Ten medal z Rio mógł być nasz, czyli Angie Kerber a sprawa polska

Ten medal z Rio mógł być nasz, czyli Angie Kerber a sprawa polska

Kiedy w 1988 roku w Seulu tenis wrócił do programu igrzysk olimpijskich po ponad 60-letniej przerwie, złoty medal za turniej singlowy kobiet pojechał do Niemiec. Bardzo długo się zanosiło, że po ostatnich igrzyskach w Rio de Janeiro stanie się dokładnie tak samo. Ostatecznie jednak za naszą zachodnią granicę trafiło srebro. Nawiasem mówiąc, bardzo niewiele brakowało, by ten medal trafił… do Polski. Angelique Kerber to córka Polaków, trenująca na co dzień w Puszczykowie pod Poznaniem i pięknie mówiąca w naszym języku. To wiedzą wszyscy kibice. Nie wszyscy wiedzą za to, że kilka lat temu toczyły się rozmowy pomiędzy tenisistką, a Polskim Związkiem Tenisowym w sprawie występów Kerber w biało-czerwonych barwach. Niestety, choć obie strony chciały się dogadać, sprawy ostatecznie nie udało się doprowadzić do szczęśliwego końca.

Rio de Janeiro, sierpień 2016 roku. Na kortach Olimpijskiego Centrum Tenisowego w Barra de Tijuca trwa turniej tenisa. Turniej, w którym faworytki padają, jak muchy. Liderka rankingu Serena Williams zaskakująco przegrywa w trzeciej rundzie z Jeleną Switoliną. Na tym samym etapie z imprezą żegna się trzecia w rankingu Garbinie Muguruza. Czwarta na liście WTA Agnieszka Radwańska sensacyjnie odpada już po pierwszym meczu, podobnie, jak piąta Venus Williams i szósta Roberta Vinci. Do ćwierćfinałów przebijają się tylko dwie zawodniczki z pierwszej dziesiątki rankingu. Wśród nich – druga rakieta świata, Angelique Kerber, dla przyjaciół… Ania.

Polska – Niemcy 0:39

Co więcej, podczas gdy dla większości tenisistek z szeroko pojętej światowej czołówki turniej olimpijski w Rio de Janeiro to jedna wielka droga przez mękę, Kerber kolejne rundy przechodzi wręcz spacerkiem. Pierwsza runda: dwa sety z Duque Marino, druga – 6:4, 6:2 z Bouchard, trzecia – 6:0, 7:5 ze Stosur. Dalej, choć niby powinno być trudniej – paradoksalnie jest łatwiej. Ćwierćfinał to błyskawiczne 6:1, 6:2 z Johanną Kontą, półfinał – szybkie 6:3, 7:5 z Madison Keys. W finale wiceliderka rankingu melduje się bez straty seta. Biorąc pod uwagę, że kilka miesięcy wcześniej wygrała Australian Open, a niedługo przed igrzyskami dotarła do finału Wimbledonu, nikt nie wyobraża sobie, że złoto może nie trafić w jej ręce. Tym bardziej że finałowa rywalka jest iście sensacyjna – to Monica Puig, zawodniczka notowana poza pierwszą trzydziestką rankingu WTA, nierozstawiona, bez ani jednego wygranego turnieju na koncie. Jej obecność w strefie medalowej to już gigantyczna niespodzianka, zwycięstwo będzie rozpatrywane w kategoriach sensacji i trzęsienia ziemi.

A jednak Portorykanka wygrywa 6:4, 4:6, 6:1, zdobywając pierwszy złoty medal w historii swojego kraju. Kerber musi wystarczyć srebro – pierwszy medal w tenisie dla Niemiec od 16 lat, kiedy po srebro w Sydney sięgnął Tommy Haas (wcześniej złoto w Seulu i srebro w Barcelonie wywalczyła Steffi Graf). Angelique Kerber oczywiście liczyła na więcej, szczególnie, że formę zbudowała absolutnie życiową. Nastrój po przegranym finale olimpijskim poprawiła sobie jednak niedługo później, wygrywając wielkoszlemowe US Open. Dla wspomnianych Niemiec był to kolejny Wielki Szlem, dokładnie 39. w historii (potem Kerber dołoży jeszcze czterdziesty). My ciągle nie mamy ani jednego zwycięstwa w singlu. A mogliśmy mieć.

Z Rio de Janeiro do Puszczykowa

W niektórych sportach kwestia przynależności narodowej jest absolutnie kluczowa. W takiej piłce nożnej na przykład, mecze reprezentacji krajowych rozpalają kibiców na całym świecie. Międzynarodowe federacje bardzo precyzyjnie regulują to, kto może reprezentować dany kraj i w jakich ściśle określonych okolicznościach może zmienić drużynę narodową. Najkrócej mówiąc: jeśli ktoś zagrał w oficjalnym meczu dorosłej reprezentacji jednego kraju, drogę do reprezentowania innego ma zamkniętą raz na zawsze. W siatkówce o zmiany jest nieco łatwiej, czego najlepszym dowodem jest obecność w reprezentacji Polski Wilfredo Leona, który wcześniej reprezentował swoją prawdziwą ojczyznę – Kubę. W tenisie przynależność narodowa nie ma aż takiego znaczenia. Owszem, są rozgrywki reprezentacji, ale mają one znacznie mniejsze znaczenie, zwłaszcza wśród kobiet. Puchar Federacji, czyli mistrzostwa świata kobiecych reprezentacji w tenisie to impreza najwyżej drugorzędna.

Nieco podobnie ma się rzecz ze wspomnianymi igrzyskami olimpijskimi. Dla ścisłej światowej czołówki to oczywiście impreza ważna i prestiżowa, ale nie tak ważna i nie tak prestiżowa, jak turnieje wielkoszlemowe. Kiedyś wspomniała o tym Agnieszka Radwańska, której potem wielu kibiców nie mogło tego wybaczyć. Tak, czy inaczej, często wyniki tenisowych turniejów olimpijskich, delikatnie mówiąc, mocno różnią się od rozgrywanych w tym samym roku turniejów wielkoszlemowych. Brutalnie przekonała się o tym wspominana Polka, która w 2012 roku na Wimbledonie dotarła aż do finału, a chwilę później na tych samych kortach podczas igrzysk w Londynie odpadła już w pierwszej rundzie.

Kerber w 2016 roku wygrywała niemal wszystko, zaliczyła dwa zwycięstwa w Wielkim Szlemie, finał Wimbledonu i turnieju Masters oraz srebro igrzysk w Rio de Janeiro. Większość tych sukcesów, podobnie jak osiągnięcie pierwszego miejsca w światowym rankingu, świętowała w Puszczykowie w ośrodku tenisowym Angie, zbudowanym przez jej dziadka. Niewiele brakowało, że świętowałaby jako pierwsza polska mistrzyni wielkoszlemowa i polska medalistka igrzysk olimpijskich.

Serce bije także dla Polski

Że w jej żyłach płynie polska krew – to nie ulega wątpliwości. Oboje rodzice są Polakami, byli dobrymi tenisistami, którzy wyjechali do Niemiec pracować jako trenerzy. Tam urodziła się późniejsza gwiazda światowego tenisa. Ale w przeciwieństwie do Sabine Lisicki, której korzenie i droga były bardzo podobne – ona zawsze mówiła po polsku i czuła się z naszym krajem bardzo związana. W przeciwieństwie na przykład do Lukasa Podolskiego czy Miroslava Klose, nie można też powiedzieć, że Kerber została wychowana przez niemiecki system i niemieckich trenerów. Przez długi czas trenowała pod okiem ojca, Sławomira, byłego mistrza Polski juniorów. Oczywiście, od pewnego etapu wszystko odbywało się także przy wsparciu Niemieckiego Związku Tenisowego.

Tak, czy inaczej, w 2011 roku Kerber była już zawodową tenisistką z szeroko pojętej światowej czołówki (okolice 50. miejsca w światowym rankingu). Właśnie wtedy odbyły się rozmowy w sprawie jej gry pod polską flagą. Wcześniej Kerber przyznała w niemieckiej prasie, że choć jest Niemką, to „jej serce bije także dla Polski”. Wiedzieli o tym wszyscy, którzy bywali na turniejach. Angie zawsze trzymała się z siostrami Radwańskimi i resztą polskiej grupy (więc także z Karoliną Woźniacką), a nie z koleżankami z Niemiec.

Wspomniane spotkanie odbyło się – a jakże – w Puszczykowie, po tym, jak Kerber dotarła do półfinału US Open. Z ramienia Polskiego Związku Tenisowego wzięli w nim udział prezes Jacek Muzolf, dyrektor sportowy Wojciech Andrzejewski oraz kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Federacji Tomasz Wiktorowski, co dobitnie pokazuje, że sprawa była traktowana bardzo poważnie. Druga strona także była poważna, poza samą zawodniczką stawiła się jej mama i menedżerka Beata oraz Janusz Rzeźnik, właściciel ośrodka tenisowego Angie, prywatnie ojciec Beaty i dziadek Angelique.

Były uśmiechy, pełna kultura, żadnych nacisków czy żądań, może tylko dziadek Janusz bardziej energicznie niż reszta domagał się współpracy. Odniosłem jednak wrażenie, że rodzina najpierw chce poznać możliwości finansowe związku, a nie od razu decydować o zmianie barw. Na dość konkretne pytanie, ile PZT jest w stanie wydać na zwrot kosztów szkolenia i przygotowań Andżeliki, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że mniej więcej tyle samo, ile dawaliśmy corocznie Agnieszce Radwańskiej, czyli od 200 do 400 tys. złotych. Dla skromnego budżetu PZT było to bardzo dużo, ale tyle jeszcze byliśmy w stanie wytrzymać – relacjonował na łamach „Rzeczpospolitej” Wojciech Andrzejewski. Według nieoficjalnych informacji, naprawdę niewiele brakowało, żeby do zmiany barw naprawdę doszło. Pewnym kłopotem mogło być odstępne, którego Niemiecki Związek Tenisowy zażądałby od PZT w ramach zwrotu nakładów poniesionych na szkolenie Kerber, ale prawdopodobnie i to udałoby się załatwić. Trudno ostatecznie wyjaśnić dlaczego, ale kolejnych spotkań już nie było. W każdym razie, Angelique w kolejnym roku zameldowała się ćwierćfinale Roland Garros, półfinale Wimbledonu i w pierwszej dziesiątce rankingu. Temat występów panny Kerber w biało-czerwonych barwach umarł śmiercią naturalną. Minęło kilka lat i Angie zdobyła trzy tytuły wielkoszlemowe oraz srebro olimpijskie.

Zaproponowaliśmy jej warunki podobne do tych, jakie miała Agnieszka Radwańska. Na tym rozmowy się zakończyły, rozstaliśmy się i czekaliśmy na odzew. Dziadkowi bardzo zależało, żeby grała dla Polski, ale Angelique, mimo wszystko, postanowiła wybrać barwy niemieckie – tłumaczył w Interii prezes Muzolf.

Kolejką górską do Tokio

Temat został zamknięty. Teraz nie ma sensu się zastanawiać, czemu nie gra dla Polski, można jedynie pytać, czy zdobędzie kolejne trofea i czy w lecie w Tokio powalczy o jeszcze jeden medal. Cóż, prawdę mówiąc przy tych pytaniach trzeba postawić jeden, wielki znak zapytania. Czemu? Bo kariera gwiazdy z Puszczykowa w ostatnich latach przypomina jazdę kolejką górską, i to taką naprawdę zakręconą. Pamiętacie rok 2016 i długą listę jej sukcesów? W 2017 we wszystkich turniejach wielkoszlemowych Kerber wygrała łącznie sześć spotkań, czyli mniej niż w jednym zwycięskim Australian Open czy US Open. W Nowym Jorku, gdzie miała bronić tytułu, poległa już w pierwszym meczu, podobnie jak w Paryżu. W Melbourne i Londynie kończyło się na porażkach w czwartych rundach, czyli również zdecydowanie poniżej oczekiwań. Choć rok zaczynała na pierwszym miejscu w rankingu, na koniec sezonu wypadła z pierwszej dwudziestki.

Wtedy, pod koniec 2017 roku, z wielu stron słychać było głosy, że to już raczej początek końca kariery 29-letniej wówczas Kerber. Co ona na to? W styczniu 2018 roku wbiła się do półfinału Australian Open, a w czerwcu wygrała Wimbledon, wskakując na drugie miejsce w rankingu, na którym zresztą zakończyła sezon. Stabilizacja formy? Cóż, raczej niekoniecznie. W kończącym się właśnie roku Angelique miała w Wielkim Szlemie najgorsze statystyki, odkąd zaczęła poważną karierę. W czterech startach wygrała łącznie cztery mecze, z czego trzy w styczniu w Australian Open. Z US Open i Roland Garros żegnała się po pierwszym meczu, z Wimbledonem, gdzie miała bronić tytułu – po drugim. Fatalny rok zakończyła na 20. miejscu, co mocno nam przypomina poprzedni zjazd z 2017 roku.

Czy i tym razem będziemy mieli wielki powrót? Trudno to wykluczyć. Pierwszy krok do dobrej zmiany został już zrobiony. Pod koniec listopada Kerber ogłosiła, że jej nowym trenerem został Dieter Kindlmann, w swoim czasie solidny zawodnik okolic pierwszej setki rankingu ATP, a później sparingpartner Marii Szarapowej oraz szkoleniowiec między innymi Madison Keys. Amerykankę w 2017 roku doprowadził do finału US Open, teraz spróbuje pomóc Kerber wrócić na właściwe tory. Jeśli skończy się sukcesem, korki od szampanów ponownie będą strzelały nie tylko w Niemczech, ale także w Puszczykowie.

A nawet, jeśli się nie uda i Angelique zdecyduje się zakończyć karierę, ma coś, czego nikt jej nie odbierze: olimpijski medal. Wśród największych gwiazd tenisa, wielokrotnych mistrzów Wielkiego Szlema i numerów jeden w światowych rankingach, naprawdę niewiele osób może się czymś takim pochwalić.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez