Ten jeden brakujący tytuł. Federer, Djoković i olimpijskie złoto w singlu

Ten jeden brakujący tytuł. Federer, Djoković i olimpijskie złoto w singlu

W poprzednią niedzielę zagrali jeden z najbardziej emocjonujących meczów w historii Wimbledonu, mimo że łącznie mają 70 lat. Również łącznie wygrali 36 turniejów wielkoszlemowych, a gdyby liczyć wszelkie imprezy rangi ATP, byłoby ich prawie 180. Obaj – w przeciwieństwie do niektórych kolegów i koleżanek po fachu – traktowali igrzyska olimpijskie bardzo poważnie. Ale ani Roger Federer, ani Novak Djoković, nie zdobyli na nich singlowego złota. Jak wyglądały ich dotychczasowe próby podboju największych sportowych zawodów świata? Co mogą osiągnąć w Tokio? I czy w ogóle się w Japonii pojawią? Na te pytania odpowiadamy.

Ale zacząć powinniśmy od wyjaśnienia jednej kwestii. Olimpijski tenis ma się… różnie. Owszem, niektórzy traktują go bardzo poważnie, inni jednak – co mimochodem zaznaczyliśmy w poprzednim akapicie – odpuszczają. Bo nie ma wysokich nagród pieniężnych, bo sezon jest przepełniony turniejami, bo nie zdobywa się tam punktów do rankingu. O ile igrzyska służą dyscyplinom, które na co dzień nie są tak medialne, o tyle te, które mają się dobrze, nieco je bagatelizują. W tym i tenis.

Jednak Federer i Djoković zawsze twierdzili, że to dla nich wielki honor, duma i wspaniała sprawa, że mogą grać na igrzyskach. Obaj, wspólnie z Rafą Nadalem, tworzą tercet najlepszych graczy w historii tenisa. Jednak tylko Hiszpan zdobył złoto w grze pojedynczej. Szwajcarowi i Serbowi się to nie udało i być może nigdy się nie uda. Tokio jednak już za rok, a oni niezmiennie udowadniają, że są w fantastycznej formie. Warto przyjrzeć się temu, jak wyglądały ich dotychczasowe starty w igrzyskach.

Przed Wielką Trójką

Igrzyska w Sydney, rok 2000. Pierwsze i, oczywiście, ostatnie, na które Roger Federer nie jechał w roli faworyta. Ba, nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Owszem, wszyscy wiedzieli, że jest taki młodzian, który przebojem zaczyna wdzierać się do świata tenisa, ale to jeszcze nie miał być jego czas. Tymczasem niewiele brakowało, by Federer osiągnął ogromny sukces. Szwajcarowi trafiła się naprawdę dobra drabinka – przez pierwsze cztery spotkania nie trafił na nikogo rozstawionego, nie stracił też seta.

Zresztą w półfinale też dostał rywala bez rozstawienia, ale już bardzo uznanego. Był nim Tommy Haas, który rok wcześniej dotarł do 1/2 Australian Open. I choć Niemiec w rankingu był 12 miejsc za Federerem, na korcie nie dał mu szans i ograł w dwóch setach. Rogerowi pozostała walka o brąz z mało utytułowanym (i również nierozstawionym!) Francuzem Arnaudem Di Pasquale. W pierwszym secie obaj doprowadzili do tie-breaka. W nim Szwajcar prowadził już 3:0, ale przegrał, 5:7. Drugą partię wygrał, choć – znów w tie-breaku – bronił piłki meczowej. W trzeciej przełamał rywala, który zaczął zmagać się ze skurczami, ale ostatecznie oddał ją 3:6. I przegrał całe spotkanie.

– Biorąc pod uwagę to, jak przebiegał ten mecz, nie powinienem był przegrać. Naprawdę chciałem stanąć na podium. Teraz nie mam nic, co mógłbym zabrać do domu, poza swoją dumą

mówił Federer po meczu. A po latach dodawał: – Szkoda, że przegrani z półfinałów nie dostawali automatycznie brązowego medalu [tak było w 1988 i 1992 roku – przyp. red.]. Przegrany półfinał i mecz o trzecie miejsce w 2000 roku złamały mi serce.

Jego serce nie miało się jednak najgorzej, bo z Sydney wrócił bez medalu, ale… z dziewczyną. Tą samą, która i dziś zasiada w jego boksie. Dla Szwajcarii w Australii grała bowiem również Mirka Vavrinec (sukcesu jednak nie odniosła, w pierwszej rundzie singla ugrała jedynie dwa gemy, choć trzeba jej oddać, że grała z późniejszą srebrną medalistką, Jeleną Diemientjewą). Przez dwa tygodnie pobytu w Sydney oboje bardzo się zaprzyjaźnili. Znali się, oczywiście, wcześniej, ale tam spędzali ze sobą znacznie więcej czasu. Choć może nic by z tego nie wynikło, gdyby nie… zapaśnicy.

Oboje graliśmy dla Szwajcarii, wspólnie spędzaliśmy czas. Razem z nami byli też zapaśnicy i inni świetni sportowcy. Przez te dwa tygodnie wywiązała się między nami jakaś chemia. To jeden z zapaśników powiedział mi: „Hej, pocałuj ją, teraz”. Odpowiedziałem: „No nie wiem, może nie powinienem…”. On jednak naciskał, więc to zrobiłem. Mirka mówiła potem, że byłem taki młody, gdy to się stało, a ja próbowałem się postarzyć o ćwierć roku! Ćwierć roku! Wtedy to miało wielkie znaczenie – wspominał Roger.

Dalsze losy pary znacie doskonale. Mirka musiała zrezygnować z tenisa, stała się za to menadżerką poczynań Rogera, żoną i matką jego dzieci. I pomyśleć, że wszystko to za sprawą anonimowego zapaśnika. Mamy jedynie nadzieję, że Federer o nim nie zapomniał i zaprosił go na ślub.

Czego Roger na pewno długo nie potrafił zapomnieć, to zmarnowana szansa w Atenach, cztery lata później. To igrzyska na których był zdecydowanym faworytem. Ostatnie, przed pojawieniem się pozostałych dwóch tenisistów z Wielkiej Trójki (no dobra, Nadal na nich grał, ale tylko w deblu i tylko jedno spotkanie), w najlepszym dla Szwajcara okresie kariery. Był bezapelacyjnym numerem jeden w rankingu, wygrał trzy z ostatnich pięciu Wielkich Szlemów i zachwycał wszystkich swoją grą. Ale w Grecji odpadł już w drugiej rundzie, przeciwko nieznanemu wówczas szerzej Tomasowi Berdychowi, przegrywając w trzech setach. Jakby tego było mało, jeszcze tego samego dnia grał mecz debla w parze z Yvesem Allegro. Skończyło się 2:6, 6:7 i Roger definitywnie pożegnał się z marzeniami o medalu.

Oczywiście, że jestem rozczarowany. Igrzyska znaczą dla mnie naprawdę wiele. To dla mnie okropny dzień – mówił Federer, który już na początku sezonu wskazywał igrzyska jako swój główny cel, a w dodatku na ceremonii otwarcia niósł szwajcarską flagę. – Może to kwestia kalendarza? Grałem non-stop. Oczywiste było, że w końcu przyjdzie gorsza forma. Niestety, stało się to podczas igrzysk. Jasne, że chciałem osiągnąć lepszy wynik, ale stało się, co się stało. Muszę to przeżyć. Nie byłem zadowolony ze swojego serwisu, backhandu, forehandu, poruszania… To wszystko się zsumowało. Nie znalazłem swojego rytmu. Zaskoczyło mnie to, bo czułem się dobrze. Pewnie potrzebowałbym jeszcze kilku meczów, żeby znaleźć pewność siebie. Ale na to już za późno.

Federer rok zakończył wygraną w US Open. Zgarnął trzy z czterech Wielkich Szlemów (nie udało się, oczywiście, na Roland Garros, choć nie grał tam jeszcze wówczas Rafa Nadal). Tym większa musiała być satysfakcja Berdycha, który tuż po pokonaniu Szwajcara mówił, że „znaczyło to dla niego wszystko”. Czechowi nie udało się co prawda zdobyć medalu – odpadł w ćwierćfinale – ale ten mecz na długo został w jego pamięci. Zresztą podobnie jak w pamięci Federera. Roger jeszcze po latach mówił: – Myślę, że moja najlepsza szansa to był rok 2004. Wygrałem wtedy trzy szlemy, byłem numerem jeden na świecie i numerem jeden z rozstawienia. Grałem wspaniale wcześniej i później, ale na igrzyskach nie byłem w stanie osiągnąć sukcesu.

Rafa jest złoty, a Roger… też

Rok 2008 to był dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały… a nie, moment, to nie ta opowieść. Ale faktycznie, tenisowy sezon 2008 rozpoczął się od trzęsienia ziemi. Wśród facetów pojawił się wówczas nowy gracz – Novak Djoković w Australii zdobył swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy. Potem wszystko potoczyło się swoim torem. Rafa Nadal wygrał bowiem Roland Garros, a na Wimbledonie triumfował… no tak, tu trochę z tego toru zjechało, bo w Anglii trofeum też podnosił Hiszpan, po najlepszym finale w historii tej imprezy.

To w tamtym roku ukształtowała się przyszła Wielka Trójka. Przyszła, bo Djokoviciowi zajęło kilka lat potwierdzenie swego statusu i „dobicie” do największych. To też w tamtym roku po raz pierwszy – tak się zdawało – Federer został odstawiony na boczny tor. Przed igrzyskami nie wygrał żadnego turnieju wielkoszlemowego. Duży wpływ miała na to zapewne mononukleoza, z którą się zmagał na początku sezonu, ale w tenisowym świecie nie ma usprawiedliwień. Liczą się tytuły.

Uprzedźmy fakty: złota w singlu w Pekinie Roger też nie zdobył. Ba, nie był nawet w półfinale. Choć w trzeciej rundzie ograł Tomasa Berdycha (wtedy już dobrze znanego i rozstawionego), to lepszy od niego okazał się James Blake w ćwierćfinale. Zresztą Amerykanin potrzebował do zwycięstwa tylko dwóch setów. Federer, rozstawiony z jedynką, znów więc nie wykorzystał dobrej drabinki. Po drugiej stronie w półfinale bili się ze sobą dwaj pozostali faworyci – Nadal i Djoković. Po trzech setach walki wygrał pierwszy z nich. 6:4, 1:6, 6:4 w dwie godziny i dziesięć minut.

Dla mnie ten finał jest jak sen. Kiedy tu przyjechałem, nie oczekiwałem, że się w nim znajdę. Byłem zmęczony, grałem wcześniej wiele meczów, nie prezentowałem się najlepiej. Ale w czasie tego tygodnia było ze mną coraz lepiej. Dzisiejszy mecz był bardzo ważny, teraz nawet jeśli przegram w finale, będę miał medal – mówił Nadal. Później okazało się, że ten medal jest złoty, bowiem w decydującym meczu Hiszpan łatwo rozprawił się z Fernando Gonzalezem. A Djoković? Nie załamał się tym, że przy piłce meczowej dla Rafy fatalnie przestrzelił, wprowadzając rywala do finału. Miał przed sobą jeszcze mecz o trzecie miejsce. Naprzeciwko niego stał James Blake, pogromca Federera.

To spotkanie Novak wygrał bez większych kłopotów, 6:3, 7:6 (4). Tym samym wcześniej od Szwajcara stał się medalistą olimpijskim w singlu. Po ostatnim punkcie starcia o brąz padł na kolana. Potem złapał serbską flagę, rzucił swoją rakietę oraz koszulkę w tłum i rozpoczął celebrację medalu. – Jestem bardzo, bardzo szczęśliwy. Zdobycie jakiegokolwiek medalu olimpijskiego jest ogromnym osiągnięciem dla każdego sportowca. Niewielu dostaje taką szansę. Dla mnie ten brąz, który tu zdobyłem, błyszczy się jak złoto – mówił. 

Dwóch zawodników z tworzącej się wówczas Wielkiej Trójki miało już medale. Jeden z nich był nawet mistrzem olimpijskim. Bez jakiegokolwiek krążka w singlu został Federer. Tyle tylko, że i on zdobył złoto. W deblu, ale na igrzyskach każdy medal „waży” tyle samo. Jego partnerem w parze był Stan Wawrinka i to jemu Roger w dużej mierze zawdzięczał ten sukces. – Stan naprawdę podniósł mnie po tym, jak przegrałem w singlu. Naprawdę wierzyłem, że zdobędę tam medal, a nie udało mi się. Zaraz po tym meczu musiałem rozegrać spotkanie w deblu. Stan cały czas powtarzał: „To jest to, dawaj, zróbmy to!”. To był dla nas wielki tydzień – mówił Szwajcar.

I fakt, jego emocje po ostatniej piłce, jasno sugerują, że nieważne czy to debel, czy singiel – złoto jest złotem. Szczególnie, gdy po drodze (w półfinale) pokonuje się braci Bryanów, absolutnych mistrzów tej konkurencji. Sęk w tym, że Federer nie jest uznawany za najlepszego w historii gry podwójnej. Jego miejsce to singiel. I dlatego pogoń Szwajcara za złotem nie zakończyła się w Pekinie. Ta Djokovicia tym bardziej – ona tam się dopiero rozpoczęła.

Andy na szczycie

Rok 2012, Londyn. Dwanaście miesięcy wcześniej mało kto napisałby lub powiedział, że to Roger Federer jest faworytem do olimpijskiego złota. Bo w sezonie 2011 Szwajcar po raz pierwszy od 2002 roku nie wygrał turnieju wielkoszlemowego. Ale przebudził się tuż przed igrzyskami – na Wimbledonie ograł Djokovicia i Andy’ego Murraya, walczącego o pierwszy tytuł wielkoszlemowy. Odpowiednio w półfinale i finale, obu w czterech setach. Znów był wielki.

Dodatkowo igrzyska odbywały się na dokładnie tych samych kortach. Trawa, królestwo Federera. Jedna jedyna szansa w tym rodzaju, bo od kiedy dyscyplina ta wróciła do programu igrzysk, niemal zawsze rozgrywano ją na kortach twardych. Raz tylko zdecydowano się na mączkę – w 1992 roku w Barcelonie. Wygrał wtedy… rodak Rogera, Marc Rosset, specjalista od tej nawierzchni, choć bez wielkich sukcesów w swej karierze singlowej. Wracając do trawy – sam Federer doskonale zdawał sobie sprawę, co to oznacza.

Taka szansa, rozegrania Wimbledonu na igrzyskach, trafia się raz w życiu. To dla nas wielka sprawa, że możemy żyć olimpijskim duchem tutaj, na najbardziej niesamowitym tenisowym stadionie świata. To dla mnie wielki cel, nie ma co do tego wątpliwości. Czwarte igrzyska… nie wydaje mi się, by jakikolwiek inny tenisista w tej erze grał na tylu. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę to zrobić. Nie mogę się doczekać turnieju – mówił.

Djokovicia z kolei niewielu widziało jako pewniaka do zgarnięcia trofeum. To nie był jeszcze ten czas, gdy Novak tak znakomicie czuł się na trawie, choć fakt, rok wcześniej wygrał Wimbledon. Wszyscy jednak wiedzieli, że Serb może w każdej chwili zaskoczyć. Innym faworytem był, rzecz jasna, Murray. Zabrakło za to Rafy Nadala, który – z powodu kontuzji kolana – musiał opuścić igrzyska.

To taki turniej, w którym z miejsca możemy przejść do półfinału. Wcześniej bowiem niewiele się działo. Jasne, Federer w I rundzie stracił seta i mecz z Alejandro Fallą rozstrzygnął dopiero w trzeciej partii. Ale potem kolejne trzy – mimo teoretycznie trudniejszych rywali – wygrywał do zera. Jasne, Novak Djoković dwa razy zaczynał swoje spotkania od przegranej partii, ale w obu przypadkach łatwo wygrywał kolejne dwie. I jasne, Andy Murray też musiał się raz namęczyć, by odprawić Marcosa Baghdatisa. Jednak w gruncie rzeczy żaden z nich nie był na krawędzi, wszyscy dość gładko doszli do półfinału. Tam ich skład – pod nieobecność Nadala – uzupełnił Juan Martin del Potro.

I to Argentyńczyk jest człowiekiem, który uniemożliwił osiągnięcie sukcesu… i Federerowi, i Djokoviciowi. Niemożliwe? Wyjaśnijmy więc. Delpo był po tej stronie drabinki, po której Szwajcar. Obaj spotkali się właśnie w półfinale. I rozegrali jeden z najlepszych meczów w historii igrzysk, trwający cztery godziny i 26 minut dreszczowiec. Przypomnijmy: to spotkanie rozstrzygało się na dystansie trzech setów. Tyle że oni zrobili sobie z niego pięciosetówkę. Wygrał Szwajcar 3:6, 7:6 (5), 19:17! Spędzili na korcie tyle czasu, że mecz ten został najdłuższą trzysetówką w historii ery open. I do dzisiaj nią jest.

W tym spotkaniu było właściwie wszystko. Obaj wiele razy bronili break pointów, obaj dali się przełamywać, by odrobić straty. Długie wymiany były tu codziennością, choć i Del Potro, i Federer lubią atakować. Na początku trzeciego seta Federer musiał bronić się przed przełamaniem. Kilka gemów później musiał to robić Del Potro. Argentyńczyk pękł w 19 gemie, oddał swój serwis, ale Szwajcar nie wyserwował meczu, dając się przełamać do zera. I dopiero 16 gemów później Rogerowi udało się zamknąć spotkanie. Choć i tu nie miał lekko – wykorzystał dopiero drugą piłkę meczową.

Drugie starcie półfinałowe, choć też stało na świetnym poziomie, nie miało takiej historii. 7:5, 7:5 wygrał Andy Murray. I to dla Brytyjczyka była świetna wiadomość. Do finału przystępował bowiem znacznie mniej wyczerpany niż Federer (i to mimo tego, że w dzień przerwy między półfinałami a finałem rozgrywał mecze deblowe), który po swoim meczu mówił, że był po prostu „emocjonalnie zniszczony” i gratulował Del Potro świetnego spotkania, powtarzając, że „wspaniale było być  jego częścią”.

Tyle tylko, że to właśnie to „świetne spotkanie”, kosztowało go złoto. Albo inaczej: sprawiło, że o złoto nie był nawet w stanie powalczyć. W finale łatwo, w trzech setach – 2:6, 1:6, 4:6 – ograł go Andy Murray, zostając bohaterem Brytyjczyków. Nie miał jeszcze na koncie szlema, ale miał już złoto olimpijskie. Zdobyte na swojej ziemi. A Federer? I tym razem musiał obejść się smakiem. Po meczu jednak był z siebie zadowolony, cieszył się ze zdobytego medalu i gratulował Andy’emu, wróżąc mu zwycięstwo w co najmniej jednym turnieju wielkoszlemowym. Wróżba spełniła się niedługo później – Murray był najlepszy w US Open. Później dołożył jeszcze dwa tytuły na Wimbledonie.

Tymczasem w meczu o trzecie miejsce Del Potro ostatecznie pozbawił Novaka Djokovicia marzeń o medalu, który Nole z pewnością potraktowałby jako sukces. Argentyńczyk wygrał 7:6, 6:4, a Serb wciąż musiał zadowolić się jedynie krążkiem wywalczonym cztery lata wcześniej w Pekinie. Dla Delpo, nękanego kontuzjami, ten brąz był wspaniałym przeżyciem, cieszył się z niego mniej więcej tak, jak… no właśnie, Novak przed czterema laty. Jakiś czas po tym meczu, Argentyńczyk spotkał w szatni Federera. Roger:

W szatni spotkałem Del Potro, zapytałem go „Jak ci poszło?”, bo przypuszczałem, że przegrał z Novakiem. Powiedział mi jednak, że wygrał. I poczułem, że to wspaniała rzecz, podobnie jak zdobycie srebrnego medalu. Cieszyłem się tym, cieszyłem się też z tego, że Andy miał złoto. Nasza trójka zawsze zostanie połączona przez ten dzień.

Bez Rogera, krótko z Nole

Właściwie igrzyska w Rio, ostatnie, jakie mieliśmy okazję przeżywać, moglibyśmy równie dobrze pominąć, gdybyśmy pisali tylko o wynikach. Ale ważne jest tu też to, by wytłumaczyć wam, czemu Federer i Djoković mogą mieć Tokio na celowniku. Bo można by napisać po prostu: „brakuje im złota w singlu”. Z drugiej strony jednak obaj mają już medale, a Roger jak pisaliśmy wcześniej nawet złoty, choć zdobyty w grze podwójnej. Obaj też mają swoje lata. Ba, Szwajcar teoretycznie powinien być już na emeryturze, a nie walczyć o najwyższej cele. W takiej sytuacji mogliby skupić się na szlemach i innych większych turniejach. Bo igrzyska – nie licząc prestiżu – niewiele im przecież dają.

I tak naprawdę wciąż nie wiemy, czy w Tokio pojawią się obaj. Ale o tym za moment. Teraz napisać musimy, że gdyby nie to, jak wszystko potoczyło się w Rio, pewnie japońskie igrzyska kusiłyby ich mniej. Choć z perspektywy Federera właściwie zdanie to powinno brzmieć: „jak wszystko nie potoczyło się w Rio”. Szwajcar bowiem nie miał okazji na igrzyskach wystąpić, choć jeszcze nieco ponad miesiąc przed nimi mówił tak:

Sportowcy, którzy zdecydowali się nie jechać na igrzyska [ze względu na zagrożenie wirusem Zika – przyp. red.] podjęli osobistą decyzję. Ja nigdy nie próbowałem nawet zmienić swojej. Wiem, że tam zagrać, spróbuję zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby się tam znaleźć. Igrzyska są dla mnie zawsze wielką sprawą. Jeśli będzie trzeba wezmę odpowiednie leki, wysmaruję się sprejem na komary i będę grać.

Zresztą Szwajcar miał tam grać nie tylko w singlu. Mówiło się, że znów może spróbować swoich sił w grze podwójnej wraz ze Stanem Wawrinką (który też się zresztą później wycofał), a pewnym było, że stworzy parę w mikście z Martiną Hingis. – Nie wiem, jak rozegram te wszystkie mecze w ciągu ośmiu dni. To piętnaście spotkań. Muszę ustalić swoje priorytety – mówił Federer. – Martina była kiedyś moją bohaterką. Widziałem ją w tourze, gdy sam nie do końca wiedziałem, co robię na korcie. Wygrywała już wtedy Wimbledon. Niesamowicie się to oglądało – dodawał. I dlatego zdecydował się spełnić jej prośbę i powalczyć z nią o złoto.

Nic z tego nie wyszło, bo Roger nie przewidział jednego – kontuzji. Po Wimbledonie, gdzie (mimo prowadzenia 2:1 w setach) odpadł z Milosem Raoniciem w półfinale, wycofał się z gry do końca sezonu. Jakie skutki przyniósł mu ten odpoczynek – doskonale wiemy. W sezonie 2017 zdominował, wraz z Rafą Nadalem, męski tenis. Ale wtedy, w lipcu 2016 roku, to była bolesna decyzja. Dla Federera, jego fanów i całego tenisowego świata.

W turnieju wciąż jednak było wielu znakomitych zawodników. W tym reszta Wielkiej Czwórki. Bo o ile na co dzień staram się (że pozwolę sobie na moment prywaty) unikać tej nazwy ze względu na to, że Murray jednak od pozostałych trzech jej członków odstaje, o tyle na igrzyskach Andy zdecydowanie zasługuje na to, by go do nich dołączyć. Sęk w tym, że Djoković, który tym razem miał skutecznie powalczyć o złoto, już w pierwszej rundzie trafił na… Del Potro.

Argentyńczyk wracał po kontuzjach. Zresztą jak wiele razy w swojej karierze. I mało kto spodziewał się, że mógłby ograć Djokovicia na kortach twardych. Tyle tylko, że Delpo po prostu nie można lekceważyć, a Nole – choć tego jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy – wchodził w jeden z gorszych okresów w swojej karierze. Na igrzyskach dostaliśmy jeden z pierwszych, bardzo wyraźnych, sygnałów zahamowania jego formy. Z Juanem Martinem przegrał 6:7 (4), 6:7 (2). Po meczu… obaj płakali.

Przepłakałem noc. Leciały łzy szczęścia, radości, łzy dla wielu ludzi, którzy wspierali mnie przez czas trwania kontuzji. Być w stanie oddać im to wsparcie z kortu, a nie kliniki czy szpitala, jest wspaniałe. Cieszę się tym bardzo. To był znakomity wieczór, od samego początku. Wydaje mi się, że wykonałem założony na to spotkanie plan. Nie spodziewałem się, że go pokonam. Jestem zaskoczony swoim poziomem. Po tym wszystkim, co przeszedłem, żeby znowu grać w tenisa, pokonałem numer jeden na świecie… – mówił Del Potro.

Nie ma wątpliwości, że to jedna z największych i najtrudniejszych porażek w mojej karierze. Nie jest łatwo się z nią zmierzyć, zwłaszcza teraz, gdy to wszystko wciąż jest świeże. Muszę sobie jednak z tym poradzić. To nie pierwszy, ani ostatni raz, gdy przegrywam mecz tenisa. Ale to igrzyska, więc wszystko jest zupełnie inne. Jestem rozczarowany i smutny tym, że tak szybko odpadłem. Ale z drugiej strony cieszę się, że mój dobry przyjaciel, który miał tyle problemów, znów gra na tym poziomie – komentował z kolei Djoković.

Po kilku latach mówił za to, że łzy, które pojawiły się w jego oczach, gdy schodził z kortu, miały dwa źródła. Pierwsze to niesamowita więź, jaką wytworzył z brazylijską publicznością, stąd porażka bolała go bardziej. Druga to po prostu jego pozycja – był numerem jeden, wygrywał Wielkie Szlemy (na Wimbledonie się mu nie powiodło, ale wcześniej jedyny raz w swojej karierze wygrał Roland Garros), grał świetny tenis. Mógł oczekiwać medalu, ale szybko został z tych oczekiwań obdarty.

Złoto zgarnął Andy Murray, drugi raz z rzędu. W finale pokonał… Juana Martina del Potro, którego przygoda z tamtymi igrzyskami była jednym z ich najjaśniejszych momentów. Drugie złoto zgarnął też Rafa Nadal, który wraz z Markiem Lopezem triumfował w deblu. Swojego dorobku nie powiększyli za to ani Roger Federer, ani Novak Djoković.

Kogo zobaczymy w Japonii?

Odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Bo igrzyska mają swoje problemy, o których już tu wspominaliśmy. Dodatkowo sprawę utrudnia jednak system kwalifikacyjny do nich. Generalnie sprawa wygląda tak, że wystąpić w Tokio mogą w teorii tylko ci zawodnicy, którzy dwukrotnie w latach 2017-2020 pojawili się na meczach reprezentacji w Pucharze Davisa, z czego co najmniej raz w sezonach 2019 lub 2020. Dla przykładu: Roger Federer do tej pory nie zrobił tego ani razu.

A w międzyczasie kompletnie zreformowano te rozgrywki, od tego sezonu toczą się nowym torem. Co też sprawy nie ułatwia, bo meczów jest po prostu mniej. W system kwalifikacji – jakiś czas temu – uderzał więc Novak Djoković. – Wysłałem list do MKOl-u, gdy tylko dowiedzieliśmy się, że ITF nie zmieni zasad kwalifikacji. Podpisało go 75% zawodników z najlepszej „20” rankingu ATP. To coś oznacza. Jako przewodniczący rady zawodników, muszę dbać o ich prawa, mimo tego, że oznacza to postawienie się ITF. Nie zgadzam się z kryteriami kwalifikacji na igrzyska. Powinny być inne możliwości, nie tylko Puchar Davisa – mówił Serb.

Odpowiedź z ITF-u dostał, ale ta… niczego tak naprawdę nie wyjaśniła. Gdybyśmy mieli wam to skrócić, to po pierwsze, nie otrzymano tam listu Novaka(sic!). Po drugie, tak, zdają sobie sprawę z tego, że wobec zmiany formatu Pucharu Davisa mogą się pojawić zawirowania, ale przy Tokio już nic z tym nie zrobią, a przed kolejnymi igrzyskami – w Paryżu – spróbują. Po trzecie, ITF będzie przyglądać się sprawom konkretnych zawodników, choćby Federera, bo w szczególnych wypadkach (choćby, gdy zawodnik często był kontuzjowany w terminach meczu Pucharu Davisa), da się dostać na igrzyska inną drogą, a federacja chce na nich „jak najwięcej najlepszych tenisistów”. Jednak jakie mogłyby to być okoliczności, gdy chodzi o Szwajcara – tego już nikt nie umiał powiedzieć.

W gruncie rzeczy nic więc nie wiadomo w tej sprawie. To, co możemy o igrzyskach w Tokio napisać, to fakt, że odbędą się na kortach twardych oraz że nie będzie pięciu setów w finale, bo ten również został skrócony do maksymalnie trzech. I to wszystko premiuje zarówno Djokovicia, jak i Federera. Obaj zapewne chcieliby zgarnąć złoto, zresztą Novak mówił już kiedyś, że wciąż o tym myśli. Federer w swoich rozważaniach był za to nieco bardziej powściągliwy.

Z Tokio nie jest jak z Rio, gdy stawiałem to sobie za cel. Jeśli wciąż będę grać, to wspaniale. Ale nie powiem, że na pewno tam wystąpię. Jeśli tak się stanie, to na pewno będę chciał tam wystąpić. Jednak to zbyt daleko w przyszłość, by o tym myśleć. Poczekam i zobaczę, jak będę się wtedy czuł – mówił w zeszłym roku. A w tym dodawał: – Ludzie mówią, że chcę zagrać w Tokio na igrzyskach, a potem przejść na emeryturę. Sam jednak nigdy czegoś takiego nie stwierdziłem. Staram się nie myśleć o emeryturze czy igrzyskach, skupiam się na tym, co w najbliższej przyszłości. Nie wiem też, jak się zakwalifikuję. To nie moje pierwsze igrzyska. Oczywiście, chciałbym być ich częścią, ale nie jest tak, że muszę. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

Na korzyść występu Federera w Tokio działa na pewno jeden czynnik – od nieco ponad roku jego sponsorem jest UNIQLO, marka należąca do japońskiego koncernu odzieżowego. I ten na pewno chciałby, by Szwajcar tam się pojawił. A co z Novakiem? Djoković raczej nie odpuści, nawet jeśli system kwalifikacji uznaje za wadliwy. Bo wciąż wierzy w swoje możliwości i ma nadzieję na zdobycie złota. Tym bardziej, że ponownie jest najlepszym tenisistą na świecie i nic nie wskazuje na to, by za rok miało nie być tak samo.

Jeśli jednak na igrzyskach miałoby zabraknąć choćby jednego z nich (a w szczególności obu), to raz jeszcze obnaży problemy, z jakimi zmaga się tenis na tej imprezie. I z góry zabierze nam znakomitą historię o tym, jak któryś z najlepszych tenisistów w historii, wreszcie dopiął swego. Na razie jednak możemy wierzyć w to, że taka się wypełni.

Ale na wszelki wypadek radzilibyśmy też trzymać kciuki za to, żeby do Tokio doleczył się Juan Martin Del Potro. Bo u niego wspaniała historia na igrzyskach to akurat pewniak.

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez