Ten mecz przejdzie do historii! Polska wygrywa z Chinami

Ten mecz przejdzie do historii! Polska wygrywa z Chinami

Wiedzieliśmy, że to będzie najtrudniejsze spotkanie w grupie. Gospodarze, reprezentacja faworyzowana, mająca za sobą całą halę, przygotowywana pod ten turniej. Chińczycy wydawali się być orzechem, którego nie będziemy w stanie zgryźć. Ale tylko wydawali. Bo Polacy po raz kolejny pokazali nam, że nie można w nich wątpić. Zagrali wspaniały mecz i pokonali gospodarzy turnieju. Teraz możemy już podśpiewywać, że “awans jest nasz”. 

Piszemy cały czas, że nasi zawodnicy wygrali z Chińczykami. Ale właściwie powinniśmy napisać, że wygrali z Chińczykami i sędziami. Bo ci wielokrotnie pomagali gospodarzom. I to nie w sytuacjach spornych, które można różnie interpretować. Na stronę rywali przeciągali sytuacje ewidentne. Damian Kulig nie dotknął piłki? I co z tego, zza linii końcowej zaczną gospodarze. Mateusz Ponitka czysto przejął piłkę w samej końcówce? Odgwiżdżmy, że faulował. A.J. Slaughter był faulowany przy rzucie za trzy? Nie, gdzie tam! Macie tylko dwa osobiste. Graliśmy po prostu pięciu na ośmiu i nie ma co tego ukrywać. Jeśli pamiętacie, jak przepychano Koreę na piłkarskich MŚ 2002, to wyglądało to podobnie.

Ale dobra, zostawmy sędziów. Napiszmy o samej grze. Bo to nie był najpiękniejszy czy najlepszy mecz w historii. Momentami obie reprezentacje punktowały z wielkim trudem. Nam w pierwszej kwarcie kłopot sprawiały trójki – trafiliśmy jedną na siedem prób. Chińczykom za to wychodziły dobrze, łatwo nam odskoczyli. Ale od drugiej części gry przejęliśmy inicjatywę. Znakomicie prezentowała się też nasza defensywa i nie będzie przesadą, jeśli napiszemy, że to nią wygraliśmy sobie to spotkanie. Cholernie dobrze ustawiali się nasi zawodnicy i nie dopuszczali rywali do rzutów.

Jeden z kluczowych momentów nastąpił już w trzeciej kwarcie. My graliśmy dobrze, a Chińczycy stracili jednego ze swoich najważniejszych zawodników – po pięciu faulach z parkietu wyleciał Guo Ailun, ich rozgrywający. A to ta pozycja, na której brakowało im klasowego zmiennika. Polacy o tym wiedzieli, polowali na jego przewinienia i szybko zrealizowali ten plan. W czwartej kwarcie jednak coś zacięło się w naszej grze. Nerwy i zmęczenie dawały się naszym reprezentantom we znaki. Nie trafialiśmy, Chińczycy za to tak, w dodatku trudna była walka pod koszem, bo w reprezentacji naszych rywali występowało kilku zawodników, którzy wzrostem nawiązywali do czasów Yao Minga (229 cm), oglądającego zresztą to spotkanie z trybun.

Na kilkanaście sekund przed końcem Chińczycy prowadzili punktem i rozpoczynali grę na naszej połowie. To wtedy Mateusz Ponitka znakomicie przechwycił piłkę i… został odgwizdany wyciągnięty z rękawa sędziów faul Polaka. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Z tą różnicą, że tym razem sędziowie nie zareagowali. Ponitka popędził na kosz, nie trafił, ale był faulowany. Mieliśmy dwa wolne. Mateusz musiał jednak poczekać kilka minut na ich wykonanie, bo przy okazji rozwaliła się siatka i obręcz, a ekipy technicznej przez dłuższą chwilę nie można było odnaleźć. Gdy Polak w końcu stanął na linii rzutów wolnych trafił pierwszy rzut, ale drugi przestrzelił. Chińczycy zebrali, rzucili z własnej połowy i… nie trafili. Czekała nas dogrywka.

Jeśli wtedy ktoś, kto oglądał ten mecz, nie czuł bicia własnego serca i żołądka w gardle, musiał być buddyjskim mnichem czy innym kwiatem lotosu na tafli spokojnego jeziora. Polacy dali nam wszelkie powody – a sędziowie i Chińczycy dołożyli kilka kolejnych – by z całej siły trzymać za nich kciuki i krzyczeć do telewizorów. Inaczej się zresztą nie dało. To był ten moment, w którym kontrola nad sobą schodziła na dalszy plan.

I te emocje widać też było u koszykarzy. Przez dobrze ponad połowę dogrywki do kosza wpadały tylko rzuty wolne. Zresztą było ich niewiele, ale przeważały szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Przy stanie 76:73 dla naszych… Chińczycy niespodziewanie trafili trójkę. W tym momencie mieliśmy dość. Ten mecz przekraczał nasze wszelkie wyobrażenia. Ale gdy na trzy punkty rywali świetnym wejściem pod tablicę i dwoma oczkami odpowiedział Damian Kulig, znów skakaliśmy z radości. Do końca pozostało dziesięć sekund. Trener rywali wziął czas, co oznaczało, że zaczną oni na naszej połowie.

Tyle tylko, że… nie zaczęli. Po znakomitej pracy w defensywie Polacy przyblokowali wszelkie opcje podania, Chińczycy przekroczyli regulaminowe pięć sekund i piłka była nasza. Wznowiliśmy, sfaulowany Ponitka znów rzucał osobiste. Trafił raz na dwie próby. Zrobiły się trzy punkty przewagi. Wznawiających grę rywali też faulowaliśmy. Rzucający Sun pomylił się raz, przy drugiej próbie zrobił to już umyślnie licząc na dwupunktową dobitkę któregoś z kolegów. Piłka jednak wypadła na aut, po analizie wideo przyznano ją (słusznie) gospodarzom. Ci wyprowadzili jeszcze jedną akcję, rzucili za trzy i… nie trafili, a piłka wypadła poza boisko.

Koniec! Polska wygrała!

Ten mecz przejdzie do historii, nie mamy co do tego wątpliwości. To nasza pierwsza wygrana na mistrzostwach świata z ekipą spoza Ameryki. Ale nie tylko o to chodzi. Pokonaliśmy gospodarzy, sędziów i kilkanaście tysięcy buczących na naszych koszykarzy kibiców. A dodatkowo bardzo pomogliśmy sobie w kontekście kolejnej fazy mistrzostw. Bo w niej już jesteśmy, a jeśli wygramy z Wybrzeżem Kości Słoniowej – najsłabszą ekipą w naszej grupie – zagramy tam z kompletem punktów. Wszystkie zdobyte w pierwszej grupie przechodzą bowiem dalej.

Innymi słowy: dzisiejsza wygrana może okazać się kluczowa w kontekście walki o ćwierćfinał. Ten sam ćwierćfinał, o którym przed turniejem nie śmieliśmy nawet marzyć. Dziś już śmiemy. Brawo panowie!

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez