem. Jedna rzecz to jednak status faworyta mieć, druga – potrafić go wykorzystać. W zeszłym sezonie u Polaka bywało z tym różnie, przegrywał wiele spotkań z notowanymi niżej rywalami, często oddając je w kluczowych momentach.

W tym roku długo był bezbłędny. Był.

Jeszcze dziś w nocy, w starciu z Pablo Cuevasem, zdołał wygrać w dwóch setach – 7:5 7:5. Ale już w spotkaniu z Urugwajczykiem widać było pewne niepokojące objawy. Hubert gorzej niż do tej pory funkcjonował przy swoich gemach serwisowych. Często musiał bronić break pointów, nawet seryjnie – od 0:40 – a zdarzało się, że serwis ostatecznie tracił. Ale że dobrze spisywał się na returnie, to nie miało to ostatecznie większych konsekwencji. Może co najwyżej takie, że mecz trwał nieco dłużej, niż byśmy sobie tego życzyli. I do gry wszedł deszcz.

Hurkacz i Cuevas na ponad godzinę musieli zejść z kortu. Gdy wrócili, Polak dość szybko rozstrzygnął sprawy na swoją korzyść. Tak naprawdę jednak z takiego obrotu spraw najbardziej mógł cieszyć się jeden człowiek – Stefano Travaglia. Włoch wtedy już odpoczywał po swoim spotkaniu z Aleksandrem Bublikiem i spokojnie mógł obserwować to, co dzieje się w starciu jego potencjalnych rywali. Kto wie, czy ten odpoczynek nie był tu właśnie kluczowy.

Bo gdy już przyszło do starcia Huberta z Travaglią, to Polak w miarę upływu czasu wydawał się grać coraz gorzej, mniej dokładnie, łatwiej oddawał punkty, często wyrzucając piłki. Jakby starał się kończyć szybciej wymiany, a w konsekwencji tracił na dokładności. Włoch za to doskonale bronił kolejne piłki, biegając w defensywie jak szalony i umiejętnie przedłużając akcje. Efekt? Hurkacz zaczął oddawać kolejne punkty. Licząc od straty serwisu w przedostatnim gemie drugiego seta, do końca meczu dał się przełamać aż czterokrotnie. To, że i tak długo utrzymywał się w grze, zawdzięczał tylko temu, że sam dobrze grał na returnie i sam też Travaglię przełamywał.

To jednak Włoch ostatecznie był lepszy, a Hubert pod koniec meczu – co może niepokoić – zdawał się przypominać nieco siebie  z poprzedniego sezonu. Kilka razy na kort spadła jego rakieta (choć bez intencji jej rozwalenia), wydawał się zniechęcony, rozdrażniony. Szkoda, bo w trzecim secie prowadził już 3:1 i wydawało się, że jest na prostej drodze do półfinału, a i finał był całkiem realną perspektywą. A gdyby to się udało, można by myśleć o życiówce w rankingu.

Ale cóż, wyszło jak wyszło. Teraz Polak może skoncentrować się na grze w deblu – bo w  parze z Jannikiem Sinnerem wciąż w nim rywalizuje – no i na przygotowaniu oraz regeneracji przed Australian Open. A skoro już o tym ostatnim turnieju, to w międzyczasie – idealnie pomiędzy meczami Hurkacza – rozlosowano pary pierwszej rundy.

Drabinki trudne, ale interesujące

Przez chwilę samo losowanie nie było zresztą tak oczywiste – po wczorajszym odwołaniu spotkań, nikt nie miał pewności, co wykażą testy i ile osób może dostanie pozytywne wyniki testów. Gdy jednak okazało się, że te dały wyłącznie wyniki negatywne, można było losować. Co więc zgotował Polakom los i jak wypadają ich drabinki? Wypadałoby w tym miejscu zacytować prawdopodobnie najsłynniejszą kwestię z serialowego “Czarnobyla”: “not great, not terrible”.

Hubert Hurkacz, by trzymać się jego postaci, skoro od niego zaczęliśmy ten tekst, w teorii ma przed sobą dwie całkiem przyjemne rundy. W pierwszej trafił na notowanego pod koniec setki Mikaela Ymera. Obaj spotkali się w zeszłym roku w Auckland, w dwóch setach wygrał Polak. Jeśli i tym razem okaże się lepszy, potem czeka go starcie z wielkoszlemowym debiutantem. Będzie to albo Carlos Alcaraz z Hiszpanii, albo Holender Botic van de Zandschulp. I tu może się okazać, że to jednak swego rodzaju karta-pułapka.

Bo i Hiszpan, i Holender w Australii prezentują się na razie bardzo dobrze. Ten pierwszy, ledwie siedemnastoletni, dopiero co ograł w dwóch setach Davida Goffina. Holender z kolei na karku ma już 25 lat i w teorii powinien być bardziej przewidywalnym rywalem. Ale że jest przeciwnikiem trudnym przekonał się już Kamil Majchrzak, który uległ mu dwa dni temu. Potem tak samo skończył potężnie serwujący Reilly Opelka, a dziś bliski tego był też Karen Chaczanow. Hurkacz jednak, oczywiście, byłby faworytem w takim meczu. I w teorii powinien dojść do III rundy. A tam zacznie się zabawa. Jeśli bowiem wszystko pójdzie zgodnie z planem, trafi na Stefanosa Tsitsipasa. A to już rywal z najwyższej półki.

Przywołany Kamil Majchrzak? Biorąc pod uwagę, że nie jest zawodnikiem rozstawionym, trafił nieźle, choć w pierwszej rundzie będzie mieć najtrudniejsze zadanie spośród Polaków. Trafił w niej bowiem na Miomira Kecmanovicia. Serb to całkiem utalentowany tenisista, który jednak w turniejach wielkoszlemowych radzi sobie do tej pory kiepsko. W Australii nigdy nie wyszedł jeszcze poza pierwszą rundę i być może w tym należałoby upatrywać nadziei.

Opcjonalne zwycięstwo Majchrzaka byłoby tym cenniejsze, że w drugiej rundzie też nie ma wcale rywala z najwyższej możliwej półki. Owszem, Adrian Mannarino, na którego prawdopodobnie by trafił, to już uznane nazwisko, ale na pewno nie gość, którego przy dobrej formie, nie da się napocząć. Tylko właśnie – trzeba być w formie. A czy Kamil jest? Trudno stwierdzić. Rozegrał w tym roku tylko dwa mecze i pokazał w nich dwa różne oblicza. Cóż, przekonamy się zapewne w samym Australian Open, na co go właściwie w tej chwili – po niedawnej zmianie trenera i przechorowanym koronawirusie – stać.

Że na wielkie rzeczy stać Igę Świątek – to już doskonale wiemy. Aczkolwiek akurat w Melbourne chyba nie ma co oczekiwać po niej cudów. W turnieju poprzedzającym Australian Open było po Polsce widać, że to dopiero początek sezonu i nie jest jeszcze w najlepszej formie. W dodatku szybkie australijskie korty w znacznie mniejszym stopniu premiują jej grę, niż jesienna mączka, na której wygrywała French Open.

Do tego ma całkiem trudną drabinkę. W pierwszej rundzie trafi na Arantxę Rus, z którą w zeszłym roku przegrała na turnieju w Rzymie. Holenderka to jednak specjalistka od nawierzchni ziemnej, więc szansa na rewanż w tym przypadku powinna być spora. Trzeba jednak uważać, bo Rus potrafi wygrywać z faworyzowanymi rywalkami. W kolejnym meczu Iga zmierzy się najpewniej z Camilą Giorgi. Włoszka w 2019 roku pokonała Polkę… w II rundzie Australian Open. Oddała jej wówczas tylko dwa gemy, a do dziś to ich jedyne spotkanie. Miło byłoby się zrewanżować.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze – Iga powinna dotrzeć do IV rundy. A tam czekać będzie na nią zapewne Simona Halep. I to już mecz, w którym zdarzyć się może absolutnie wszystko. Z pewnością jednak, o ile do niego dojdzie, to Rumunka będzie faworytką. Ale Świątek już raz potrafiła ją ograć i to w wielkim stylu. Choć na razie wypada skupić się na wcześniejszych rundach. Bo jeśli Iga wygra pierwsze trzy mecze, to jej wynik i tak będzie naprawdę dobry.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez